Mimo, że spodziewamy się tego, każde odejście człowieka, zwłaszcza bliskiego nam, jest trudne. Dzisiaj wiem już, że była to przygoda, której nie zapomnę. Była Pani osobą, której nie zapomnę, bo losy Pani mimo, iż znałem tylko „trochę”, są i będą mi bliskie zawsze.
Droga Pani Krystyno cieszę się, że mogłem Panią poznać, że My mogliśmy poznać Pani losy, te związane z Przytocznem. Choć osobiście nigdy nie mieliśmy okazji się spotkać wiem, że już od pierwszego naszego listu jesteśmy przyjaciółmi.
Dziękuję za serdeczne słowa, które kierowała Pani do mnie w swoich listach. Przytoczno mimo, iż w Pani życiu to krótki epizod będzie zawsze Panią wspominać.
Oto ostatni list, który otrzymałem od Pani Krystyny Serejskiej.
Drogi Panie Mariuszu, Powodów spóźnienia dałoby się znaleźć wiele, ale istotny jest ten jeden — że wyraźnie postarzałam się ostatnio i coraz trudniej mi wszystko idzie. Niby wszystko jak było, ale czas robi swoje. Najgorsze jest to, ze od dwu miesięcy umiera tu moja najbliższa kuzynka, jej oddalanie się trudno mi zaakceptować. Inni ludzie w rodzinie i okolicach w porządku, na szczęście. […] Dziękuję za wiadomości o Panu. Rozumiem, że nowa praca jest-dla odmiany z urzędniczą, ciekawa i dobra, ale z pewnością niebezpieczna, więc niech Pan uważa na zakrętach…(sama jestem całkiem kiepskim kierowcą , więc wiem, co mówię. Żona pewno się o Pana boi?) A Pana pewno cieszy poznawanie świata. Ale ten świat jest coraz gorszy. Letni czas spędzam na zmianę w Nowym Jorku i w […] (ze względu na Kuzynkę). Tam jest chłodniej niż mieście i bardzo ładnie, jak to bywa w górach. Niech mi Pan coś napisze o swoich planach startowania w wyborach i szansach, No i o tej wodzie. Mam nadzieję że już sobie z nią poradzili i Was nie trują. Tyle na dziś, pozdrawiam Pana serdecznie, również Żonę i Mamę.
Krystyna
List ten otrzymałem 11 sierpnia br. Pani Krystyna zmarła 26 sierpnia.
W mojej pamięci pozostanie Pani tą małą Krysią, która uśmiechnięta stoi najwyżej…
Ustawa Rządowa z 3 maja 1791 r. PREAMBUŁA
W imię Boga, w Trójcy Świętej jedynego. Stanisław August [1] z Bożej łaski i woli Narodu Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Kijowski, Wołyński, Podolski, Podlaski, Inflancki, Smoleński, Siewierski i Czernichowski, wraz ze Stanami Skonfederowanymi, w liczbie podwójnej naród polski reprezentującymi.
Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia konstytucji narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc oraz na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic z największą stałością ducha, niniejszą konstytucję uchwalamy i i; tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym, wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu. Do której to konstytucji dalsze ustawy sejmu teraźniejszego we wszystkim stosować się mają.
I. RELIGIA PANUJĄCA
Religią narodową panujacą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji. Że zaś taż sama wiara święta przykazuje nam kochać bliźnich naszych, przeto wszystkim ludziom jakiegokolwiek bądź wyznania, pokój w wierze i opiekę rządową winniśmy i dlatego wszelkich obrządków i religii wolność w krajach polskich, podług ustaw krajowych warujemy.
II. SZLACHTA ZIEMIANIE
Szanując pamięć przodków naszych jako fundatorów rządu wolnego, stanowi szlacheckiemu wszystkie swobody, wolności, prerogatywy pierwszeństwa w życiu prywatnym i publicznym najuroczyściej zapewniamy, szczególniej zaś prawa, statuta i przywileje temu stanowi od Kazimierza Wielkiego [2], Ludwika Węgierskiego [3], Władysława Jagiełły [4] i Witolda brata jego, Wielkiego Księcia Litewskiego [5], nie mniej od Władysława [6] i Kazimierza Jagiellończyków [7], od Jana Alberta [8], Aleksandra [9] i Zygmunta Pierwszego [10] braci, od Zygmunta Augusta [11], ostatniego z linii jagiellońskiej, sprawiedliwie i prawnie nadane, utwierdzamy, zapewniamy i za niewzruszone uznajemy. Godność stanu szlacheckiemu w Polszcze za równą wszelkim stopniom szlachectwa gdziekolwiek używanym przyznajemy. Wszystką szlachtę równymi być między sobą uznajemy, nie tylko co do starania się o urzędy i o sprawowanie posług Ojczyźnie, honor, sławę, pożytek przynoszących, ale oraz co do równego używania przywilejów i prerogatyw stanowi szlacheckiemu służących. Nade wszystko zaś prawa bezpieczeństwa osobistego, wolności osobistej i własności gruntowej i ruchomej tak, jak od wieków każdemu służyły, świątobliwie, nienaruszenie zachowane mieć chcemy i zachowujemy; zaręczając najuroczyściej, iż przeciwko własności czyjejkolwiek żadnej odmiany lub ekscepcji w prawie niedopuścimy, owszem najwyższa władza krajowa i rząd przez nią ustanowiony, żadnych pretensyi pod pretekstem iurium regalium [12] i jakimkolwiek innym pozorem do własności obywatelskich bądź w części, bądź w całości rościć sobie nie będzie. Dlatego bezpieczeństwo osobiste i wszelka własność, komukolwiek z prawa przynależna, jako prawdziwy społeczności węzeł, jako źrenicę wolności obywatelskiej szanujemy, zabezpieczamy, utwierdzamy i aby na potomne czasy szanowane, ubezpieczone i nienaruszone zostawały, mieć chcemy. Szlachtę za najpierwszych obronców wolności i niniejszej konstytucji uznajemy. Każdego szlachcica cnocie, obywatelstwu i honorowi jej świętość do szanowania, jej trwałość do strzeżenia poruczamy jako jedyną twierdzę Ojczyzny i swobód naszych.
III. MIASTA I MIESZCZANIE
Prawo na teraźniejszym Sejmie zapadłe pod tytułem: Miasta Nasze Królewskie wolne w państwach Rzeczypospolitej [13] w zupełności utrzymane mieć chcemy i za część niniejszej konstytucji deklarujemy, jako prawo wolnej szlachcie polskiej, dla bezpieczeństwa ich swobód i całości wspólnej Ojczyzny nową, prawdziwą i skuteczną dające siłę.
IV. CHŁOPI WŁOŚCIANIE
Lud rolniczy, z pod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źrodło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, stanowiąc: iż odtąd jakiebykolwiek swobody, nadania, lub umowy dziedzice z włościanami dóbr swoich autentycznie ułożyli, czyli by te swobody, nadania i umowy były z gromadami, czyli też z każdym osobno wsi mieszkańcem zrobione, będą stanowić wspólny i wzajemny obowiązek, podług rzetelnego znaczenia warunków i opisu zawartego w takowych nadaniach i umowach, pod opiekę rządu krajowego podpadający. Układy takowe i wynikające z nich obowiązki, przez jednego właściciela gruntu dobrowolnie przyjęte, nietylko jego samego, ale i następców jego, lub prawa nabywców tak wiążąc będą, iż ich nigdy samowolnie odmieniać nie bedą mocni. Nawzajem włościanie jakiejkolwiek bądź majętności od dobrowolnych umów, przyjętych nadań i z nimi złączonych powinności usuwać się inaczej nie będą mogli, tylko w takim sposobie i z takimi warunkami, jak w opisach tychże umów postanowione mieli, które czy na wieczność, czyli do czasu przyjęte ściśle ich obowiązywać będą. Zawarowawszy tym sposobem dziedziców przy wszelkich pożytkach od włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi tak nowo przybywających, jako i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do Ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swego jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umowi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polszcze, lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.
Tak wygląda fragment oryginalnego manuskryptu Konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku
V. RZĄD, CZYLI OZNACZENIE WŁADZ PUBLICZNYCH
Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelską i porządek społeczności w równej wadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w Stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży, i władza sądownicza w jurysdykcjach, na ten koniec ustanowionych, lub ustanowić się mających.
VI. SEJM CZYLI WŁADZA PRAWODAWCZA
Sejm czyli Stany zgromadzone na dwie Izby dzielić się będą: na Izbę Poselską i na Izbę Senatorską pod prezydencja Króla.
Izba Poselska, jako wyobrażenie i skład wszechwładztwa narodowego, będzie światynią prawodawstwa. Przeto w Izbie Poselskiej najpierwej decydowane będą wszystkie projekta.
1. Co do praw ogólnych, to jest: konstytucyjnych, cywilnych, kryminalnych i do ustanowienia wieczystych podatków, w których to materjach propozycje od tronu województwom, ziemiom i powiatom do roztrząśnięnia podane, a przez instrukcje do Izby przychodzące, najpierwsze do decyzji wzięte być mają.
2. Co do uchwał sejmowych, to jest poborów doczesnych, stopnia monety, zaciągania długu publicznego, nobilitacji i innych nagród przypadkowych, rozkładu wydatków publicznych ordynaryjnych i ekstraordynaryjnych, wojny, pokoju, ostatecznej ratyfikacyi traktatów związkowych i handlowych, wszelkich dyplomatycznych aktów i umów, do prawa narodów ściągających się, kwitowania magistratur wykonawczych i tym podobnych zdarzeń, głównym narodowym potrzebom odpowiadających, w których to materjach propozycje od tronu, prosto do Izby Poselskiej przychodzić mające, pierwszenstwo w prowadzeniu mieć będą.
Izby Senatorskiej, złożonej z biskupów, wojewodów, kasztelanów i ministrów, pod prezydencyą króla, mającego prawo raz dać votum [14] swoje, drugi raz paritatem [15] rozwiązywać osobiście lub nadesłaniem zdania swego do tejże Izby, obowiązkiem jest:
1. Każde prawo, które po przejściu formalnem w Izbie Poselskiej do Senatu natychmiast przesłane być powinno, przyjąć lub wstrzymać do dalszej narodu deliberacji opisaną w prawie większością głosów; przyjęcie moc i świętość prawa nadawać będzie; wstrzymanie zaś zawiesi tylko prawo do przyszłego ordynaryjnego sejmu, na którym gdy powtórna nastąpi zgoda, prawo zawieszone od Senatu przyjętem byc musi.
2. Każdą uchwałę sejmową w materiach wyżej wyliczonych, którą Izba Poselska Senatowi przysłać natychmiast powinna, wraz z tąż Izba poselska większościa głośów decydować, a złączona Izb obydwoch większość, podług prawa opisana, będzie wyrokiem i wolą Stanów.
Warujemy, iż senatorowie i ministrowie w obiektach sprawowania się z urzędowania swego bądź w Straży, bądź w komisyi, votum decisivum [16] w sejmie nie będą mieli, i tylko zasiadać w ten czas w Senacie mają dla dania eksplikacji na zadanie Sejmu.
Sejm zawsze gotowym będzie. Prawodawczy i ordynaryjny rozpoczynać się ma co dwa lata, trwać zaś będzie podług opisu prawa o sejmach. Gotowy, w potrzebach nagłych zwołany, stanowić ma o tej tylko materii, do której zwołan będzie lub o potrzebie po czasie zwołania przypadłej. Prawo żadne na tym ordynaryjnym sejmie, na którym ustanowione było, znoszone być nie może.
Komplet Sejmu składać się będzie z liczby osób, niższym prawem opisanej, tak w Izbie Poselskiej, jako i w Izbie Senatorskiej.
Prawo o sejmikach, na teraźniejszem Sejmie ustanowione, jako najistotniejszą zasadę wolności obywatelskiej, uroczyście zabezpieczamy.
Jako zaś prawodawstwo sprawowane być nie może przez wszystkich i naród wyręcza się w tej mierze przez reprezentantów czyli posłów swoich dobrowolnie wybranych, przeto stanowimy, iż posłowie na sejmikach obrani w prawodawstwie i ogólnych narodu potrzebach podług niniejszej konstytucji, uważani być mają jako reprezentanci całego narodu, będąc składem ufności powszechnej.
Wszystko i wszędzie większością głosów udecydowane być powinno. Przeto liberum veto [17], konfederacje [18] wszelkiego gatunku i sejmy konfederackie, jako duchowi niniejszej konstytucji przeciwne, rząd obalające, społeczność niszczące, na zawsze znosimy.
Zapobiegając z jednej strony gwałtownym i częstym odmianom konstytucji narodowej, z drugiej, uznając potrzebę wydoskonalenia onej, po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej, porę i czas rewizyi i poprawę konstytucji co lat dwadzieścia pięć naznaczamy, chcąc mieć takowy sejm konstytucyjny ekstraordynaryjnym podług osobnego o nim prawa opisu.
VII. KRÓL, WŁADZA WYKONAWCZA
Żaden rząd najdoskonalszy bez dzielnej władzy wykonawczej stać nie może. Szczęśliwość narodów od praw sprawiedliwych, praw skutek od ich wykonania należy. Doświadczenie nauczyło, że zaniedbanie tej części rządu nieszczęściami napełniło Polskę. Zawarowawszy przeto wolnemu narodowi Polskiemu władzę praw sobie stanowienia i moc baczności nad wszelką wykonawczą władzą, oraz wybierania urzędników do magistratur, władze najwyższego wykonywania praw królowi w radzie jego oddajemy, która to rada Strażą Praw zwać się będzie. Władza wykonawcza do pilnowania praw i onych pełnienia ścisle jest obowiązana. Tam czynna z siebie będzie, gdzie prawa dozwalają, gdzie prawa potrzebują dozoru egzekucji, a nawet silnej pomocy. Posłuszeństwo należy się jej zawsze od wszystkich magistratur, moc przynaglenia nieposłuszne i zaniedbujące swe obowiązki magistratury w jej reku zostawiamy.
Władza wykonawcza nie będzie mogła praw stanowić ani tłumaczyć, podatków i poborów pod jakimkolwiek imieniem nakładać, długów publicznych zaciągać, rozkładu dochodów skarbowych przez Sejm zrobionego odmieniać, wojny wydawać, pokoju ani traktatu i żadnego aktu dyplomatycznego definitive [19] zawierać. Wolno jej tylko będzie tymczasowe z zagranicznymi prowadzić negocjacje oraz tymczasowe i potoczne dla bezpieczeństwa i spokojności kraju wynikające potrzeby załatwiać, o których najblizszemu Zgromadzeniu sejmowemu donieść winna.
Tron polski elekcyjnym przez familie mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów, periodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi polskiej, i zamkniecie na zawsze drogi wpływom mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia Ojczyzny naszej za czasów familii ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicji tronu obcych, i możnych Polaków, zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu Polskiego prawem następstwa.
Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy saski w Polszcze królować będzie. Dynastia przyszłych królów Polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta [20], dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorom de lumbis [21] z płci męskiej tron polski przeznaczamy.
Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą Stanów zgromadzonych córce jego dobrany zaczynać ma linię następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dlaczego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantke deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcji [22] podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu, po wygaśnięciu pierwszego.
Każdy król, wstępując na tron, wykona przysięgę Bogu i narodowi, na zachowanie konstytucji niniejszej, na pacta conventa [23], które ułożone będą dzisiejszym elektorem Saskim, jako przeznaczonym do tronu, i które tak jak dawne wiązać go będą.
Osoba króla jest święta i bezpieczna od wszystkiego; nic sam przez się nie czyniący, za nic w odpowiedzi narodowi być nie może; nie samowładcą, ale ojcem i głową narodu być powinien i tym go prawo i konstytucja niniejsza być uznaje i deklaruje. Dochody tak jak będą w paktach konwentach opisane i prerogatywy tronowi właściwe, niniejsza konstytucja dla przyszłego elekta zawarowane, tkniętemi być nie będą mogły.
Wszystkie acta publiczne, trybunały, sądy, magistratury, monety, stemple pod królewskim iść powinny imieniem. Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [24] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [25]. Do króla rozrządzenie najwyższe siłami zbrojnymi krajowymi w czasie wojny i nominowanie komendantów wojska należeć będzie, z wolną atoli ich odmianą za wolą narodu. Patentować oficerów i mianować urzędniki podług prawa niższego opisu, nominować biskupów i senatorów podług opisu tegoż prawa, oraz ministrów jako urzędników pierwszych władzy wykonawczej, jego będzie obowiązkiem.
Straż, czyli rada królewska, do dozoru, całości i egzekucyi praw królowi dodana, składać się będzie:
1-mo z prymasa, jako głowy duchowieństwa polskiego i jako prezesa Komisji Edukacyjnej, mogącego być wyręczonym w Straży przez pierwszego ex ordine [26] biskupa, którzy rezolucyi podpisywać nie mogą;
2-do z pieciu ministrów, to jest ministra policji, ministra pieczęci, ministra belli [27], ministra skarbu, ministra pieczęci do spraw zagranicznych;
3-tio z dwóch sekretarzy, z których jeden protokół Straży, drugi protokół spraw zagranicznych trzymać będą, obydwa bez votum [14] decydującego.
Następca tronu, z małoletności wyszedłszy i przysięgę na konstytucję wykonawszy, na wszystkich Straży posiedzeniach, lecz bez głosu przytomnym być może.
Marszalek sejmowy, jako na dwa lata wybrany, wchodzić będzie w liczbę zasiadających w Straży, bez wdawania się w jej rezolucje, jedynie dla zwołania Sejmu gotowego w takim zdarzeniu: gdyby on uznał w przypadkach, koniecznego zwołania Sejmu wymagających rzetelną potrzebę, a król go zwołać wzbraniał się; tedy tenże marszałek do posłów i senatorów wydać powinien listy okólne, zwołując onych na sejm gotowy i powody zwołania tego wyrażając. Przypadki zaś do koniecznego zwołania sejmu są tylko następujące:
1-mo w gwałtownej potrzebie do prawa narodu ściągającej się, a szczególniej w przypadku wojny ościennej;
2-do w przypadku wewnętrznego zamieszania grożącego rewolucyą kraju lub kolizją między magistraturami;
3-tio w widocznym powszechnego głodu niebezpieczeństwie;
4-to w osierociałym stanie Ojczyzny przez śmierć króla lub w niebezpiecznej jego chorobie.
Wszystkie rezolucje w Straży roztrząsane będą przez skład wyżej wspomniony, decyzja królewska po wysłuchanych wszystkich zdaniach przeważać powinna, aby jedna była w wykonaniu prawa wola. Przeto każda ze Straży rezolucya pod imieniem królewskim i z podpisem ręki jego wychodzić będzie. Powinna jednak być podpisana także przez jednego z ministrów zasiadających w Straży, i tak podpisana do posłuszenstwa wiązać będzie, i dopełniona być ma przez komisje lub przez jakiekolwiek magistratury wykonawcze, w tych jednak szczególnie materiach, które wyraźnie niniejszem prawem wyłączone nie są.
W przypadku, gdyby żaden z ministrów zasiadających decyzyi podpisać nie chciał, król odstąpi od tej decyzyi, a gdyby przy niej upierał się, marszałek sejmowy, w tym przypadku, upraszać będzie o zwołanie sejmu gotowego, i jeżeli król opoźniać będzie zwołanie, marszałek to wykonać powiniem.
Jako nominowanie wszystkich ministrów, tak i wezwanie z nich jednego od każdego administracyi wydziału do rady swojej, czyli Straży króla jest prawem. Wezwanie to ministra do zasiadania w Straży na lat dwa będzie z wolnym onego nadal przez króla potwierdzeniem.
Ministrowie do Straży wezwani w komisjach zasiadać nie mają [29]. W przypadku zaś, gdyby większość dwóch trzecich części wotów sekretnych obydwóch Izb złączonych na Sejmie ministra bądź w Straży, bądź w urzędzie odmiany żądała, król natychmiast na jego miejsce innego nominować powinien.
Chcąc, aby Straż Praw narodowych obowiązana była do ścisłej odpowiedzi Narodowi za wszelkie onych przestępstwa, stanowimy, iż gdy ministrowie będą oskarżeni przez deputację, do egzaminowania ich czynności wyznaczona, o przestępstwo prawa, odpowiadać mają z osób i majątków swoich. W wszelkich takowych oskarżeniach Stany zgromadzone prostą większością wotów Izb złączonych odesłać obwinionych ministrów mają do sądów sejmowych po sprawiedliwe i wyrównające przestępstwu ich ukaranie, lub przy dowiedzionej niewinności od sprawy i kary uwolnienie.
Dla porządnego władzy wykonawczej dopełnienia, ustanawiamy oddzielne komisje, mające związek ze Straża i obowiązane do posłuszeństwa tejże Straży. Komisarze do nich wybierani będą przez sejm dla sprawowania urzędów swoich w przeciągu czasu prawem opisanego.
Komisje porządkowe wojewódzkie, na tym sejmie ustanowione, równie do dozoru Straży należące, odbierać będą rozkazy przez wyżej wspomnione pośrednicze Komisye, respective [29] co do obiektów każdej z nich władzy i obowiązków.
VIII. WŁADZA SĄDOWNICZA
Władza sądownicza nie może być wykonywana ani przez władze prawodawczą, ani przez króla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane. Powinna zaś być tak do miejsc przywiązana, żeby każdy człowiek bliską dla siebie znalazł sprawiedliwość, żeby przestępny widział wszędzie groźną nad sobą rękę krajowego rządu.
1-mo Ustanawiamy przeto sądy pierwszej instancji dla każdego województwa, ziemi i powiatu, do których sędziowie wybierani będą na sejmikach. Sądy pierwszej instancji będą zawsze gotowe i czuwające na oddanie sprawiedliwości tym, którzy jej potrzebują. Od tych sądów iść będzie apelacja na trybunały główne, dla każdej prowincyi być mające, złożone również z osób na sejmikach wybranych. I te sądy tak pierwszej, jako i ostatniej instancji, będą sądami ziemiańskimi dla szlachty i wszystkich właścicielów ziemskich z kimkolwiek, in causis iuris de facti [30].
2-do Jurysdykcje zaś sądowe wszystkim miastom podług prawa Sejmu teraźniejszego o miastach wolnych królewskich [14], zabezpieczamy.
3-tio Sądy referendarskie dla każdej prowincyi osobne, mieć chcemy w sprawach włościan wolnych dawnymi prawami sądowi temu poddanych.
4-to Sądy zadworne, asesorskie, relacyjne i kurlandzkie [31] zachowujemy.
5-to Komisje wykonawcze będą miały sądy w sprawach, do swej administracji należących.
6-to Oprócz sądów w sprawach cywilnych i kryminalnych dla wszystkich stanów, będzie sąd najwyższy, sejmowy zwany, do którego przy otwarciu każdego sejmu wybrane będą osoby. Do tego sądu należeć będą występki przeciwko narodowi i królowi, czyli crimina status [32]. Nowy codex praw cywilnych i kryminalnych przez wyznaczone przez Sejm osoby spisać rozkazujemy.
IX. REGENCJA
Straż będzie oraz regencja, mając na czele królową albo w jej nieprzytomności prymasa. W tych trzech tylko przypadkach miejsce mieć może regencya:
1-mo w czasie maloletności króla;
2-do w czasie niemocy trwałe pomieszanie zmysłów sprawującej;
3-tio w przypadku, gdyby król był wzięty na wojnie.
Maloletność trwać tylko będzie do lat 18 zupełnych; a niemoc względem trwałego pomieszania zmysłów deklarowana być nie może, tylko przez Sejm gotowy większością wotów trzech części przeciwko czwartej Izb złączonych. W tych przeto trzech przypadkach prymas korony polskiej sejm natychmiast zwołać powinien, a gdyby prymas tę powinność zwłóczył, marszałek sejmowy listy okólne do posłów i senatorów wyda. Sejm gotowy urządzi kolej zasiadania ministrów w regencji i królowę do zastąpienia króla w obowiązkach jego umocuje.
A gdy król w pierwszym przypadku z małoletności wyjdzie, w drugim do zupełnego przyjdzie zdrowia, w trzecim z niewoli powróci, regencja rachunek z czynności swoich oddać mu powinna i odpowiadać narodowi za czas swego urzędowania tak, jak jest przepisano o Straży, na każdym ordynaryjnym Sejmie, z osób i majątków swoich.
X. EDUKACJA DZIECI KRÓLEWSKICH
Synowie królewscy, których do następstwa tronu konstytucja przeznacza, są pierwszymi dziećmi Ojczyzny, przeto baczność o dobre ich wychowanie do narodu należy, bez uwłóczenia jednak prawom rodzicielskim. Za rządu królewskiego sam Król z Strażą i wyznaczonym od Stanów dozorcą edukacyi królewiców wychowaniem ich zatrudniać się będzie. Za rządu regencyi tąż z wspomnionym dozorcą edykacye ich powierzona mieć sobie będzie. W obydwóch przypadkach dozorca od Stanów wyznaczony donosić winien na każdym ordynaryjnym Sejmie o edykacji i postępku królewiców. Komisji zaś edukacyjnej powinnościę będzie podać układ instrukcji i edukacji synów królewskich do potwierdzenia sejmowi, a to, aby jednostajne w wychowaniu ich prawidła wpajały ciągle i wcześnie w umysły przyszłych następców tronu religię, miłość cnoty, Ojczyzny, wolności i konstytucji krajowej.
XI. SIŁA ZBROJNA NARODOWA
Naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej. Wszyscy przeto obywatele są obrońcami całości i swobód narodowych. Wojsko nic innego nie jest, tylko wyciągniętą siłą obronną i porządną z ogólnej siły narodu. Naród winien wojsku swemu nadgrodę i poważanie za to, iż się poświęca jedynie dla jego obrony. Wojsko winno narodowi strzeżenie granic i spokojności powszechnej, słowem winno być jego najsilniejszą tarczą. Aby przeznaczenia tego dopełnilo nieomylnie, powinno zostawać ciągle pod posłuszenstwem władzy wykonawczej, stosownie do opisów prawa, powinno wykonać przysięgę na wierność narodowi i królowi i na obrone konstytucji narodowej.
Użyte być więc wojsko narodowe może na ogólna kraju obrone, na strzeżenie fortec i granic, lub na pomoc prawu, gdyby kto egzekucyi jego nie był posłusznym.
SYGNATARIUSZE:
Stanisław Nałęcz Małachowski, referendarz wielki koronny, sejmowy i konfederacji prowincji koronnych marszałek.
Kazimierz książę Sapieha, generał artylerii litewskiej, marszałek konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Józef Korwin Kossakowski, biskup inflancki i kurlandzki, następca koaudiutor biskupstwa wileńskiego, jako deputowany.
Antoni książę Jabłonowski, kasztelan krakowski, deputat z Senatu Małej Polski.
Symeon Kazimierz Szydłowski, kasztelan żarnowski, deputowany z Senatu prowincji małopolskiej.
Franciszek Antoni na Kwilczu Kwilecki, kasztelan kaliski, deputowany do konstytucji z Senatu z prowincji wielkopolskiej.
Kazimierz Konstanty Plater, kasztelan generała trockiego [33], deputowany do konstytucji z Senatu Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Walerian Stroynowski, podkomorzy buski, poseł wołyński, z Małopolski deputat do konstytucji.
Stanislaw Kostka Potocki, poseł lubelski, deputowany do konstytucji z prowincji małopolskiej.
Jan Nepomucen Zboiński, poseł ziemi dobrzyńskiej, deputowany do konstytucji z prowincji wielkopolskiej.
Tomasz Nowowiejski, łowczy i poseł ziemi wyszogrodzkiej, deputowany do konstytucji.
Józef Radzicki, podkomorzy i poseł ziemi zakroczymskiej, deputowany do konstytucji z prowincji wielkopolskiej.
Józef Zabiełło, poseł z Księstwa Żmudzkiego, deputowany do konstytucji.
Jacek Puttkamer, poseł województwa mińskiego, deputowany do konstytucji z prowincji Wielkiego Księstwa Litewskiego.
PRZYPISY:
[1] Stanisław August Poniatowski, król Polski, 1764-1795.
[2] Kazimierz III Wielki, król Polski, 1333-1370.
[3] Ludwik, król Węgier (1342-1382), rządził jako król Polski (Ludwik Węgierski) w sukcesji po swoim wuju, Kazimierzu III. Jego następczynią na tronie polskim była jego córka, królowa Jadwiga.
[4] Władysław, wielki książę litewski, król Polski (jako Władysław II, 1386-1434), mąż Jadwigi.
[5] Witold (lit. Vytautas), wielki książę litewski (1401-1430), brat Władysława Jagiełły.
[6] Władysław III, król Polski 1434-1444, król Węgier (1440-1444), syn Władysława II Jagiełły.
[7] Kazimierz IV, król Polski (1447-1492), brat Władysława III.
[8] Jan I Olbracht, król Polski (1492-1501), syn Kazimierza IV.
[9] Aleksander I, król Polski (1501-1506), syn Kazimierza IV, brat Jana I Olbrachta.
[10] Zygmunt I „Stary”, król Polski (1506-1548), syn Kazimierza IV, brat Aleksandra I.
[11] Zygmunt II, król Polski (1548-1572), syn Kazimierza IV, syn Zygmunta I.
[12] iurium regalium – prawa królewskiego (do dóbr naturalnych, głębi ziemi, zniesionego zresztą w 1573 r.)
[13] Miasta nasze królewskie wolne w państwach Rzeczypospolitej, ustawa z dnia 18-21 kwietnia 1791 r., jest integralną częścią Ustawy rządowej 3 maja 1791 r.
[14] votum – glos;
[15] paritatem – równość głosów;
[16] votum decisivum – równość glosów;
[17] liberum veto – (łac. wolne „nie pozwalam”) prawo zezwalające jednemu posłowi na zerwanie sejmu i unieważnienie wszystkich jego uchwał. Wyrosło z zasady jednomyślności wymaganej do uchwał sejmowych. Pierwszy zerwał sejm przez liberum veto poseł trocki, Władysław Siciński w 1652 r. W pierwszej połowie XVIII w. sejmy zrywano bardzo często. Po 1764 praktycznie wyszło z użycia.
[18] konfederacja – tymczasowy związek utworzony przez jeden lub kilka stanów bądź przez miasta dla osiągnięcia określonych celów politycznych, np. wymuszenia ustępstw na panującym. Miał istnieć do momentu osiągnięcia założonego celu. Konfederacja nie miała żadnej władzy legislacyjnej, chyba że była utworzona w ramach sejmu bądź jej cele przejęte przez sejm. Z zasady konfederacja miała okresloną struktrę formalną, na którą składały się: wybrany w głosowaniu komitet wykonawczy, skarbnik oraz komitet publikujący odezwy konfederacyjne.
[19] definitive – ostatecznie;
[20] Fryderyk August I z dynastii Wettinów (ur. 1750, zm. 1827) był Elektorem Saskim (1763-1806), a później królem (1806-1827). Mianowany namiestnikiem napoleońskiego Księstwa Warszawskiego (1807-1814).
[21] de lumbis – doslownie: „z lędźwi”, tzn. naturalnie spłodzonym;
[22] żadnej preskrypcji – żadnemu ograniczeniu;
[23] pacta conventa – umowa o charakterze publiczno-prawnym między szlachtą a nowo obranym królem. Zawierała indywidualne zobowiązania elekta dotyczące m.in. zatwierdzenia praw, polityki zagranicznej, spraw finansowych, spłaty długów. Pacta conventa układano na sejmie elekcyjnym i zgoda na nie była warunkiem elekcji. Pierwsze Pacta Conventa uzgodniono z Henrykiem Walezym (Henri Valois) w 1573 r.; sa one znane pod nazwa Artykułów henrykowskich (Confirmatio Iurium Henrici Regis). Artykuły henrykowskie poważnie ograniczały władzę króla. Zatwierdzały one m.in. wolną elekcję, zabraniały wypowiadać wojnę i zwoływać pospolite ruszenie bez zgody senatu oraz nakładać podatki bez zgody sejmu. Król zobowiązywał się zwoływac sejm co dwa lata. Pieczę nad realizacją postanowień artykułów henrykowskich powierzono wybranym przez sejm 16 senatorom rezydentom. Ostatni artykuł pozwalał poddanym wypowiadać posłuszeństwo królowi, gdyby naruszył on któreś z postanowień. Artykuly henrykowskie i pacta conventa od XVII w. zaliczane były to tzw. praw kardynalnych (tzn. gwarantujących przewagę szlachty, chroniących interesy magnatów czy Kościoła katolickiego).
[24] ius agratiandi – prawo łaski;
[25] in criminibus status – z zakresie zbrodni stanu (godzących w podstawy porządku politycznej Rzeczypospolitej;
[26] ex ordine – w porzadku hierarchii;
[27] ministra belli – ministra wojny;
[28] w komisjach zasiadać nie mają – tzn. nie mogą być członkami kolegialnych magistratur ministerialnych, zwanych komisjami;
[29] respective – odnośnie;
[30] in causis iuris et facti – w sprawach zgodnie z prawem i procedurą;
[31] Kurlandia – południowa część dawnych Inflant położona nad Baltykiem i Zatoką Ryską, sięgająca na wschód po Dźwinę (obecnie obszar Łotwy). Lenno Polski w latach 1651-1795. Przypadła Rosji podczas trzeciego rozbioru Polski w 1795 r.
[32] crimina status – zbrodnie stanu;
[33] kasztelan generała trockiego – starostwa generalnego trockiego;
Dzisiaj w nocy zmarł Nasz Przyjaciel Łukasz Lemieszek.
W tych trudnych chwilach pamiętajmy o Nim i o Jego Bliskich.
…
Łukasz na zawsze pozostaniesz w Naszych sercach…
Dziękujemy Ci, że byłeś pośród Nas…
Przyjaciele z OSP Przytoczno Osiedle.
Łukasza pożegnaliśmy tymi słowami…
W imieniu rodziny chciałbym podziękować wszystkim przyjaciołom, którzy do końca towarzyszyli Łukaszowi. Szczególnie chciałbym podziękować Marcinowi Kowalewskiemu. W tych trudnych chwilach trwałeś przy Nim. Byłeś i zawsze będziesz najlepszym przyjacielem Łukasza.
Chciałbym wyrazić ogromną wdzięczność dla strażaków z naszej jednostki (OSP Przytoczno Osiedle) za pomoc w przygotowaniu tej uroczystości.
Dziękuję również druhom z innych jednostek, którzy towarzyszyli Łukaszowi w jego ostatniej drodze.
W imieniu rodziny pragnę podziękować za przybycie Wam Wszystkim, za wszystkie słowa wsparcia, życzliwość i modlitwę.
Bóg Wam Wszystkim zapłać.
Łukasz jesteśmy tutaj, jesteśmy dla Ciebie. Byłeś wspaniałym człowiekiem, kolegą i przyjacielem, dawałeś wiele radości Nam wszystkim. Pełen optymizmu i wiary szedłeś przez życie. Byłeś człowiekiem życzliwym i wesołym, z nadzieją patrzyłeś w przyszłość. Bóg obdarzył Cię talentem muzycznym, który wykorzystywałeś aby sprawiać ludziom radość.
Być może dla świata byłeś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi byłeś i pozostaniesz całym światem…
Dziękujemy Ci, że byłeś…
Spoczywaj w pokoju.
Oto świadek i jego relacja -Powstanie Warszawskie1 sierpnia 1944r.
Materiał pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego – www.1944.pl
Barbara Kuszell – pseudonim „Baśka”
stopień – sanitariuszka
formacja – Batalion „Gustaw-Harnaś”
dzielnica – Stare Miasto, Śródmieście
Nazywam się Barbara Kuszell. Urodziłam się w 1926 roku. Do konspiracji wstąpiłam w 1942 roku i szkoliłam się na sanitariuszkę. Potem w czasie Powstania byłam sobie taką sanitariuszką, która nosiła rannych, potem pracowałam w szpitalu w naszym batalionie.
Proszę opowiedzieć trochę o swojej rodzinie.
Moja rodzina wywodzi się z Podlasia. Moi rodzice mieli tam tak zwany majątek ziemski. Rodzina była liczna, bo nas było siedmioro rodzeństwa. Mój brat był w partyzantce, zginął w 1944 roku. Mój ojciec był zaangażowany też w czasie wojny w konspiracji. Był kwatermistrzem okręgu lubelskiego. Moja matka również. Także cała rodzina była… Moje siostry były po prostu młodsze ode mnie, także już nie… Chociaż dwie z nich były zaangażowane w harcerstwie. A ja uczyłam się handlu w Warszawie w 1942 roku i bardzo szybko się zetknęłam z tą organizacją, stąd moja obecność tutaj. Ja bardzo sobie cenię, że to podlegało AK. No i odłam. Kursy sanitarne. Takie praktyki w szpitalu. Wszystko to, co potrzebne było do pracy, a co potem trudno było wykorzystać. Praktyki szpitalne miały się nijak do tego, co było potem w szpitalu…
Proszę powiedzieć o samym momencie zwerbowania Pani do organizacji.
Mieszkałam na stancji u mojej ciotki, która była właśnie bardzo zaangażowana.
Gdzie to było?
Na Chopina. I ona mi zaproponowała. No a ja oczywiście z entuzjazmem się zgodziłam. Chciało się coś robić, działać, żeby się temu przeciwstawić.
Czyli takie rodzinne zaangażowanie w konspirację?
No przez rodzinę… Tak się zaczęło. Równocześnie szkoliła szkoła. Matura.
Proszę opowiedzieć o szkole. Gdzie się pani uczyła?
Chodziłam do gimnazjum… jest teraz na Klonowej… tam zrobiłam trzecią i czwartą klasę. Przedtem uczyłam się w domu. Do drugiej gimnazjalnej byłam uczniem, uczyłam się w domu. Potem trzecią i czwartą w gimnazjum. I potem już było konspiracyjne liceum, a ja się zapisałam do liceum ogrodniczego. Było takie liceum ogrodnicze Wiśniewskiego. No i tam… Ale potem żal mi się zrobiło, że nie będę miała zwykłej matury i zapisałam się równocześnie na komplety. I zyskałam na tym, bo w 1944 roku zdałam maturę, a egzaminy maturalne z tego liceum miały być dopiero we wrześniu. No więc do nich nie doszło. Potem moje koleżanki miały różne kłopoty, żeby zdobyć maturę, a ja już miałam sprawę załatwioną. Potem, po Powstaniu znalazłam się w Częstochowie, tam się zapisałam na kursy akademickie, bo tam był Uniwersytet Ziem Zachodnich… No i to też było tajne… aż do końca wojny. A potem przeniosłam się do Poznania i tam już kończyłam studia.
W czasie od 1942 roku do Powstania mieszkała pani tylko z ciotką?
Tak… To był taki kołchoz. Tam mieszkało bardzo dużo młodzieży, bo to było takie stare, przedwojenne, duże mieszkanie. No i wszyscy tam mieszkali, mieszkałam z siostrą, kuzynami, z bratem…
Proszę powiedzieć o działalności konspiracyjnej właśnie od 1942 roku. Jak wyglądały te wszystkie kursy?
Były zebrania… Byliśmy podzieleni na tak zwane „piątki”. Znaliśmy się tylko z numerów, nie było znajomości po imieniu… W tej najbliższej piątce to znaliśmy się, bo były kontakty, wiedzieliśmy o sobie, ale już potem, dalej to już nie. Były tylko numery. Były piątki, była „piątkowa”, która się opiekowała tą grupą i raz na tydzień, czy może częściej, były zebrania. To zależało. A potem były kursy sanitarne. To już były kursy w szpitalach. Przeważnie były w Szpitalu Czerwonego Krzyża, bo tam było dużo lekarzy bardzo zaangażowanych w pracę konspiracyjną i pielęgniarki. I tam odbywały się kursy. Potem był egzamin. A w tym były jeszcze szpitalne praktyki. Odbywałam tę praktykę w szpitalu na Kopernika. To były [praktyki] w ambulatorium, potem na salach. To wszystko trwało wiele miesięcy, zanim myśmy się nauczyły.
Czy zebrania odbywały się w prywatnych domach?
Tak, w prywatnych domach.
Zawsze gdzie indziej?
Raczej się nie powtarzały. Raczej w różnych mieszkaniach. Chodziło o to, żeby to nie było w jednym miejscu, żeby nie zwracać uwagi, że te same osoby przychodzą… jakoś regularnie.
Jak zapamiętała pani wybuch Powstania?
Wybuch Powstania. To było tak, że po maturze pojechałam do mojego rodzinnego domu, ale miałam polecenie wrócić 24 lipca, bo już było wiadomo, że coś się szykuje. I wróciłam. Zresztą ostatnim pociągiem, bo Dęblin już był w rękach sowieckich i ostatnim pociągiem, który jechał tylko do Dęblina, dojechałam do Warszawy. I chyba 29 [lipca] byliśmy zmobilizowani. Na Powiślu, w mieszkaniu naszej piątkowej. Byliśmy tam przez te kilka dni. Równocześnie my w jednym pokoju, [a] w drugim pokoju była zmobilizowana grupa jej brata. Było nas bardzo dużo. A potem już, jeszcze przed wybuchem Powstania, objęłyśmy placówkę w Poczcie Saskiej na Krakowskim Przedmieściu. I tam nas zastało Powstanie. Byliśmy tam uwięzieni dlatego, że całe Krakowskie Przedmieście było w rękach niemieckich. Właściwie wszystko było naokoło [pod obstrzałem], tak że dopiero po dwóch dniach nawiązaliśmy kontakt ze Starym Miastem i piwnicami, takimi przejściami przeszłyśmy na Stare Miasto. Objęłyśmy placówkę w obecnym Ministerstwie Zdrowia. […] Barykada była na rogu Miodowej i… nie Krakowskiego, ale bliżej trochę trasy. Trudno powiedzieć, bo jest ta trasa WZ. A myśmy byli pierwszą placówką sanitarną. Nam tam przynoszono, przyprowadzano rannych i opatrywałyśmy ich na miejscu. Tych ciężej rannych odnosiło się do szpitala świętego Ducha, wtedy jeszcze. Potem nawiązałyśmy kontakt z naszym batalionem, z naszym dowódcą. I przenieśliśmy się na Kilińskiego, do szpitala polowego już związanego z naszym batalionem.
Jakie warunki panowały w szpitalu?
Szalenie prymitywne. Nie było mowy o słaniu łóżek, jak to nas uczono w [szkole]… o zmianie pościeli i tak dalej, bo tego wszystkiego nie było. Były materace, było trochę łóżek. Ludzie przynosili… udostępniali… To było w ogóle w prywatnym domu, w mieszkaniach. Część była w piwnicy, a część na parterze, a wyżej były kwatery powstańcze.
Jak było z zaopatrzeniem medycznym?
Zaopatrzenie medyczne było zgromadzone jeszcze przed Powstaniem. Było to, co potrzeba. Poza tym w ręce powstańców dostały się Stawki. Tam były niemieckie magazyny. No i tam były duże magazyny żywnościowe, były tam leki i umundurowania; sławne panterki niemieckie. To było szczytem elegancji, mieć taką panterkę.
Do kiedy była pani na Kilińskiego?
Na Kilińskiego… 29 był nalot i ten szpital został zniszczony. Ja zresztą też byłam przysypana, odkopali mnie spod tego… Miałam szczęście, bo to był taki pokój, gdzie leżały ranne sanitariuszki. Byłam po nocnym dyżurze, bo przeważnie miałam nocny dyżur… Przyszłam, usiadłam przy łóżku mojej bliskiej koleżanki i tak sobie rozmawiałyśmy. Miałam pójść się położyć spać, ale rozmawiałyśmy, siedziałam w pozycji oparta o ramę łóżka. I jak nagle się zaczęło, zrobiło się ciemno, zatrzęsło się i wszystko się zawaliło. Mnie uratowało to, że taka… szyna metalowa, która podtrzymywała strop zatrzymała się nade mną i nie przysypało mnie to całkiem. A ponieważ siedziałam w tej pozycji, to miałam trochę powietrza i wobec tego się nie dusiłam. Jakoś się do mnie dobrali. Bardzo szybko mnie wyciągnęli. Nikogo więcej z tego pokoju nie wyciągnęli. Wszyscy zginęli. Nie można było odsypywać, bo to był stary dom i te cegły… co się ruszyło, to leciały następne. Jeszcze długo się odzywali, wołali. Jeszcze tam pracowali, ale nie dało się…
Miała pani jakieś obrażenia?
Byłam poobijana. Ponieważ na rękę ucisnął taki blok… miałam taką [ściśniętą pięść]… i tej ręki nie mogłam rozprostować, a poza tym byłam poobijana, [miałam] poobdzieraną skórę, ale w zasadzie wszystko było w porządku. Potem przeszłam… Wezwał mnie dowódca i powiedział, że ewakuujemy się kanałami. W pierwszym rzędzie ranni… i że ja też mam z nimi iść. Ja się strasznie buntowałam, nie chciałam iść, zostawiać, ale powiedział: „No już, to jest rozkaz!” Jak rozkaz, to rozkaz. „Zresztą będziesz się opiekowała tymi rannymi.” Rzeczywiście cały czas w kanałach na plecach ciągałam takiego rannego. Przeszliśmy kanałami, weszliśmy na placu Krasińskich, a wyszliśmy na Wareckiej. Przechodziło się pod Krakowskim Przedmieściem. Na Krakowskim Przedmieściu byli Niemcy. Słychać było, jak oni chodzą, przy włazach musieliśmy się zachowywać cicho, żeby nas nie usłyszeli. Na szczęście te kanały nie były takie [niskie]… Szło się w pochylonej pozycji, nie można się było wyprostować, ale nie trzeba się było czołgać… Trwało to kilka godzin, zanim żeśmy wyszli. I ten Nowy Świat, cały dom, światła, szyby w oknach… Ja poszłam na Okólnik, na Okólniku mieliśmy zbiórkę. I tam na trzecim piętrze mieszkała ta moja piątkowa, ale jej nie było, tylko była jej ciotka. Przyjęła mnie bardzo serdecznie. Napuściła nawet wody do wanny i mogłam się wykąpać… Spałam. Potem byłam świadkiem, jak ludzie wychodzili z kanałów, to był taki straszliwy zapach. Coś nieprawdopodobnego. No i w łóżku z pościelą, to była rzecz niesłychana. Potem… wyszłam z tego ze straszną gorączką. To się nazywało grypa żołądkowa. Dotarłam potem na Chopina do mojej ciotki, która mnie nie poznała, jak mnie zobaczyła. Patrzyła na mnie. Ja mówię: „Ciociu”. Nie poznała mnie. Parę dni leżałam prawie zupełnie nieprzytomna. No i jakoś z tego wyszłam. Potem już nawiązałam kontakt z [moimi]… Ja przeszłam 29, a oni przeszli 31. Próbowali się najpierw przebić przez Ogród Saski. To było niemożliwe, wobec tego przeszli kanałami. Już miałam trochę ograniczone działanie przez tą rękę, bo miałam ją niesprawną. Wszyscy mówili: „A jakie ty masz szczęście, że to lewa ręka”. A ja jestem właśnie mańkut. Tak się działo do 2 października, z tym, że… to Śródmieście, tak prawda wspaniałe jak w sierpniu, to po tym wszystko zaczęło się walić.
Czy to od momentu, kiedy pani wróciła do ciotki do mieszkania?
Tak, ja już tam wtedy nocowałam, w dzień chodziłam tam do szpitala.
Do którego szpitala?
Potem były na Hożej i na Pięknej. Te same szpitale naszego batalionu. Potem wyszłam z ludnością cywilną. Dlatego, że jakoś… nie wyszłam z wojskiem tylko wyszłam z [cywilami]… Tam były malutkie dzieci, moja kuzynka. Stwierdziłam, że jednak powinnam im pomóc i wyszłam z nimi. Wywieźli nas do Bochni. Jeszcze jak nas zaprowadzili… bo [przyprowadzili nas] do Ursusa do Pruszkowa, do warsztatów kolejowych, takie wielkie hale, to mnie od razu oczywiście wygarnęli, no bo młoda dziewczyna, na roboty. No to ja [poszłam] do takiej hali, gdzie przyjmuje lekarz. Do godziny trzeciej. Jest godzina druga, w pół do trzeciej. Jakoś się dostałam do tego lekarza. Podeszłam. Taki chłopak, który wpuszczał, jakoś się widocznie zlitował nade mną. W każdym razie wpuścił mnie. No i lekarz – Niemiec pyta, co jest? Ja mu pokazuję tę rękę. On się pyta: Sind Sie mit Familie? A lekarka Polka, która siedziała tak patrzyła na mnie, takim wzrokiem. Mówi: „Pani jest z rodziną, prawda”? Ja mówię: „Tak, jestem z rodziną”. To był taki poczciwy starszy pan, ten lekarz. Też mu się zrobiło żal, dał mi taką kartkę zwalniającą mnie z tego, że mogę przejść do innej… Wychodzimy, taki żandarm chodzi i wyczytuje nazwiska tych, którzy mają wyjść, a tutaj zamiast trzydziestu osób, zjawia się sto. Ten machnął ręką i czyta od początku. No znowu te… Ach, wszystkich przeprowadził. Nie dociekał. No i nas wywieźli do Bochni, ale to są już losy popowstaniowe.
Chciałabym jeszcze wrócić do Powstania, też do szpitala. Mówiła pani o warunkach, że wszystko dobrze było zorganizowane przed Powstaniem.
Bo mieliśmy znakomitego lekarza – doktór Morwa. To był chirurg. Ale on był świetnym organizatorem, świetnym szefem. Wszystko trzymał bardzo krótko.
I do końca Powstania, jak pani służyła w szpitalu, to nie było żadnych problemów z zaopatrzeniem, z opatrunkami?
Były. To jakoś to było… Oczywiście, że to nie było tak, że leżało w szafce i brało się, a jak nie było, to się zamawiało i… tak jak jest teraz. Ale jakoś sobie radziliśmy… Ja na przykład nie potrafię powiedzieć, co myśmy jedli. Wiem, że była ta „kasza-pluj” sławna, ale nie mam zupełnie w pamięci tego, co się jadło i jak się jadło. Wiem, że się dostawało jakieś zupy, jakieś miski, czy coś, ale to jakieś takie było nieistotne, nieważne. Wiem, żeśmy zawsze nosiły w kieszeniach kostki cukru. Cukier ze Stawek. To bardzo pomagało, bo to podtrzymywało.
A nie pamięta pani, żeby pani chodziła głodna?
Nie. Tak głodna ze świadomością, że nie będę miała co jeść, to nie. Głodna byłam, bywałam, tylko… To jest wtedy, jak jest się głodnym i nie ma się możliwości. A tam zawsze jakieś jedzenie było.
Jak było z wodą?
Chodziło się po wodę do studni. Na Starym Mieście nie było już wodociągów. Trzeba było przynosić wodę.
Mówiła pani, że miała pani głównie dyżury nocne.
W szpitalu miałam nocne. Ale przedtem, jak pracowaliśmy w tym punkcie, to nie były nocne dyżury. Było różnie, no bo było dwadzieścia cztery godziny. Ten punkt, te barykady były czynne całą dobę. Takie przeżycie, naprawdę, na samym początku Powstania to było wielkie przeżycie, jak na ulicy Koziej, Niemcy wpadli do kamienicy, wyciągnęli wszystkich mężczyzn i rozstrzelali ich. Ale nie wszystkich zabili i myśmy potem, jak Niemcy się wycofali, to myśmy tam poszły żeby ratować tych ludzi. I było masę osób ciężko rannych, postrzelonych. To było makabryczne.
Pamięta pani swoje koleżanki, z kim się pani najbardziej przyjaźniła?
Myśmy były zżyte jeszcze z czasów przedpowstaniowych. Myśmy stanowiły jedną grupę. Najbliżej byłam z Krysią, z którą do dzisiaj utrzymujemy bliskie stosunki. Ale było też trochę takich osób, które po prostu przyszły, jakoś się dołączyły i potem się straciło z nimi kontakt. Miałam taką koleżankę, z którą nosiłam [nosze]. Byłyśmy mniej więcej jednego wzrostu, wiec łatwo nam było te nosze nosić. Nie wiem w tej chwili, co się potem z nią stało. Gdzieś się zagubiła. Aleśmy bardzo dużo nosiły. […] Właśnie tam na Koziej, przymierzyłyśmy się do noszy we dwie… Ten pan ważył… to był lekarz, bardzo miły, postrzelony, zresztą nie przeżył. On ważył ponad sto kilo. Tak, że myśmy musiały go nieść we cztery.
A przejście kanałami, pani wtedy sama była osłabiona, jeszcze musiała pani pomagać…
No tak, właśnie całą drogę… na mnie, na moich plecach… niezupełnie leżał, bo on szedł, tylko tak się na mnie podpierał.
Ile to godzin trwało?
To trwało chyba cztery, czy pięć godzin. A to jest taki nieduży kawałek, z placu Krasińskiego na Warecką.
Kiedy były dyżury nocne, to była praca, a co pani robiła poza dyżurami?
Pomagałam w ambulatorium, na sali opatrunkowej. Co mi tam wyznaczyli. Tam było parę godzin odpoczynku. No a w nocy też było dużo [pracy]… Przyszli ranni, to trzeba było a to [dać] pić, a to to, a to tamto. A to trzeba było opatrunki zmieniać, a to robić zastrzyki.
Jaka atmosfera panowała w szpitalu? Czy były takie momenty, że na przykład się siedziało wieczorami, śpiewało się jakieś pieśni patriotyczne?
Z tymi pieśniami patriotycznymi… Oczywiście śpiewało się pieśni patriotyczne, ale wtedy najmodniejszą piosenką w tamtych czasach były „Złociste chryzantemy”. I bardzo chętnie myśmy te „Złociste…” [śpiewali]. To był taki szlagier, tak jak teraz są różne modne. Różne piosenki [się śpiewało], całkiem cywilne, normalne. Ale oczywiście były tam jakieś wieczornice, jakieś takie bardzo podniosłe [momenty]. Poza tym była też opieka duszpasterska. Mianowicie ojciec Tomasz Rostworowski był naszym kapelanem i codziennie odprawiał msze święte na podwórku.
Codziennie? Nie tylko w niedziele?
Nie. Codziennie.
Czy były jakieś uroczystości, oprócz mszy świętych? I oprócz tych śpiewów?
Myśmy były w takiej trochę wydzielonej [strefie]… bo w szpitalu nie było bardzo czasu na to. Ja nie bardzo sobie przypominam. Ale były, na pewno były, bo potem słyszałam od koleżanek i od kolegów, że tam sobie [organizowali] na kwaterze, na wyższych piętrach.
Rozumiem, że nie miała pani żadnego kontaktu z bronią?
Nie, nigdy tego nie chciałam.
Czy zetknęła się pani bezpośrednio z żołnierzami hitlerowskimi?
Owszem. Znaczy nie, z rannymi. Kiedyś szłyśmy właśnie z Marysią ulicą Długą. Wyszli do nas żołnierze z jakiegoś innego zgrupowania i widzieli, że my jesteśmy z opaskami. „To chodźcie, bo mamy tu rannego Niemca.” No to myśmy poszły, opatrzyłyśmy go i potem wróciłyśmy. Wtedy jeszcze nie byłyśmy u doktora Morwy, tylko taki doktór Roman… Nieciekawa figura. No i opowiadamy, jaką miałyśmy przygodę. A on: „Jak rzesz mogłyście?! Niemca”?! „Jak rzesz Niemca? To nie był Niemiec, to był ranny człowiek i obowiązkiem naszym było mu pomóc.” Nie ma znaczenia, kim jest człowiek, który potrzebuje pomocy. Mieliśmy też u nas wśród rannych Ślązaka, Polaka, który był włączony do armii pod przymusem. […] Bardzo miły chłopak.
Czy były jeszcze jakieś kontakty z hitlerowcami?
Jak wychodziliśmy z [Warszawy] no i jak nas wyrzucali tam z Chopina: Raus, raus! I tak dalej. Kazali wychodzić. Potem nas prowadzili z psami i z bronią.
Czy zapamiętała pani żołnierzy jakiś innych narodowości, którzy walczyli albo tłumiąc Powstanie, albo ramię w ramię z powstańcami?
Była armia Kamińskiego, oni [byli] na Starym Mieście, tylko mnie już wtedy nie było, jak Stare Miasto upadło i oni tam szaleli. Przeszłam to Powstanie właściwie sama osobiście nie mając dramatycznych przeżyć takich, że mnie stawiali pod ścianą i rozstrzelali, czy coś takiego. Takich przeżyć nie miałam.
Jak zapamiętała pani kontakty z ludnością cywilną?
Bardzo życzliwe. W Śródmieściu przecież potem przechodziło się tymi piwnicami, które były pełne ludzi, którzy tam się ukrywali przed bombardowaniem. Ale nie spotkałam się z [nieprzyjemnościami], chociaż słyszałam potem, że były takie jakieś [incydenty], ale ja się z tym nie zetknęłam. Zawsze [było] bardzo życzliwie. Przynosili nam różne rzeczy dawali, pomagali.
Czy przez okres Powstania miała pani dostęp może do prasy podziemnej?
Tak. Były różne wydawnictwa, komunikaty… Jakieś takiej ideologicznej prasy nie.
Pamięta pani tytuły tych gazet?
Ja już nie odtworzę… No przed Powstaniem był ten najważniejszy „Biuletyn Informacyjny”, który się czytało i przekazywało dalej. W czasie Powstania dużo było takich różnych ulotnych druków i wydawnictw, ale już nie odtworzę.
Czy pani, albo pani koleżanki może pisały pamiętnik podczas Powstania? Czy zwyczajnie nie było na to czasu?
W czasie Powstania to nie było na to czasu. Chyba potem pisały wspomnienia. Ale i takie krótkie notatki z czasów Powstania tak. Ja nie, ja w ogóle nie mam sympatii pisania, przychodzi mi to z trudem.
Czy w czasie Powstania był dostęp do radia?
Było radio, tak. Tylko myśmy nie miały czasu, żeby słuchać. Ale było.
Jakie było pani najlepsze wspomnienie z Powstania?
Najlepsze wspomnienie z Powstania… Może trochę zabawne… Nie wiem, czy najlepsze, ale takie, co mi utkwiło. Jak zdobyli Stawki, to nam chłopcy tam na Miodową właśnie przynieśli jajka. Jajka… nie widziane tyle czasu. Radość, zrobimy sobie omlet. A jeszcze taka pani, która się opiekowała (ona chyba była woźną), dała nam słoik konfitur własnej roboty, ze swojej spiżarni. No i postanowiliśmy, że zrobimy sobie omlet z konfiturami. Do kuchni nie ma wstępu. Hasło: omlet. Omlet – konfitury. Nikt nie może wejść. No i mamy już ten omlet gotowy, a tutaj z tej barykady wycofywał się taki dowódca, zmieniał [miejsce] i zaszedł do nas. Usiadł sobie pogadać. Był szary, zupełnie szara twarz. Tak potwornie zmęczony. Myśmy tylko spojrzały po sobie i dałyśmy mu ten omlet.
To piękne.
Fajne.
Czy pamięta pani jeszcze jakieś anegdoty?
No były takie. W szpitalu na Kilińskiego był taki pokoik gospodarczy, gdzie jedna z moich bliskich koleżanek była tam szefem. Tam było łóżko. Więc ja po nocnym dyżurze szłam do Janki, Janka mówi: „No połóż się…” Ona była starsza od nas, więc się nami opiekowała. Myśmy były smarkate, przecież miałyśmy po osiemnaście lat.
Nazwisko Janki pani pamięta?
Pawłowska. Nie żyje już. Kilka lat temu umarła. A ona już była taka starsza, taka doświadczona. Kładła mnie tam…. No, ale był też taki oficer, który też po dyżurze filował na to łóżko. Kto pierwszy, ten był wygrany. Jak on się nazywał, to już nie pamiętam. Ale to była jedna z takich zabawnych sytuacji. Przynieśliśmy kiedyś rannego do szpitala, lekarz przyjmował go i tak spojrzał na nas i mówi: „Ile ty masz lat dziecko?” Ja mówię: „Osiemnaście i pół.” A on tak mnie poklepało ramieniu i mówi: „Oj dzieci, dzieci”.
Ale nie obraziła się pani?
Nie, nie. To było takie bardzo ojcowskie. On sobie lepiej zdawał sprawę z tego, co to jest i co się dzieje, niż my. Myśmy byli pełni entuzjazmu. To wejście na Stare Miasto w pierwszych dniach sierpnia, to było coś cudownego! Tutaj „Warszawianka”! Tutaj absolutna wolność! To było coś zupełnie nie do opisania. Ta szalona radość, że nareszcie jesteśmy u siebie. Wydawało się, że to już na pewno jest koniec tej okropności.
Czy najgorszym wspomnieniem był właśnie moment bombardowania?
Nie wiem. Ja sobie leżąc tam… najpierw rozmawiałam z tą Irką i żeśmy sobie przekazywały swoje dane. Jeżeli któraś z nas się uratuje to żeby [przekazać]. A potem to już marzyłam o tym, żeby stracić przytomność i żeby nie [oglądać tego]. W takich sytuacjach to człowiek sobie tak przeżywa całe swoje życie. Pomyślałam sobie – nie musiałaś, bo przecież mogłaś zostać tam… Ale nie żałuję. To było coś tak… trudno to wyrazić. To było coś bardzo wspaniałego, to przeżycie. To zresztą tkwi w nas wszystkich do dzisiaj. My się spotykamy i jest taka serdeczna więź między nami mimo, że nie znaliśmy się tak bardzo blisko, poza kilkoma osobami.
Czy zetknęła się pani może z jakimiś przypadkami okrutnych zbrodni popełnionych przez Niemców podczas Powstania?
Bezpośrednio nie. Są takie wspomnienia Basi Piotrowskiej, o tym jak szpital na Długiej, ale nie ten nasz, tylko w Archiwum Akt Dawnych, na rogu Długiej i Kilińskiego. No to oni tam mordowali… mordowali straszliwie.
Pani wiedziała o tym podczas Powstania, czy dopiero potem się dowiedziała?
Potem się dowiedziałam. Bo to było już po moim wyjściu. Ale o tym, że mordują [się wiedziało], chociażby tam na tej Koziej. Myśmy poszły ratować tych ludzi, którzy jeszcze żyli. Przecież to była zbrodnia. Wyciąganie tych ludzi z tej [kamienicy]… A jeszcze to ten czołg, ten sławny goliat. To przecież było przy naszej kwaterze.
Pani to widziała na własne oczy?
W tym momencie, kiedy ten czołg był, to ja wchodziłam, otwierałam drzwi i te drzwi ze mną, na dwie strony się tak [otworzyły]. Tak jak normalnie przecież nie można drzwi otworzyć w odwrotną stronę. To ten szalony wybuch tak te drzwi przekręcił. A potem jak nam zaczęli przynosić rannych, to było coś niesamowitego, to było aż straszliwe. Tam kilkadziesiąt czy kilkaset (teraz już nie wiem) [ludzi] zginęło. Także na drzewach były ich części. To coś potwornego. A masę osób było rannych i przecież nie było gdzie kłaść, nie było w ogóle… No nie wiadomo było co robić. To było przerażające.
Pamięta pani jak najdłużej pani pracowała w szpitalu bez snu? Ile to mogło być godzin?
Trudno mi powiedzieć. Bo jednak zawsze jakaś godzina czy coś, jakiegoś odpoczynku była. Trudno [mówić] o takim normalnym przespaniu osiem godzin, to nigdy nie było mowy. Spało się tam dwie, trzy godziny. Nie potrafię powiedzieć [dokładnie].
Wróćmy teraz do momentu, kiedy już pani wyszła z Powstania. Po Pruszkowie.
Po Pruszkowie nas wywieźli takimi bydlęcymi wagonami, wsadzili nas i wywieźli nas do Bochni, to kawał drogi za Kraków. I tam nas wysadzili na takim ryneczku i tamci mieszkańcy Bochni między sobą podzielili uchodźców. Myśmy trafili właśnie z ciotką i z moimi kuzynkami do urzędników tych żup solnych. Bardzo sympatyczni, bardzo [miło] nas przyjęli. Myśmy były tam chyba tydzień. Potem pojechałyśmy razem z ciotką już do Częstochowy, bo tam miałyśmy kuzyna i tam się dowiedziałam, że są kursy akademickie, że mogę [pójść]. Znałam takiego jednego Paulina z Jasnej Góry, który w czasie okupacji prowadził rekolekcje i on poświadczył, bo nie miałam żadnych dowodów po temu, że zdałam maturę i zapisałam się na te kursy akademickie. Też oczywiście tajne, to się chodziło do mieszkań. To się nazywało wydział rolniczy. Sympatyczne były te [czasy]. Z tym, że ciągle były łapanki, bo szukali na roboty. Tak było do stycznia. W styczniu przyszli Sowieci.
Co się później z panią działo?
Mieszkałam wtedy już u takich moich kolegów, koleżanki właściwie, małżeństwa kolegów z konspiracji. I tam zakwaterowali takich dwóch oficerów. Po całym mieście [chodzili] ci ranni ze szpitali, w takich piżamach, obandażowani. Siedzieli wszędzie pod płotami, zwykle pijani. My się ich pytamy: „Co wy robicie z tymi swoimi ludźmi?” [niezrozumiałe – niem.]. Kursy trwały do maja. W międzyczasie jeszcze odnalazłam rodzinę, pojechałam i znalazłam mamę i moje rodzeństwo. I potem wróciłam. Ponieważ to był Uniwersytet Ziem Zachodnich, więc się przeniosłam do Poznania. I już tam od 1945 roku zaliczyli mi te wykłady, tylko musiałam zrobić ćwiczenia. I już kończyłam studia w Poznaniu.
I już tam pani została?
Zostałam w Poznaniu do końca studiów. Potem dopiero przeniosłam się do Warszawy.
Czy miała pani kiedykolwiek jakieś nieprzyjemności z racji tego, że brała pani udział w Powstaniu?
Byłam tym obywatelem drugiej kategorii. Pewne rzeczy miałam niedostępne. Nie zapisałam się do żadnej organizacji. Ani do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, ani nawet do Ligi Kobiet. A kiedyś była bardzo zabawna sytuacja, bo mnie wybrano jako wiceprzewodniczącą Ligi Kobiet. Ja nie należałam, więc poszłam do tych pań i powiedziałam, że czuję się ogromnie zaszczycona żeście mnie wybrały, tylko niestety jest jeden szkopuł, ja nie należę. Nie mam zamiaru się zapisać. Takie były śmieszne historie.
A jakiś większych nieprzyjemności nie było?
Miałam jakieś kłopoty z awansem. Takie dokuczliwe, ale nie jakieś [straszne]…
Mówiła pani o swojej przyjaciółce, Krysi bodajże. Jak ona się nazywała?
Krysia Mieczkowska. […]
Pani rodzina na pewno się bardzo o panią martwiła, wiedząc co się dzieje w Warszawie…
Moja rodzina w ogóle nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Dopiero jak w styczniu Sowieci zajęli Częstochowę, to można dopiero było nawiązać jakiś kontakt, więc ja wtedy pojechałam do Warszawy. Dowiedziałam się, gdzie jest moja rodzina, bo ich wyrzucili, bo to przecież było w domu. Moją mamę z dziećmi, z całą rodziną wyrzucili, pozwalając zabrać niewielką ilość rzeczy. No i dotarłam do mamy. A potem wróciłam, żeby kontynuować studia.
Jak pani teraz myśli o Powstaniu, mając doświadczenie i wiedzę, jaką pani w tej chwili ma, to jakie refleksje przychodzą pani do głowy?
To jest bardzo trudno, bo trudno powiedzieć, bo… jest wielu przeciwników Powstania, którzy uważają, że to był nonsens. Mnie jest trudno [oceniać]. Według mnie to było nie do opanowania. To musiało wybuchnąć. Każdy, który był w Warszawie, nie mógł inaczej myśleć. To były cztery lata, czy tam pięć lat takiego przygotowywania się. I ci Niemcy uciekający, wycofujący się ze wschodu. Po prostu to nie mogło nie wybuchnąć. Nie mogło. To lepiej chyba, że było [w] zorganizowany sposób, niż gdyby to miałoby być takie… A dla mnie to było wielkie przeżycie. Właściwie takie jedyne, absolutnie niepowtarzalne. Trudno mi mieć obiektywny sąd o tym, czy to było dobrze, czy to było źle. Zginęło strasznie dużo ludzi, ale ja nie jestem wcale pewna czy nie zginęliby… Czy porównywalna ilość osób nie wyjechałaby na daleki wschód, nie znalazłaby się przypadkiem w Związku Radzieckim. Dlatego, że oni mieli tak bardzo dobre rozpoznanie i potem szukali ludzi. NKWD szukało potem ludzi i jak ich dopadało to aresztowali, zamykali w więzieniach.
Warszawa, 31 marca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Aleksandra Żaczek
Opublikowano za zgodą właściciela praw autorskich.
Niestety nie dowiedziałem się o pogrzebie na czas. Prawdę mówiąc, o śmierci pani Barbary Jełowickiej z d. Kuszell dowiedziałem się zupełnie przypadkiem, dopiero kilka miesięcy temu. Tym bardziej jest mi przykro, że nie mogłem towarzyszyć Jej w ostatniej drodze. Niech to, co tutaj przeczytacie będzie formą podziękowania. Za to, że była…
Z panią Barbarą, podobnie jak z innymi siostrami Kuszell spotkałem się dwa razy. Tak naprawdę drugie spotkanie było w okrojonym „składzie”. Spotkaliśmy się w mieszkaniu pani Katarzyny i Heleny, towarzyszyła nam jeszcze właśnie pani Barbara. Jednak najpierw wróćmy do naszego pierwszego wspólnego spotkania. Wszystkie siostry i nas dwóch (Marcin i ja). Wyprawiliśmy się do Warszawy wówczas nie tylko pełni nadziei ale i obaw. Obaw, o to czy nie tyle ta wizyta przyniesie nam jakieś korzyści ile o to, czy zrobimy właściwe wrażenie. Czy staniemy się godni (choć to brzmi mocno) tego, aby powierzyć nam historię swojego życia, może nie całą ale chociaż jej fragmenty związane z Przytocznem? To wówczas ogólnie brzmiało bardzo abstrakcyjnie – my, taka wielka i bądź co bądź tragiczna historia. W istocie to było wyzwanie aby nie dać się ponieść i nie zadawać pytań z prędkością strzelającego karabinu maszynowego. I tak było, pytań niewiele, po prostu rozmawialiśmy.
Pani Barbara, mieszkała w Warszawie, na Żoliborzu, a spotkania jak już wspomniałem miały miejsce w mieszkaniu pani Heleny i Katarzyny. Wtedy, podczas rozmowy dowiedzieliśmy się o jej powstańczych losach, jak to się stało, że w Powstaniu Warszawskim wzięła udział, jak to się stało, że jej udało się to powstanie przeżyć. Człowiek wychowany w czasach pokoju i z zasadzie nie znający czym jest wojna, czym jest zabijanie, czym jest cierpienie po stracie rodziny, całej rodziny, nie jest sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Ja zawsze jestem pełen podziwu dla takich ludzi, którzy przedkładali dobro ojczyzny ponad wszystko. To nie jest łatwe, to jest niewyobrażalnie trudne aby walczyć, narażając i siebie i często swoich bliskich. I niech historycy dalej spierają się o to czy powstanie było potrzebne i co by było gdyby…Nam, żyjącym w pokoju pozostaje tylko to doceniać, że mamy okazję widzieć, słuchać i znać tych bezpośrednich uczestników tamtych strasznych czasów. I nade wszystko robić tak aby takie wydarzenia jak czas wojny i zniszczenia więcej w naszej ojczyźnie nie miał miejsca. Niedługo żyjących świadków tych wydarzeń już nie będzie, upływający czas zabierze ich i pamięć o tym co było zacznie zacierać się. Póki Ci ludzie, świadkowie historii żyją wygląda to wszystko inaczej, potem zostaną tylko wspomnienia, te mówione, pisane czy utrwalone w postaci filmów. Nic więcej.
Ja mogę tylko dzisiaj wyrazić to co czuję i myślę – pani Barbarze Jełowickiej z d. Kuszell mogę tylko podziękować, za to, że w chwili próby nie wahała się, że chciała podzielić się swoim życiem, że chciała podzielić się swoją historią, historią swojej rodziny i w końcu podziękować za to, że miałem taką możliwość, że mogliśmy spotkać się i porozmawiać.
Pseudonim – „Basia”
Data urodzenia – 1926-01-16
Data śmierci -24-10-2016
Stopień – sanitariuszka
Stopień – strzelec
Miejsce urodzenia – Przytoczno, województwo lubelskie
Imiona rodziców – Kazimierz – Maria z domu Konic
Pseudonimy – „Basia”, „74”
Udział w konspiracji 1939-1944 – Narodowa Organizacja Wojskowa
Oddział – Armia Krajowa – Grupa „Północ” – zgrupowanie „Róg” – batalion „Gustaw” – sanitariat – szpital polowy ul. Kilińskiego 3; po przejściu do Śródmieścia szpitale polowe: ul. Hoża 8 i ul. Piusa 24
Szlak bojowy – Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ – Śródmieście Południe
Losy po Powstaniu – Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.
W następnym artykule poznacie powstańcze i nie tylko losy pani Barbary.
Historia ta, jest tak naprawdę zwyczajna, o spotkaniu kilku osób. Historia zwyczajna, choć ludzie zupełnie niezwyczajni…
O tym kim dla mnie, dla nas i dla naszej społeczności, dla naszej historii jest rodzina Kuszllów mogliście przeczytać w tym artykule – „Z wizytą u rodziny Kuszllów”). Niemniej jednak tutaj chciałbym nie tyle to powtórzyć co uzupełnić o nowe myśli.
Zapewne jest wiele więcej osób, które siostry Kuszell znają i dłużej i lepiej niż ja. Tak naprawdę miałem okazję spotkać się z Nimi tylko dwa razy. W żaden sposób nie uprawnia mnie to do tego aby powiedzieć, że znam siostry Kuszell. Nasze wzajemne relacje, mimo, że jak najbardziej nacechowane pozytywnymi emocjami, ograniczyły się w zasadzie do tych dwóch spotkań.
Jak więc opowiedzieć historię rodziny, choć znając ją osobiście, nie wiedząc o niej wiele? Bo tak naprawdę to nie będzie opowieść o rodzinie, czy biografia, to będzie wspomnienie o tym co było, co powoli przemija…
POCZĄTEK
Pierwszy raz o rodzinie Kuszllów usłyszałem kiedy byłem małym chłopcem. Wtedy właśnie pierwszy raz słuchałem opowieści mojego dziadka Adama o dziedzicu Kuszllu, o tym jakim był człowiekiem, jakim gospodarzem i jak to się stało, że historia nagle urywa się i majątek i dobra należące do dziedzica niejako przestają istnieć. Dla mnie to było jak mityczna opowieść, o wspaniałym człowieku, który kiedyś tutaj rządził. Czasy te wydawały mi się wtedy tak odległe, że samą opowieść przyjmowałem „na wiarę”, bo i dlaczego nie, przecież historię tą opowiedział mi mój dziadek, dlaczego miałby koloryzować. Oczywiście dziadek też dużo rzeczy usłyszał od innych, sam pojawiał się we dworze ale jako młody chłopiec jeśli pracował tam to tylko dorywczo. Wtedy również mimo, iż odwiedzałem miejscowy cmentarz w Przytocznie nie zwróciłem uwagi na nagrobki rodziny Kuszllów, tak więc moja wiedza o tej rodzinie była szczątkowa.
KUSZELL
Od początku zamysł był taki, że to będzie nasz główny temat, rodzina Kuszllów. Czy trzeba przypominać nadal dlaczego? Jeśli ktoś nie wie, a chciałby wiedzieć, w innych artykułach znajdzie odpowiedź.
Historię naszego pierwszego spotkania – w 2010 roku – już opisywałem (link powyżej). Teraz z perspektywy czasu mogę tylko snuć wyobrażenia, przywoływać wspomnienia o tej wizycie, myśleć co można było jeszcze powiedzieć, o co zapytać, może zrobić więcej zdjęć. Jednak to już się nie wydarzy, czas kiedy ta wizyta była, już dawno przeminął i nie powróci. Zdjęcie, które widzicie poniżej to być może ostatnie zdjęcie, na którym siostry Kuszell są razem. Ja dzisiaj wiem, że to zdjęcie powstało dzięki Nam. To zdjęcie i to co tu piszę zostanie jako ślad, że nasze wspólne spotkanie miało miejsce. Tyle i aż tyle.
Dnia 29 maja 2017r. zmarła Katarzyna Kuszell – najmłodsza z sióstr.
9 czerwca w Kościele pw. św. Karola Boromeusza na warszawskich Powązkach została odprawiona msza św. pogrzebowa.
Siedząc w kościele, jeszcze przed rozpoczęciem nabożeństwa myślami wracałem do naszego pierwszego spotkania. Emocje jakie nam (razem z Marcinem) towarzyszyły przekraczając próg mieszkania pani Katarzyny i Heleny (mieszkały razem) trudno mi nawet opisać. Myślę, wierzę, chociaż nie, mam pewność, że takie same emocje i chwile refleksji towarzyszyły wtedy właśnie wszystkim siostrom Kuszell. Nagle, w zasadzie bez zapowiedzi, odłożona gdzieś na daleką półkę historia ich młodości wraca do nich w postaci nas dwóch, zafascynowanych losami rodziny Kuszllów mieszkańców Przytoczna. Jak wiele by nie pisać i mówić, nie sposób w pełni oddać tych chwil.
Fot. Siedzą od lewej: Janina, Barbara, Katarzyna, Jadwiga, Helena.
Nagle spojrzenie na urnę z prochami śp. Katarzyny przypomina mi, że nie będzie już takiego spotkania, że takie zdjęcie nie powstanie…
Nie wszyscy wierzą w symbolikę pewnych zachować czy gestów jednak moją uwagę zwrócił fakt, iż kwiaty, które przyniosłem zostały położone obok urny z prochami, a później gdy ów urna spoczęła na płycie nagrobnej znowu kwiaty były obok. Może to zbieg okoliczności, może coś więcej…
Poniżej kilka zdjęć, które udało mi się zrobić.
Cmentarz Powązkowski jest wyjątkowy – wystarczy spojrzeć
Wspaniałe są te pomniki, można odpocząć spacerując alejami. Są drzewa więc mimo upało jest przyjemnie chłodno
Przed mszą.
Ostatnia droga śp. Katarzyny Kuszell
Pożegnanie.
Pani Janina Kuszell, jako jedyna siostra wzięła udział w nabożeństwie.
Kiedy składaliśmy kondolencje na ręce jedynej obecnej na pogrzebie siostry w myślach powtarzałem sobie – czy aby pani Janina mnie pamięta…?
…przedstawiłem się, powiedziałem , że jestem z Przytoczna, że kilka lat temu spotkaliśmy się (ja i Marcin) z wszystkimi siostrami Kuszell, czy w ogóle pamięta to spotkanie…?
…Pani Janina spojrzała na mnie – jej oczy, nie były pełne łez, raczej wesołe jak mniemam z powodu, że ktoś z tak dalekiego Przytoczna pamiętał i przyjechał – i nie zapomnę tej chwili, mimo iż trwała ledwie sekund kilka – odpowiedziała:
– Na Marszałkowskiej!- powiedziała, a zabrzmiało to jakby chciała dokończyć moje pytanie, z takim przekonaniem i radością jakby ta wizyta była ledwie wczoraj…
Pomyślałem sobie, jednak pamiętała naszą wizytę, pamiętała nas. Warto było wtedy tam być, trzeba było teraz tutaj być. Nie tyle dla historii, ile po prostu dla drugiej osoby.
Dziękuję pani Marysi za wspólną podróż.
Myślę, że godnie reprezentowaliśmy Przytoczno na mszy pogrzebowej za duszę śp. Katarzyny Kuszell.
Minęło już kilkanaście dni od obchodów 186. Rocznicy Bitwy pod Łysobykami. Czas aby to opisać, podsumować i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Tekst będzie jak najbardziej subiektywny, więc jeśli ktoś miałby inne zdanie to ma takie prawo a polemika, byle rzeczowa i „na temat” mile widziana.
Przy okazji muszę wspomnieć, że ostatnio mieliśmy również kłopoty z dostępem do strony, stąd też duże opóźnienie w publikacji tego i innych artykułów. W tej chwili wykorzystujemy tylko nasz profil aby publikować nowe materiały. Mam nadzieję, że problemy techniczne zostały zażegnane i spokojnie będziemy kontynuować naszą przygodę z historią.
Cóż, zawsze mam kłopot jak zacząć ów artykuł – pomimo tego, że krótki wstęp powyżej już jest. Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o to co się wydarzyło. Do tego przejdziemy za chwilę ale najpierw troszkę spraw, które z kronikarskiego obowiązku należy przedstawić.
Jak to bywało w ostatnich latach tak i w tym roku (uroczyste?) obchody 186. Rocznicy Bitwy pod Łysobykami, które odbyły się 18 czerwca 2017r. zostały zorganizowane przez Stowarzyszenie OSP Przytoczno Osiedle. Logistycznie i merytorycznie za przygotowania w największym stopniu odpowiadał autor niniejszego tekstu. Wiele osób brało udział w przygotowaniach, ale o tym w końcowej części artykułu, gdzie szerzej to opiszę.
Uroczyste? Chyba tak, skoro:
innych obchodów nie było;
w jakiś sposób było to wydarzenie podniosłe i ważne.
Jak co roku same przygotowania zaczęły się wiele dni przed 18. czerwca. W tym miejscu chciałbym tylko powiedzieć, że mimo, iż sam program obchodów może nie był bardzo okazały jednak wymagał sporo pracy i zaangażowania. To nie jest tak, że można zrobić to w jeden dzień. To po prostu nie jest możliwe. Sam zaś program po części wynikał z posiadanych przez nas środków finansowych. Bo tu kolejny fakt warty odnotowania – takie nawet skromne obchody wymagają zaangażowania pewnych środków finansowych. Trzeba zatem starannie zaplanować co podczas takiego wydarzenia należy w programie umieścić. Oczywiście, że mając dużo więcej pieniędzy można zrobić dużo więcej ale mając niewiele pieniędzy zrobić coś takiego jak tutaj… no cóż ocenę pozostawiam raczej będącym na miejscu.
Trudno recenzować siebie, swoje pomysły i swoją pracę choć spróbuję. Na początek coś „na minus” czyli co nie do końca się udało. Zawiodło nagłośnienie – organy choć połowicznie działały, co w tamtej chwili wydawało się sukcesem należy uznać jednak za minus. To na pewno w jakiś sposób skomplikowało i umniejszyło „donośne brzmienie” tej uroczystości. Dla nas to lekcja na przyszłość. Poza tym trudno mi wskazać jakieś inne „wpadki”. Chyba ta jedna, w tym roku wystarczy.
Fot. W tym roku wydarzenie reklamowane było tym o to plakatem.
Meritum czyli o czym to było.
Ci, którzy uczestniczyli w tych obchodach, wiedzą jak było. Dla nich poniższe zdjęcia i moja relacja będzie tylko przypomnieniem. Dla tych, którzy z różnych względów nie byli, krótkie przypomnienie:
Bitwa pod Łysobykami – jedna z wielu bitew Powstania Listopadowego. Wydarzenia z dnia 19 czerwca 1831r. chcemy co roku upamiętniać jako nie tylko wydarzenie historyczne, które miało miejsce obok naszych domów ale nade wszystko pokazywać, że ta nasza historia nie może być zapomniana. Że, człowiek, każdy człowiek bez szacunku dla historii…(tutaj niech każdy sobie odpowie czym historia dla niego jest – w ten sposób zdanie dokończy). Słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego, które możecie przeczytać na stronie głównej doskonale wyjaśniają czym jest historia. Ja jeszcze często słucham tych słów, które niekoniecznie może mówią o historii ale ogólnie o sprawach ważnych.
Może i przesadzam z patosem, próbując z nieistotnej rzeczy zrobić coś wielkiego. Ale czy nieistotnej?
Program obchodów.
Sam program nie był obszerny – jak zawsze zaczęliśmy od mszy świętej. Potem krótką mowę o tej treści wygłosiłem ja, czyli autor tego artykułu:
(…) Dzięki naszej inicjatywie i w zasadzie uporowi to wydarzenie jakim jest uroczysta msza święta, tutaj w lesie za poległych w Bitwie pod Łysobykami ma miejsce. Chcemy aby te obchody były czymś więcej, stały się takim swoistym świętem, dniem w którym o naszej lokalnej historii pamięta się lepiej, wyraźniej, z większym zainteresowaniem. Dzisiaj i w minionych latach, dzięki naszemu zaangażowaniu i Waszej obecności to się udaje. Bo przecież bitwa pod Łysobykami to tylko jedna z naszych lokalnych historii. Jest dużo więcej ciekawych opowieści z przeszłości, które warto znać i pamiętać. Każdy kto miał okazję odwiedzić naszą stronę – przytoczno.pl – wie jak wiele ciekawych opowieści już opisaliśmy. Te już są znane, przed nami jeszcze wiele nieopowiedzianych. My ze swojej strony chcemy zrobić wszystko co jest możliwe, aby tak się stało, aby to miejsce i ten czas były jeszcze lepsze, godniejsze. Aby to się powiodło potrzeba czegoś więcej – zainteresowania ze strony innych, mieszkańców i nie tylko. Inaczej to miejsce będzie tylko posprzątanym lub nie placem z kamieniem po środku. Niczym więcej (…)
Nie wszyscy są na zdjęciu – druhowie z Jeziorzan i Krępy już odjechali
Pan Jacek Pożarowszczyk z Kocka wygłosił bardzo ciekawy referat.
Tradycyjna grochówka, kto jadł wie, że była pyszna.
W tym roku do aktywnego uczestnictwa w obchodach włączyliśmy znanego historyka z Kocka, Pana Jacka Pożarowszczyka. Wygłosił on ciekawy referat na temat tej bitwy. Skąd wiem, że ciekawy? Każdy z uczestników, wspominając uroczystości nie omieszkał wspomnieć, że właśnie ten referat zrobił na nim pozytywne wrażenie – przy czym zarówno treść jak i sam prowadzący, który mówił w sposób ciekawy. Myślę, że to tylko początek i Pan Jacek jeszcze nie raz pojawi się na naszych uroczystościach z równie ciekawym referatem.
W zasadzie nieoficjalna część obchodów za chwilę się zacznie – co widać na zdjęciach. Nim jednak spróbujemy tradycyjnej grochówki i ciast, złóżmy podziękowania:
przede wszystkim za pogodę – Panu Bogu – pogoda dopisała, mimo prognoz, które przepowiadały jednak deszcz.
proboszczowi Mieczysławowi Mikulskiemu oraz ks. wikariuszowi Tomaszowi Mikołajczukowi za możliwość modlitwy w tym miejscu. Ponadto ks. wikariuszowi za wygłoszoną homilię – zarówno ciekawa, jak i w sposób godny wygłoszona.
Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie za wypożyczenie mundurów z epoki, a Piotrkowi Kowalczykowi za ich odebranie i przywiezienie.
Za przygotowanie posiłku – tradycyjnej grochówki Pani Małgorzacie Gomole.
Za przygotowanie materiałów promocyjnych – plakatu i pamiątkowego magnesu dla Rafała.
Dla wszystkich członków stowarzyszenia, naszych druhów, którzy aktywnie włączyli się w przygotowania tej uroczystości, zarówno tym młodszym jak i tym starszym. Bez naszej wspólnej pracy nie byłoby tego.
W sposób szczególny, wręczając symboliczną statuetką z dedykacją podziękowaliśmy: Wspólnocie Gruntowej wsi Jeziorzany oraz Wspólnocie Gruntowej wsi Przytoczno za okazaną pomoc – przekazanie środków finansowych, dzięki którym udało się przygotować tę uroczystość. Za wygłoszenie referatu również specjalne podziękowania dla Pana Jacka Pożarowszczyka z Kocka, który sposób interesujący przedstawił kilka faktów znanych i mniej znanych o bitwie pod Łysobykami.
Cóż, zbliżamy się do końca. Pozostaje obejrzeć zdjęcia zamieszczone obok.
Wnioski.
Przygotowywanie nawet tak niedużej imprezy okolicznościowej wymaga wiele pracy. W toku realizacji poszczególnych etapów, wszelkie niedociągnięcia, powstające na kolejnych odcinkach staraliśmy się eliminować. Jednak mimo to nie wszystko wyszło tak jak było zamierzone. Było również wiele pomysłów, których nie udało się zrealizować. Z różnych przyczyn. Przy realizacji tych obchodów powstało wiele nowych pomysłów i jest już wstępny plan jak ma to wyglądać za rok. Powiem tylko tyle, że warto czekać. Czas płynie szybko…
Nie będę oceniał kto i dlaczego przyszedł na te obchody albo kto i dlaczego nie przyszedł. Nie moja w tym rola jako organizatora. Wzorem lat ubiegłych, w tym roku i zapewne w latach przyszłych zaproszony jest każdy kto zaproszenie odczyta(ł).
Nie sądzę abym kiedykolwiek miał dosyć, mówiąc kolokwialnie czytania tych czy tym podobnych opowieści. Odkrywania coraz nowszych historii – choć przecież zdarzyły się wiele dziesiątek lat temu. Dlaczego? Odpowiedź zapewne wyda się trywialna ale i tak warto to powiedzieć: nie ma i nie będzie tego czasu, który minął, nie ma i nie będzie wielu „opowiedzianych” tu ludzi, panta rhei…
Zapraszam na kolejną opowieść Pani Krystyny. Jak zapamiętała czas Wielkiej Nocy w Przytocznie oraz inne wydarzenia, których świadkiem była?
Natomiast Wielkanoc w Przytocznie pozostawiła w mojej pamięci wzory kolorowych pisanek, grube pajdy puszystej baby i słodycz cieniutkich plasterków sękacza, ale przede wszystkim emocje wielkiego leja w drugi dzień świąt. Śmiechy, gonitwy, piski dziewcząt oblewanych kubłami zimnej wody, moczonych w stawie lub pod studnią. Długim korytarzem domu płynęły mokre strugi, aż zdenerwowana pani Maria mówiła swoje stanowcze „dość tego dobrego” i uczestnicy zabawy pierzchali w popłochu. Kończyły się Święta Wielkanocne, nadchodziła wiosna, a nią inne atrakcje. Pamiętam jeden jedyny raz podczas wojny, kiedy wszystkie pięć sióstr Kuszllówien dostało takie same nowe sukienki. Były różowe, z krótkim rękawkiem i dekoltem „w karo”. Jak pięknie w nich wyglądały, jakże im zazdrościłam! Ale i ja doczekałam pięknego krakowskiego stroju – uszytego nocami po kryjomu (żeby była niespodzianka) przez mamę i panią Marysię. Jeszcze tego samego dnia skąpałam się w nim w stawie, mimo że zabronione było się do niego zbliżać. Wybaczono mi tylko z powodu imienin, na które strój był prezentem. Odtąd z bezpiecznej odległości obserwowałam jesienne połowy, kiedy spuszczano wodę, i rybacy, a z nimi Antek, gołymi rękami wyciągali z błotnistego dna wielkie karpie. Podziwiałam dzielność Antka, gdy zanurzony po pas w brązowej mazi, trzymał w objęciach wielką rybę, która szamotała się, próbując czmychnąć.
Wiele mniej lub bardziej przyjemnych przytockich szczegółów utkwiło w mojej pamięci tylko fragmentarycznie. Zapamiętałam na przykład jak kucharka Wrzosowa – ku mojemu zgorszeniu – przedrzeźniała westchnienia pani Marii „O, Boże, bożycku”, dodając: „bodaj to przy cycku”. Albo jak przekleństwa pana Kazika, żeby „przyszli wreszcie ci bolszewicy” i zabrali sobie wszystkie jego kłopoty, woźnica Teodor komentował z politowaniem: „ale ten dziedzic głupi, ale głupi, chce, żeby bolszewicy tu przyszli!” Oboje państwo Kuszllowie byli gościnni, opiekuńczy i pomocni każdemu, kto był w potrzebie. A takich podczas wojny było wielu. Prześladowani czy głodni znajdowali w ich domu jadło i schronienie. Pamiętam, jak przedłużano stół w pokoju jadalnym, by pomieścić wszystkich domowników. A byli wśród nich uciekinierzy z Warszawy i Krakowa, np. adwokat Piechowicz z żoną i synem Jędrkiem, prof. Bartel z żoną, Jurek Łępicki, przyjaciel Andrzeja, przyjechał z Warszawy jak i Staszek Kłopotowski, narzeczony Basi, który wkrótce zginął w partyzantce. Trzynastoletnia Halszka Englertówna przybyła ze Śląska. W walizce przywiozła całą wyprawę, którą pokazywała mi z dumą, a ja oglądałam z podziwem. I wielu, wielu innych było przez Przytoczno przygarniętych, karmionych i pocieszanych. Zresztą nie byli to tylko przybysze z daleka. Państwo Kuszllowie, wychowani na ideach polskiego pozytywizmu i niepodległej II Rzeczpospolitej, wierzyli w postęp społeczny, mieli bardzo życzliwy stosunek do ludzi ze wsi i dbali o ich potrzeby. Pani Maria chodziła do kobiet w połogu. Podczas wojny zorganizowała ośrodek zdrowia, do którego sprowadziła lekarza i pielęgniarki. Kiedy po zbadaniu całej przytockiej młodzieży doktor Snarski stwierdził niedożywienie, dla starszych z niej pani Maria zorganizowała pożywne drugie śniadania. Ja w ramach dożywiania dostałam kurę, która codziennie znosiła mi jajko na mój ulubiony, słodki kogel-mogel. Kręceniem mojego przysmaku zajmowali się wszyscy domownicy po kolei. Nawet pan Kazimierz kręcił, a ja liczyłam do stu, myląc się często, co pan Kazik kwitował karcącym „oj, Krysiu, ta twoja arytmetyka…”
Oboje państwo Kuszllowie przed wojną walnie przyczynili się do budowy szkoły w Przytocznie. Do tej szkoły Antek i ja byliśmy zapisani, bo Niemcy wymagali od Polaków kształcenia na poziomie podstawowym. Uczyliśmy się wprawdzie w domu pod kierunkiem pani Heleny Małkowej i Tadeusza Nieśpiałowskiego, ale do szkoły biegaliśmy w te pędy, gdy tylko ze wsi przychodziła wiadomość, że będzie niemiecka wizytacja. Starsza młodzież uczyła się pod kierunkiem mego ojca (historia, łacina, francuski, niemiecki) i pani Konicowej (angielski), a kształcona tajnym sposobem młodzież z okolicy, kończąc kolejne klasy, przed nimi zdawała egzaminy. Urządzała je na poczcie w Łysobykach pani dr. Rojszykowa, dentystka.
Ale najszczęśliwszym z moich przytockich dni był 15 maja 1942 roku. Wiedzieliśmy już, że starania mamy skutkowały i ojciec ma być zwolniony. Ale czy na pewno? Wielu wątpiło, bo nie słyszało się o zwolnieniach z Oświęcimia. Jednakże tego dnia już z samego rana nadeszła wiadomość z poczty w Łysobykach: ”Janina Serejska z mężem zawiadamiają, że wyjechali dzisiaj (piątek) autobusem z Dęblina do Przytoczna.”
Po południu we dworze było pełno gości – imieniny pani Zofii, (siostry pani Marii),
pianistki, która podczas powstania warszawskiego, straciła nogę. Sprzątaliśmy z Leszkiem nasz pokój na przyjęcie rodziców, gdy niespodziewanie mama weszła mówiąc: „Może byście przyszli przywitać się z ojcem?”. Pognaliśmy w te pędy do jadalni, gdzie zobaczyłam ojca stojącego na środku stołu, a wszyscy goście i domownicy bili mu brawo. Patrzyłam na niego widząc, że uśmiecha się z zażenowaniem i rozgląda jakby za nami. Wtedy ktoś zapytał; „Krysiu poznajesz tatusia?” „Tak – odpowiedziałam – po spodniach”. Były to sportowe pumpy, zapinane na klamerki pod kolanem. Dziewiętnaście miesięcy wcześniej widziałam go w tych spodniach przed sklepem Lemieszków na krzyżówce w momencie, gdy gestapowiec, któremu ojciec próbował tłumaczyć, że aresztowani są niewinni, wymownym gestem zaprosił jego i księdza Kazimierczaka do ciężarówki pełnej wcześniej aresztowanych mieszkańców Przytoczna. O ile dobrze pamiętam młodych aresztowanych wywieźli na roboty do Niemiec, ale mego ojca i ks. Kazimierczaka do Lublina, a stamtąd do Oświęcimia.
Pogoda miała być lepsza (przynajmniej nie padało) jednak organizacyjnie wszystko ustalone, nie ma możliwości na zmiany, więc ruszyliśmy. Tym razem troszkę bliżej, bo tylko Lublin i Lubartów (ostatnio byliśmy w Warszawie – relacja tutaj). Pewnie dla niektórych żadna wielka atrakcja być w Lublinie czy Lubartowie jednak znaleźliśmy ciekawy powód aby te dwa miasta odwiedzić. Zapewne gdyby i czas i pogoda pozwoliły na więcej pewnie program byłby szerszy jednak to co zostało zaplanowane udało się zrealizować.
Wyjazd 8.30 do Lublina. Droga minęła szybko (kierowca jechał przepisowo), na miejscu byliśmy jeszcze przed otwarciem kina. Chwila czasu na odpoczynek, krótkie rozmowy i załatwianie formalności (to akurat dla nas). Aha, słów kilka o filmie, chociaż za chwilę krótka moja recenzja. Troszkę czytałem opinie innych osób, które już oglądały ten film i w znakomitej większości dominowały pozytywne recenzje. Zdać sobie trzeba sprawę, że to polski film, bez wielkiego budżetu a i historia ukazana w tym filmie nie każdego zainteresuje. Więc po przebrnięciu przez długi blok reklam czas rozpocząć seans filmowy.
O czym jest film „Wyklęty” w reżyserii Konrada Łęckiego?
To nie jest film o żołnierzach wyklętych, o ich historii (zwłaszcza historii jednego z nich), choć w opisie przeczytacie, że tak jest. I rzeczywiście jest pokazane kilka akcji przeprowadzonych przez żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Sceny całkiem fajnie nakręcone, realistyczne, jest głośno i aż gęsto od dymu. Od strony technicznej to się może podobać i jak dla mnie to mocny punkt tego filmu. Dużo w filmie jest przywoływania scen minionych – minionych zdarzeń. Główny bohater Franciszek Józefczyk „Lolo” często „wraca myślami” do minionych dni. Zabieg ten m.in. w kinematografii określa się jako „retrospekcja”. Na pewno reżyser w swojej koncepcji słusznie użył tego środka, jednak jak dla mnie w zbyt dużej ilości. Miejscami historia mocno się rozciąga i staje się po prostu monotonna, żeby nie powiedzieć nudna. Nie będę jednak opowiadał Wam filmu, proponuję go obejrzeć. Na pytanie czy warto poświęcić 105 minut na „Wyklętego”? Odpowiem, że tak bo film pokazuje coś więcej – że Ci żołnierze byli ludźmi i wybory jakich musieli dokonywać były tak trudne, że trudno to nawet ocenić nie będąc w ich położeniu. Bo mimo całego etosu o bohaterstwie żołnierzy wyklętych byli to przecież zwykli ludzie, tak jak my. Mieli tylko nieszczęście żyć w gorszych czasach. Ocenę postaw głównych bohaterów pozostawiam każdemu z Was. Uwaga! Film dosyć mocno najeżony wulgaryzmami. Czy młodzież ma jakieś przemyślenia po tym filmie? Zapraszam do dodania swojej opinii w komentarzach.
Lekko po godzinie 12:00 resztki popcornu wylądowały w śmietniku. Chwila wolnego czasu, kto głodny i spragniony to do restauracji na „M” reszta ma wolny czas. Napisałem chwila, więc chwila. Szybko do autobusu i już czeka kolejny punkt wycieczki, a mianowicie wizyta w Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie.
GALERIA zdjęć poniżej.
Porządek musi być.
Mówią, że Renówka to nie ciężarówka ale w rzeczywistości daje radę.
SCANIA robi wrażenie.
Ślizg czyli jak szybko znaleźć się na dole.
Prezentacja alarmu bojowego – trwa to ułamki sekund stąd taka jakość.
Dla młodych adeptów, rozpoczynających (niektórzy w zasadzie należą do OSP kilka lat), może raczej kontynuujących swoją przygodę z pożarnictwem zetknięcie się z zawodową jednostką ratowniczo-gaśniczą jest czymś wyjątkowym. Nie tylko można z bliska obejrzeć nowoczesny sprzęt, którego w jednostkach OSP próżno szukać ale co ważniejsze można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy od odbywających służbę w tejże jednostce strażaków ratowników. Dla nas „starszych” strażaków to również cenna lekcja, mimo, że szansę na zawodowstwo raczej niewielu z nas ma. Sprzęt, którym dysponuje Komenda PSP w Lubartowie robi wrażenie, rzec można są przygotowani na każdy rodzaj zagrożenia. Zapoznaliśmy się i ze sprzętem osobistym strażaków, jak również ze sprzętem, który znajduje się na/w samochodach. Na zdjęciach macie możliwość obejrzenia jak dużo tego jest. Każdy zawodowy strażak ratownik musi wiedzieć kiedy i jak użyć konkretnego sprzętu. Od tego zależy często zdrowie a nawet życie zagrożonych osób. Będący na służbie strażacy odpowiadali na każde nasze pytania, zapoznali nas z procedurami związanymi ze zgłoszeniem zagrożenia, pokazali i opisali sprzęt na jakim pracują. Na koniec pamiątkowe zdjęcie.
Na zdjęciu grupa młodzieży MDP OSP Przytoczno Osiedle, opiekunowie oraz pełniący w tym dniu służbę strażacy – nasi przewodnicy.
Serdecznie dziękujemy za życzliwe przyjęcie.
To koniec naszej kolejnej wycieczki, myślę że nie ostatniej.
Serdecznie dziękujemy Wszystkim, którzy przyczynili się do tego aby ta krótka wycieczka odbyła się, a w szczególności podziękowania dla kierownictwa Komendy czyli :
Komendanta Powiatowego
Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie
mł. bryg. mgr inż. Tomasza Podkańskiego
oraz
Zastępcy Komendanta
Powiatowego Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie
st. bryg. mgr inż. Jarosława Malugi
Ze strażackim pozdrowieniem, Zarząd OSP Przytoczno Osiedle.
Na początek wspomnienia małej Krysi, potem dorosłej Pani Krystyny.
Nie wiem jakie będą Wasze wrażenia po przeczytaniu tego tekstu ale dla mnie, po tych wspomnieniach, Przytoczno, to miejsce znaczy więcej…
Zapraszam do przeczytania, a po przeczytaniu mam dla Was KONKURS. Zachęcam do wzięcia udziału.
Urodziłam się w Warszawie, ale lata wojny, lata mego świadomego dzieciństwa między piątym a dziesiątym rokiem życia, spędziłam w Przytocznie. Była jesień 1939 roku, pierwsze miesiące okupacji niemieckiej. Pośród wczesnych niemieckich represji jedną z pierwszych była likwidacja polskich szkół średnich i wyższych. Fakt ten miał ścisły związek z wojennymi losami mojej rodziny. Przed samą wojną przeprowadziliśmy się do pięknej willi na warszawskiej Sadybie, gdzie od września miały z nami zamieszkać dwie siostry Kuszell – Wisia (Jadwiga) i Janka. Miały rozpocząć naukę w szkole średniej. Najstarszy – Andrzej, już od roku mieszkał z nami, powierzony opiece moich rodziców. Cieszyłam się na przyjazd dwu „dużych dziewczynek”. Znałam je ze spędzanych w Przytocznie przedwojennych wakacji. Nowa sytuacja w okupowanej Warszawie unicestwiła te plany. Szkoły przestały istnieć, w tym gimnazjum i liceum im. Mikołaja Reja, gdzie chodził Leszek, mój starszy brat i Andrzej Kuszell. Ojciec, historyk i docent Uniwersytetu Warszawskiego stracił pracę. Jeszcze, póki Niemcy się nie zorientowali, niszczył tajne dokumenty w Wojskowym Biurze Historycznym, gdy nadszedł list od pana Kazimierza Kuszlla z zaproszeniem: „Przyjeżdżajcie do nas.”
Na zdjęciu: Dwór w Przytocznie.
W rezultacie jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1939 roku, znaleźliśmy się w przytockim dworze. Państwo Kuszllowie – Kazimierz i Maria i moi rodzice przyjaźnili się od czasów studenckich. Dwór był stary, zagrzybiony i już wtedy pękał w szwach, ledwo mieszcząc gospodarzy z gromadką siedmiorga dzieci i licznych domowników, których z biegiem czasu ciągle przybywało. Plany nowego domu, przygotowane przez zaprzyjaźnionego architekta, od lat leżały w biurku pana Kuszlla, daremnie czekając na realizację, bo majątek i wieś stale wymagały innych inwestycji. We dworze zakwaterowano nas w tak zwanym „pokoju szkolnym”, gdzie przed wojną uczyli się młodzi Kuszllowie. Znajdował się w samym końcu długiego korytarza, był duży, narożny, z widokiem na ogród. Skonfundowana, ale ciekawa, przyglądałam się wszystkiemu ze zdziwieniem i urządzałam swój kącik między oknem a toaletka z miską do mycia i dzbankiem zimnej wody, bo we dworze nie było elektryczności, a bieżąca woda, którą pompował zaprzężony do kieratu koń, docierała tylko do kuchni i łazienki. W rogu naszego pokoju stał biały kaflowy piec, a obok skrzynka z torfem, który kopano na pobliskich mokradłach. Na zewnątrz, tuż przy drzwiach były schody prowadzące na strych i do jednego dodatkowego pokoju. To w nim, pod kierunkiem mego taty, rozpoczęło się wkrótce tajne nauczanie dzieci i młodzieży. Analogiczne schody i pokój znajdowały się we frontowej, reprezentacyjnej części domu, nad gabinetem i pokojem pana Kuszlla. Prowadziły do niej frontowe drzwi, przed które brama od drogi zajeżdżały bryczki z domownikami, interesantami czy gośćmi. Centralną część domu stanowił długi pokój jadalny z oknami na zajazd i pobliskie zabudowania gospodarcze oraz salon zwrócony w stronę ogrodu. Część mieszkalną i gospodarczą dzielił długi korytarz. Po lewej stronie, za jadalnią, była łazienka, kredens, spiżarnia i kuchnia, a po prawej, za salonem, pokoje mieszkalne pani Marii, dziewczynek i ze trzy inne; na końcu ten nasz. Z salonu wychodziło się na ganek. Rozpościerał się przed nim duży trawnik z królującym nad nim ogromnym jesionem, otoczonym zapraszającą do spoczynku ławką. Na jednej z zachowanych fotografii siedzi na niej Leszek ze mną na kolanach, na innej (poniżej) stoją moje zabawki, a ja z Antkiem (najmłodszym Kuszllem), Januszkiem Kościukiem (synem rządcy) oraz psem Smykiem siedzimy pod jesionem.
W Przytocznie byłam prawie najmłodsza – tylko Antek urodził się kilka miesięcy po mnie, był za to dużo większy, więc często kłóciliśmy się, co ważniejsze „starszeństwo” czy „większeństwo”. Pamiętam, że od trawnika szło się ścieżką w dół do stawu, natomiast za trawnikiem był maliniak i ogródek warzywny, gdzie w sezonie biegaliśmy patrzeć, jak z minuty na minutę ze stożków czarnej gleby wyrastały białe szparagi. Dalej był sad; pyszne jabłka z tego sadu dzieci dostawały – po jednym dziennie – aż do Wielkanocy. Jeszcze dalej ciągnęła się leszczynowa alejka, która była świadkiem moich z tatą spacerów i planów robionych na powojenne czasy. Ale zanim te czasy nadeszły, wiele musiało się wydarzyć.
Najpierw 15 października 1940 roku ojciec został aresztowany i wysłany do Oświęcimia, skąd cudem wrócił po 19 miesiącach. Sprawę tę opisałam dokładniej w wydanej w roku 2007 przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Berkenau książeczce pt. „Jestem zdrów i czuję się dobrze. Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego”. Był to ciężki czas dla naszej rodziny, a ja choć nie w pełni rozumiałam grozę sytuacji – tęskniłam za ojcem i bałam się słysząc pełne niepokoju szepty na temat jego losu. Mama z pełną determinacją podjęła walkę o zwolnienie go z Oświęcimia i nigdy nie pozwoliła mi wątpić, że”tatuś wróci”. W tym czasie często była nieobecna w Przytocznie, bo musiała wyjeżdżać do Lublina albo Warszawy z podaniami do gestapo o zwolnienie ojca z obozu, czego konieczność uzasadniała tym, że jest niezbędny w majątku, który produkuje żywność dla niemieckiej armii”. To dzięki jej staraniom ojciec wrócił, ale pod jego nieobecność i później w Przytocznie wydarzyły się rzeczy, które głęboko zapadły w moją pamięć i napełniły lękiem – trwałym śladem wojny.
Najpierw umarła babcia, potem Helusia – najstarsza z Kuszllówien – miała tragiczny wypadek na przybudowie któregoś z folwarcznych zabudowań (przygotowywała się do architektonicznych studiów) i utraciła na zawsze władzę w nogach. Do dziś na inwalidzkim wózku maluje i rzeźbi, a w mojej sypialni wisi zrobiona przez nią malutka i bardzo bolesna główka Chrystusa. Najstraszniejsza była dramatyczna śmierć pana Kazimierza, postrzelonego w brzuch 18 grudnia 1942 roku podczas nocnego napadu bandytów, kiedy stanął w obronie jednej z córek. Bandyci uciekli, a on męczył się w strasznych bólach przez wiele godzin napełniając dom rozdzierającym krzykiem, który dotąd mam w uszach. Kolejną tragedią rodziny Kuszllów była śmierć najstarszego syna. Andrzej poległ w jednej z ostatnich partyzanckich walk z Niemcami na Lubelszczyźnie 24 lipca 1944 roku. Pamiętam zalaną łzami twarz Antka, najmłodszego z Kuszllów, i kamienny spokój pani Marii, gdy prosto z warszawskiego szpitala, gdzie zostawiła świeżo operowaną Helusie, przyjechała na pogrzeb męża do Przytoczna. W 1944 roku wokół Przytoczna toczyły się już walki, nadciągała Armia Czerwona, a z nią przemiany, które nie wróżyły nic dobrego przytockiemu dworowi i nie były końcem tragedii. Moi rodzice ze mną przenieśli się wtedy na pobliski folwark, a Leszek przyłączył się do partyzanckiego oddziału i brał udział w kilku ostatnich bitwach. Spełniły się jego marzenia walki Niemcami, ale nowa władza natychmiast aresztowała go pod zarzutem strzelania do żołnierzy radzieckich. Podobny los spotkał wielu młodych chłopców z Przytoczna. O ile wiem, zostali wywiezieni na długie lata na Syberię. Leszek uniknął tego losu dzięki ojcu, który najpierw całą noc czuwał przed chlewikiem w Łysobykach, gdzie Leszka zamknięto, a potem jechał wszędzie tam, gdzie go wieźli, aż do Lublina. W Lublinie powstawał już wtedy PKWN. Ojciec miał w nim przyjaciół, przedwojennych socjalistów, którzy dotarli do samego Bieruta i na jego interwencje, Leszek został zwolniony. Na Lubelszczyźnie przeprowadzano już reformę rolna. Przytoczno zostało rozparcelowane. Nie widziałam wyjazdu Kuszllów z całym dobytkiem na jednym wozie. Podobno ludzie na wsi płakali nad losem dawnych „wyzyskiwaczy”, którym chyba jednak wiele zawdzięczali.
My mieszkaliśmy już wtedy na Brzozowej, gdzie Leszek zdawał maturę, ja miałam nowe koleżanki (ich wpisy mam dotąd w swoim starym pamiętniku), a rodzice odszukiwali dawne kontakty,by zdecydować, co dalej. Dowiedzieli się, że do Warszawy nie ma co wracać – ruiny i zgliszcza. Nawet nie było jeszcze decyzji, że będzie odbudowywana. Nadeszło zaproszenie z Łodzi, w którym powstawał nowy uniwersytet. Pojechaliśmy tam i zamieszkaliśmy najpierw u kuzyna lekarza, a potem dostaliśmy mieszkanie blisko uniwersytetu. Ja zaczęłam chodzić do szkoły, tata na uniwersytet, gdzie był profesorem i kierownikiem katedry historii powszechnej, Leszek przygotowywał się do studiów medycznych, a mama organizowała nasze życie od zera. Nie mieliśmy wtedy nic, przysłowiową jedną koszulę na grzbiecie i dużo dobrych chęci. Pamiętam pierwsze amerykańskie paczki UNRRA, które wyposażyły nasza kuchnie w garnki, a mnie w niebieską sukienkę. Ale to już nie przytockie wspomnienia.
Dalsze życie toczyło się normalnym torem. Rodzice pracowali, ja i brat uczyliśmy się, studiowali, zawarli w Łodzi związki małżeńskie, zanim w roku 1959 wszyscy wróciliśmy do Warszawy, do domku na Mokotowie, który wybudował ojciec. W Warszawie urodziła się Monika, nasza jedyna córka. Ryszard – mój mąż, zrobił doktorat z chemii fizycznej, a ja pracowałam jako polonistka w Liceum im. Jana Kochanowskiego.
W 1970 roku rozpoczęła się trwająca do dziś nasza amerykańska historia, która jeszcze bardziej oddaliła mnie od Przytoczna. Trwa już więcej niż połowę mego życia, a mimo to nie stałam się Amerykanką. Przez 30 lat wykładałam język i literaturę polską na amerykańskich uczelniach, pisałam o polszczyźnie w nowojorskim „Przeglądzie Polskim”, wygłaszałam odczyty na polskie tematy. Cały czas kultywuje dawne zwyczaje, styl życia, tradycje i język – w domu zawsze mówimy po polsku.
Intensywny tryb środka życia i Ameryki przygasił wspomnienia z przeszłości i Przytoczno nie często do mnie wracało w tym okresie. Trzeba się było porządnie postarzeć, żeby znów pojawiło się w myślach, wspomnieniach i nawet chęci powrotu. Już z Ameryki nawiązałam bardziej regularny kontakt z Kuszllównymi, ale tera żałuję, że stało się to dopiero po śmierci pani Marii (1986) i Antka. Na fotografiach z 2001 roku widzę, że po latach odwiedzałam Kasie i Helusie nawet z moimi wnuczkami –Mikołajkiem i Majusią, którym podobały się haftowane przez panią Marysię kolorowe wspomnienia z Przytoczna (na zdjęciu poniżej – dwór w Przytocznie).
Leszek bywał u Kuszllów wcześniej, ale te kontakty były mu z jakiegoś powodu przykre; nawzajem nie akceptowali swoich poglądów, kłócili się, a on nie chciał im wybaczyć usunięcia się na boczny tor życia w Polsce.
Jak już wspomniałam, w roku 1992 byłam przejazdem w Przytocznie, gdzie zupełnie przypadkiem spotkałam panią Felicję Olszak. Zobaczyła mnie wysiadająca z samochodu i wykrzyknęła: „Krysia Serejska?” Niespodzianka i wielka radość. To Fela! Odzyskałam część Przytoczna! Z jej pomocą próbowałam rozpoznać miejsca pamiętane z dzieciństwa. Mimo, że ich nie odnalazłam, zapewne pod wpływem tego spotkania, Przytoczno ożyło we mnie. Powracało odtąd w słodko-gorzkich wspomnieniach wojennego dzieciństwa, w których rzadkie chwile radości przeplatały się ze strachem i zagubieniem w przerastającym mnie świecie wojny, konspiracji i częstych tragedii.
Słów kilka ode mnie.
Nie sposób nie zauważyć, że to Przytoczno, ze wspomnień Pani Krystyny czy raczej młodej wówczas Krysi dawno już nie istnieje, że przeminęło, że nigdy nie wróci. Nie ma już nie tylko ówczesnych zabudowań, układu komunikacyjnego, dawnych pól a na nich upraw (zaskoczyły mnie szparagi uprawiane przy dworskich zabudowaniach), nie ma przede wszystkim ludzi, świadków tamtych chwil, dni i wydarzeń.
Tym cenniejsze jest dla mnie wspomnienie (czy raczej wszystkie wspomnienia) Pani Krystyny o moim Przytocznie. Zbierane, skrupulatnie składane fragmenty zdarzeń, pełne emocji i tęsknoty, często żalu i bólu. Czasu wojny nie umiem sobie wyobrazić, żaden epicki obraz czy hollywoodzki scenariusz, choćby najlepiej wyreżyserowany nie opowie tych strasznych czasów „gdzie ludzie ludziom ten los zgotowali”. Nie da się.
Nie umiem ocenić wagi żadnych wspomnień. Te minione i każde kolejne służą nam do budowania „naszej przytockiej tożsamości”. Są krótsze lub dłuższe, pełniejsze a często fragmentaryczne, opowiadają ważne a często błahe zdarzenia ale zawsze należą do kogoś. To ich wartość i siła. Wierzę też, że dzięki Nam zostają ocalone od zapomnienia…
KONKURS.
Konkurs polega na przesłaniu do Nas zdjęcia (lub zdjęć) przedstawiającego Przytoczno (najlepiej jakiś fragment, konkretne zabudowania, jakaś scenka, może jakaś uroczystość). Zdjęcie koniecznie musi pochodzić z okresu: od początku fotografii do maksymalnie roku 1989.
Zdjęcie najlepiej po prostu zrobić telefonem lub aparatem fotograficznym, najlepiej w największej rozdzielczości (czyli zrobić zdjęcie zdjęcia) i przesłać na nasz adres przytoczno@gmail.com
Konkurs trwa do 25 marca 2017r.
Wyniki konkursu ogłosimy 26 marca 2017r. Zwycięzca konkursu, jeśli zastrzeże swoje dane pozostanie anonimowy.
Wszelkie koszty ewentualnej przesyłki pokrywa Organizator konkursu.
Nagroda – książka autorki powyższych wspomnień Pani Krystyny „Jestem zdrów i czuję się dobrze. Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego”.
Osoby, które może nie mają żadnych fotografii ale mają wspomnienia o Przytocznie (czy to własne, czy zasłyszane od rodziców czy dziadków) mogą opisać je w komentarzach poniżej. Dla autorów najciekawszych również przygotowaliśmy nagrodę.
O zwycięstwie w konkursie decyduje komisja złożona z autorów strony.
Na koniec:
Wiem, że sporo osób tylko czyta nasze teksty ale proszę również o zamieszczanie komentarzy, branie czynny udział w życiu strony, wtedy wiemy, że ta praca ma jakiś sens, że ten trud jest tego warty. Kiedyś, na samym początku, kiedy strona miała inną szatę graficzną jej siłą były komentarze (komentarze nie pojawiają się od razu, żeby uniknąć spamu, a dane o adresie mail również nie pojawiają się bez zgody autora komentarza).
Mimo, iż Święta Bożego Narodzenia prawie za nami, pozostańmy jeszcze chwilę myślami przy tych dniach, a to za sprawą pewnej opowieści…
Po raz kolejny otrzymałem od Pani Krystyny list, a w nim wiele ciekawych informacji. Są to wspomnienia dni, które minęły. Ich obraz pozostał tylko w postaci często fragmentarycznych opowieści, składających się w całość pod wpływem wspomnień, niewielkich wydarzeń będących częścią obecnego życia, czy też w zwykłych rozmowach.
Są to też wspomnienia o chwilach, które pozostały, o czasach dzieciństwa, które mimo, iż nie było w istocie beztroskie wspomina się z sentymentem, o przyjaciołach, których nie ma ale i o tych, którzy ciągle przecież sprawiają, iż karty wspomnień o „przytockich” czasach zapełniają się na nowo…
Zapraszam.
Boże Narodzenie w przytockim dworze na całe życie pozostało dla mnie wzorcem. Tak właśnie powinno się je obchodzić pod każdą szerokością geograficzną – w Łodzi, Warszawie czy Nowym Jorku. Każdego roku pamięć przywodzi mi te święta: zamknięte szczelnie drzwi do salonu, do którego nie wolno zaglądać nawet przez szparkę. Nerwowa krzątanina domowników, zapachy wigilijnych potraw z kuchni, oczekiwanie…. Wreszcie pierwsza gwiazdka i podwójne drzwi otwierają się szeroko. Choinka! Pod sam sufit, a na niej kolorowe łańcuchy, kunsztownie splatane gwiazdki, bombki i inne cacka, wszystko robione ręcznie w długie zimowe wieczory pod artystycznym okiem pani Marii Kuszllowej. Choinkę oświetlają prawdziwe świeczki ze stearyny w metalowych obsadkach. Trzeba uważać, żeby się nie zapaliła! A pod choinką – prezenty! Po jednym dla każdego, w skromnych opakowaniach, ale jakże tajemnicze i wyczekiwane. Dla mnie książka — „Robinson Crusoe”! Będę go czytać przez następne pół roku. Dla Antka drewniana strzelba. Musiał przez wiele tygodni „wysiadywać” ją, jak kwoka, na koszu pełnym jabłek. Mój brat uważał, że to głupi pomysł, że zrobili z niego idiotę, ale ja mu zazdrościłam. Dzielenie się opłatkiem, życzenia (zakończenia wojny!), tradycyjna postna kolacja z barszczem, rybą i makowcem. Nie lubiłam wigilijnych potraw, więc dla mnie była to najmniej atrakcyjna część wieczerzy. Za to potem – kolędy. We wczesnych latach, przed aresztowaniami i wywózkami, pan Tadeusz Nieśpiałowski przygrywał na skrzypkach, panna Zofia Konicówna (siostra pani Marii) grała na fortepianie, a wszyscy domownicy z kuchnią i pokojówkami włącznie śpiewali „Jezus malusieńki,” „Bóg się rodzi,” „Przybieżeli do Betlejem pasterze”. Kolędowanie ciągnęło się długo w noc. Rano — wyjazd do kościoła w Łysobykach. Ta nazwa do dziś pobudza moją wyobraźnię, zwłaszcza z dodatkiem „nad Wieprzem”. Szkoda, że zmieniono ją na eleganckie, ale pospolite Jeziorzany. Pamiętam jak lata później, podczas studenckich spływów kajakowych zachwycały nas takie nazwy miejscowości jak Sworne Gacie czy Mącikały, z których zawsze wysyłało się kartki z wakacyjnymi pozdrowieniami. Żal mi staropolskich nazw, nazwisk i słów, które wymogi współczesnego życia rugują z naszej mowy.
Podczas Wigilii czy sylwestrowej nocy zjawiali się przeróżni goście, na których zawsze czekały przygotowane talerze i najlepsze życzenia. Bywał z nimi Andrzej Kuszell, który większość wojny spędzi w partyzantce. Brudni i głodni chłopcy z lasu szybko zaspakajali wilcze apetyty i rzucali się na byle czyje łóżka, by choć chwilę normalnie się przespać. Zostawiali po sobie zapach lasu, brudną pościel i wszy, które były jedną z wojennych plag. Dorośli do wczesnych godzin porannych czekali na te wizyty z jedzeniem, lekarstwami i innymi darami, albo z okupem dla bandytów również napadających dwór nocą. Bandytów bardzo się bałam od kiedy, przetrząsając nasz pokój w poszukiwaniu pieniędzy, rozpruli brzuch mojej lalce węsząc ukryte w nim skarby. Gdy w późniejszych latach we dworze stacjonował oddział Kozaków, których Niemcy osadzili rzekomo dla zabezpieczenie go przed napadami, hojnie częstowano ich wódką, która skutecznie absorbowała uwagę i pozwalała wymknąć się innym nocnym gościom. Pamiętam ich piękne dumki kozackie, które nocami rozbrzmiewały tęsknotą za odległą Ukrainą, Donem i życiem na połoninach.
W artykule „Co łączy Przytoczno i Oświęcim?” napisałem, że ta historia będzie mieć dalszy ciąg. Chwilę to trwało, więc aby specjalnie nie przedłużać proponuję po raz kolejny usłyszeć opowieść o Przytocznie, o miejscu, którego już nie ma. Istnieje tylko w pamięci ludzi, na kartach książek czy zdjęciach.
Od razu mogę zdradzić, że ten tekst poniżej to tylko 1. część opowieści p. Krystyny. Mogę też z dużą dozą pewności postawić tezy:
– że ta opowieść Was zaciekawi;
– że historia mojej znajomości z autorką (po części i Waszej znajomości poprzez te artykuły) jest niezwykle ważna i cenna dla mnie;
– że powinna być ważna dla Was; zainteresowanych losami naszego regionu, przypadkowych czytelników, mieszkańców i kiedyś związanych z tymi stronami.
Dlaczego? O tym na samym końcu artykułu…
Wspomnienie – «obraz przeszłości wywołany w pamięci; też: pamięć o tym, co było» – za stroną sjp.pwn.pl.
Każdy z nas ma jakieś wspomnienia, w miarę upływu lat jest ich coraz więcej. Część z nich zaciera się, inne nie wiedzieć dlaczego, mimo iż nie były przesadnie ważne pamiętamy bardzo dobrze. Kwestie psychologiczno i filozoficzne dotyczące wspomnień świadomie pominę. Dla mnie w takich historiach, które mogę czy to posłuchać czy przeczytać istotne jest w zasadzie wszystko – jak ktoś zapamiętał dane miejsce, osoby, czy sytuację, dlaczego to pamięta i jeszcze wiele innych. Po prostu wszystko w takiej historii jest ważne, z bardzo prostej przyczyny: takich historii nie jest wiele. W dzisiejszych czasach, w dobie wszechobecnej elektroniki „zapisywanie historii” człowieka czy określonego zdarzenia jest niezwykle proste. Przy nawet niedużym wysiłku możliwe jest w zasadzie nieprzerwane obserwowanie i zapisywanie czyjegoś życia, czy zdarzenia. Czy jednak o to właśnie nam chodzi?
Ile dałbym aby mieć relacje, zdjęcia czy opisy jakiegoś konkretnego wydarzenia? Każdy z Was pewnie ma jakieś wydarzenie, może nawet ze swojego życia, które chciałby lepiej poznać i zapamiętać. Niestety prawie zawsze jest to niemożliwe. Tym bardziej powinniśmy doceniać wspomnienia, choćby i krótkie.
Przeczytajcie jak autorka, p. Krystyna zapamiętała Przytoczno. Może wśród Was są też osoby, który chcą podzielić się wspomnieniami? Piszcie i opisujcie w komentarzach poniżej.
PRZYTOCZNO No. 1
W liście pana Mariusza z Przytoczna, pierwsze pytanie brzmi: ”Co Pani czuła kiedy otrzymała wiadomość ode mnie, czy było to dla Pani duże zaskoczenie? Czy wróciła Pani przy tej okazji do wspomnień związanych z Przytocznem?”
Bez wahana, odpowiadam – tak. Przytoczno to moje dzieciństwo i im jestem starsza, tym częściej wracam do wspomnień o nim — w rozmowach z przyjaciółmi, rozmyślaniach o wojnie, opowieściach, którym chętnie przysłuchują się moje wnuki, nawet we snach.
W 1992 roku kuzynki z Lublina zawiozły mnie z mężem do Przytoczna. Jechaliśmy bitą drogą, a po obu stronach ciągnęły się wiejskie zabudowania w niczym nie przypominające Przytoczna z moich wspomnień; aż do momentu, gdy pojawił się młyn! Przecież to w chatce obok niego mieszkała przez krótki czas, a potem umarła, moja babcia. Nie byłam na jej pogrzebie, bo Leszek, starszy brat, powiedział, że jestem za smarkata. To on organizował pogrzeb pod nieobecność ojca (w Oświęcimiu) i matki, która akurat miała w Warszawie bardzo ważne spotkanie w sprawie zwolnienia ojca z obozu. Dorzucił mi tylko na pocieszenie, że babci będzie lepiej w niebie niż tutaj.
Jadąc dalej, przypomniałam sobie, że z głównej drogi do dworu skręcało się w lewo. Wiedziałam, że dwór spalił się wkrótce po wojnie, że część ziemi rozparcelowano, a z części stworzono PGR. Wjechawszy na PGR-owski teren, nic jednak nie rozpoznawałam. Gdzie dawniej była stodoła, stajnie i obora stały nowe zabudowania i kręcili się obcy ludzie. Ale kobieta, zapytana o miejsce, gdzie kiedyś stał dwór, tylko na mnie popatrzyła i wykrzyknęła: „Krysia Serejska?” To była Fela, dawniej dworska pokojówka, teraz rencistka, pani Felicja Olszak. Powitanie było serdeczne i natychmiast posypały się pytania: kto żyje, kto już umarł, gdzie stał dwór, gdzie były stawy rybne, sad, którędy biegła leszczynowa alejka? Gdzie rosły maliny a gdzie szparagi? Którędy droga do przytockiego lasu, do którego biegało się przez już nieistniejący żydowski kirkut.
Mój mąż zrobił kilka pamiątkowych zdjęć i trzeba było jechać dalej, obiecawszy utrzymać nawiązany kontakt. Odtąd przez dobrych kilka lat wymieniałyśmy świąteczne życzenia, a raz pani Felicja przesłała mi swoją fotografię z dedykacją „Pamiętającej Krysi, Felicja”. W pamiętniku, który przechowuję do dziś, znajduję wpisy: „Na pamiątkę Krysi, piszę wierszyk mały. Od końca do końca, przez pamiętniki cały, Fela. 10/1944 r.” I drugi: „Pada deszczyk pada i rosi i rosi, Krysia do pamiętnika parę słówek prosi. Józefa”. I jeszcze trzeci: „Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje. Bo kiedy czas ustanie, skończy się działanie. Miłej Krysi na pamiątkę, Lotka. Przytoczno 9/1944”.
Wtedy, po spotkaniu z Felą, pojechaliśmy jeszcze na cmentarz, gdzie kiedyś leżała moja babcia, dopóki Leszek nie przewiózł jej szczątków do rodzinnego grobu na warszawskie Powązki. Kwatera Kuszllów, w której podczas wojny pochowano pana Kazimierza, zamordowanego w18 grudnia 1942 roku przez leśnych bandytów (którzy udawali partyzantów, a nocą rabowali) i Andrzeja, jego najstarszego syna, poległego podczas jednej z ostatnich powstańczych bitew z Niemcami 24 lipca 1944 roku. Kwatera wyglądała na zapomnianą. W czasach reformy rolnej Kuszllom nie wolno było pojawiać się w okolicy. I wydaje mi się, że tego zakazu trzymają się dotąd. Czy ktoś we wsi o nich i ich grobie pamięta?
Życzenia świąteczne i sporadyczne wizyty wymieniam z siostrami Kuszell, ale nie zaczęłam od razu po wojnie. Dopóki żyła pani Maria i Antek — najmłodszy Kuszell, to moi rodzice utrzymywali kontakt „z Przytocznem”. Później Leszek, który miał wojennych przyjaciół również we wsi (pamiętam jednego, Heńka Brońka, który po wojnie bywał u nas w domu). Gdy ich wszystkich nie stało, ja zbliżyłam się do Kuszllówien. Najpierw korespondowałam z Helusią — najstarszą i jedyną niepracującą, bo kaleką od czasu tragicznego wypadku przy konstrukcji któregoś z folwarcznych zabudowań w 1941 roku. Ilekroć byłam w Warszawie odwiedzałam je w mieszkaniu Kasi, przy Marszałkowskiej róg Wspólnej, a ostatnio na Lwowskiej. W roku dwutysięcznym przedstawiłam siostrom mego męża i wnuki. Spotkaniom zawsze towarzyszyły wspomnienia. Ku mojemu zdziwieniu, nie wyczuwałam w nich śladu goryczy czy skargi na los, który tak surowo potraktował rodzinę Kuszllów. Zawsze skromne, pogodne i pobożne, żyją w swoim świecie, który jakby ignorował i „dworską” przeszłość i PRL-owską teraźniejszość. Wszystkie siostry i Antek pokończyli wyższe studia, choć nie było to proste, bo pochodzenie społeczne liczyło się wtedy przy przyjmowaniu na uniwersytety. Widocznie przeważyły wybitne zdolności Kuszllów, a może i dyskretna pomoc wdzięcznych za pomoc podczas okupacji przyjaciół. Wszystkie siostry i Antek, póki żył, pracowali i byli aktywni w Kościele, ale tylko jedna, Basia, wyszła za mąż i ma dzieci i wnuki. Helusia, przywiązana do inwalidzkiego wózka, do dziś rzeźbi w glinie kolorowe scenki biblijne. Jedna z nich wisi w mojej sypialni. Kiedy ostatniego lata będąc w Warszawie, siedziałam przy podwieczorkowym stole z czterema siostrami Kuszell, naszło mnie wspomnienie długiego stołu jadalnego w Przytocznie. Siadało do niego nie raz i dwadzieścia osób, a ja uważnie przyglądałam się gościom, starając usłyszeć strzępy rozmów dorosłych i ze strachem myśląc, co dziś trzeba będzie zjeść (nie lubiłam wiejskiego jedzenia) do ostatniego kęsa, „bo jest wojna i nie wolno grymasić”.
Krystyna Serejska Olszer
Wiecie już dlaczego?…
Ciąg dalszy nastąpi – zapraszam jeszcze w tym tygodniu.
Artykuł poniższy napisałem kilka lat temu, w 2009 roku. Jak bardzo jego treść jest aktualna w roku 2016? Na to pytanie odpowiecie sobie sami po lekturze tego artykułu.
Swoje przemyślenia proszę piszcie w komentarzach poniżej.
Blog.11 listopad – Święto Niepodległości
Wpisany przez Administrator | 11 listopada 2009
Dzisiaj Święto Niepodległości. Pogoda nie sprzyja świętowaniu to fakt. Widoczne to było szczególnie na Mszy św. w kościele. Frekwencja, żeby nie powiedzieć żenująca, powiem niska. Nadspodziewanie niska. Zapewne pogoda przyczyniła się do takiego stanu. Jednak to chyba tylko jedna z przyczyn małej liczby osób przybyłych do kościoła.
I tu rodzą się pytania: czy dzisiejszy dzień jest dla Ciebie dniem szczególnym, ważnym? czy czujesz się patriotą? czy masz poczucie więzi z Polską jako ojczyzną? Odpowiem za Was. Tylko garstka, niewielki odsetek osób w naszej gminie świadomie obchodzi to święto. Dla reszty jest to tylko kolejny wolny dzień. Wywieszenie flagi: czy to jakiś problem? Chyba nie skoro kilka! osób umiało to zrobić. Nie pomagają kolejne zachęty z różnych stron aby pamiętać o tym widocznym znaku patriotyzmu. Wywieszenie flagi nie zrobi z nikogo prawdziwego patrioty, jednak jeśli nie pamięta się choćby o tym, to marny będzie los narodu nie szanującego swojej historii. Niestety tak to wygląda.
W relacjach telewizyjnych co roku pojawiają się informacje, że rośnie świadomość Polaków jeśli chodzi o to czym jest Święto Niepodległości i dlaczego musimy o nim pamiętać. Pewnie i tak jest, ale chyba tylko w większych miastach, gdzie parady wojskowe, wystawy, czy festyny powodują, że święto to jest ciekawe i dociera do każdego, niezależnie od wieku. A nam co pozostaje? Przeważnie oglądanie relacji z uroczystości centralnych w Warszawie.
Chciałbym wierzyć, że w przyszłym roku będzie lepiej.Czy będzie? Opiszemy, mam nadzieję w przyszłym roku.
Musimy pamiętać o tym dniu. Dla wielu z nas to historia tak odległa, że gdyby nie fotografie i niewielu żyjących świadków tamtych dni, dzisiejsza data byłaby bez znaczenia.Historię trzeba znać i szanować. To banał, ale ja w niego wierzę.
Bycie patriotą nie kosztuje wiele. Polska to nie idealny kraj. Nigdy takim nie będzie.
Czy Polska może być dumna ze swoich obywateli? To zależy tylko od nas.
Przytoczno, Oświęcim…
Rozwiązanie czyli dalszy ciąg artykułu…
…bo to jeszcze nie koniec…
…
…
…
Nie, to nie pomyłka, Przytoczno i Oświęcim (w zasadzie były niemiecki obóz zagłady Auschwitz-Birkenau) łączy wspólna historia – nie jakaś wielka, a historia mała, jednego człowieka…
W tym artykule opis wydarzeń, które sprawiły, że ta historia znalazła miejsce na naszej stronie. Zapraszamy, nie tylko mieszkańców Przytoczna…
Data (publikacji) 23 października jest wymowna dla tej historii, ale o tym przeczytacie w zasadzie na końcu artykułu…
Zabieg aby w tytule artykułu połączyć dwie nazwy – tak różne, ze względu na położenie geograficzne oraz kontekst historyczny jest być może lekko na wyrost jednak ocenę mojego pomysłu pozostawiam Wam.
W Oświęcimiu byłem raz, w Auschwitz – Birkenau byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym i zagłady (oficjalna nazwa) nie byłem nigdy. Co prawda będąc w Oświęcimiu przejeżdżałem obok tego miejsca, jednak zabrakło czasu aby choć na chwilę zatrzymać się. Pamiętam tylko, że przed samym obiektem jest czysto, ładnie, nowoczesne parkingi, dużo zieleni. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że była to brama do piekła.
Moje myślenie o obozie.
Choćbym przeczytał wszystkie publikacje i obejrzał wszystkie filmy o warunkach panujących w obozach nie będę w stanie ani zrozumieć, ani poczuć tego co przeżyli przebywający tam ludzie. Nie wiem czy jest to możliwe aby człowiek zrobił coś takiego innemu człowiekowi? Odpowiedź jest niestety jedna: było, jest i zapewne będzie. Nikt z nas nie chciałby tego przeżywać, to nie gra komputerowa, zły sen, czy reality show…
Eksperyment – wyobraź sobie teraz, że nigdy nie zobaczysz już swoich bliskich, za chwilę zginiesz, wcześniej cierpiąc głód, chłód, poniżenie i wszystko co umiesz złego sobie wyobrazić. Możesz to sobie wyobrazić? Myślę, że nie, bo po krótkim pomyśleniu wracasz do swojego bezpiecznego świata. Nie sposób jest mieć doświadczenie takiego zła w swojej świadomości, wcześniej nie przeżywając tego.
Oby nikt z nas nigdy nie musiał tego wyobrażenia przeżyć.
To był wstęp – bo historia nie będzie o mnie i moich podróżach po Polsce.
Historia zaczęła się w zeszłym roku (2015) – dokładnie nie pamiętam ale był to prawdopodobnie czerwiec. Marcin przeszukując serwis aukcyjny natrafił na książkę. Sprzedający w opisie wymienił nazwę Przytoczno, dodając, że chodzi o podlubelską wieś. Książka nieduża, format chyba połowa B5 i nazwisko (imiona również) w tytule. Powiem szczerze, że w tamtym momencie nijak mi to nie pasowało do Przytoczna, naszych okolic, choć nazwisko „jakbym gdzieś słyszał”. Jednak może to podobne nazwisko lub to samo nawet, o którym gdzieś kiedyś słyszałem lub czytałem nie musiało wcale być związane z tymi stronami. Powiedziałem wtedy – kupię i zobaczymy, zwłaszcza, że książka nie była kosztowna a potencjalny zysk chyba nieoceniony.
Uprzedzając, powiem tak: książka nie jest o Przytocznie, nawet bohater nie pochodzi z Przytoczna. Nadal ciekawi?
…
Przytoczno i Oświęcim łączy historia jednego człowieka. Marian Henryk Serejski – przyjaciel rodziny Kuszllów, nauczyciel, więzień obozu w Oświęcimiu. Kim był ten człowiek, jego życie i działalność i dlaczego ma szczególne miejsce w naszej małej historii – na te pytania odpowiem w kolejnych artykułach.
Ciąg dalszy historii…
Przeczytałem książkę „Jestem zdrów i czuję się dobrze..Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego” . W znakomitej większości opowiada ona o losach ojca autorki – Mariana Henryka Serejskiego. Poprzez jego relacje zawarte w listach z Oświęcimia dowiadujemy się o jego życiu w obozie, jego tęsknocie za rodziną, troską o los najbliższych, niepewności swojego „jutra”. Książka opowiada również o heroicznej walce matki autorki o uwolnienie męża z nazistowskiej niewoli. Książka również przybliża miejsca bliskie bohaterowi, jego córce i żonie. Jest tam też i Przytoczno…
Powyżej wspomniałem o dacie: Data (publikacji) 23 października jest wymowna dla tej historii, ale o tym przeczytacie w zasadzie na końcu artykułu…
Wyjaśnienie – tego dnia przypada rocznica śmierci Mariana Henryka Serejskiego (w tym roku 41. rocznica)
O samej książce warto więcej napisać ale tylko to, że warto ją przeczytać.
A jeśli ktoś chciałby coś więcej to zachęcam do skorzystania z opisu na stronie księgarni Muzeum Auschwitz – Birkenau
Kiedy przeczytałem książkę (zdjęcie okładki powyżej) miałem nieodparte wrażenie, że to nie jest koniec tej historii, że zamknięcie książki nie jest zamknięciem tej sprawy. Inaczej, to początek nowej przygody. Postanowiłem, że zrobię wszystko co będzie możliwe aby skontaktować się z autorką książki. Ktoś mi powie, że w dobie internetu to żadna sztuka, nic trudnego a wymaga niewiele więcej ponad trochę lub dużo wolnego czasu. Jednak nie było to, aż tak proste: po pierwsze dlatego, że autorka – Pani Krystyna mieszka w Stanach Zjednoczonych, po drugie po prostu nigdzie nie mogłem odnaleźć do niej kontaktu, chociażby adresu email. Z pomocą przyszli współpracownicy Pani Krystyny, bo to oni przekazali wiadomość ode mnie. W tym miejscu szczególne podziękowania dla Pana Czesława Karkowskiego oraz dla Polish Institute of Arts and Sciences of America (PIASA).
Wysłałem wiadomość.
Powiem, że liczyłem na odpowiedź, nie mogłem się doczekać, często wyobrażałem sobie co przeczytam. Czy rzeczywiście Pani Krystyna będzie w ogóle chciała mi odpisać, a jeśli tak to co napisze, kim jest, czy pamięta Przytoczno, jak wspomina? Pytań mnóstwo, a odpowiedzi…
To zawsze coś innego, niezwykłego kiedy ktoś wspomina miejsce, w którym kiedyś był, ludzi których kiedyś poznał, wydarzenia, których był świadkiem. Dla mnie jakie jest Przytoczno – wiem, mieszkam tutaj całe życie. Jak zapamiętała je Pani Krystyna? Jestem bardzo ciekawy dalszego ciągu tej historii…
——————————————————————————————-
Dalsza część artykułu zostanie podzielona na:
– biografia Mariana Henryka Serejskiego
– losy Pani Krystyny Serejskiej Olszer (w tym wspomnienia o Przytocznie)
– Konkurs
– może coś więcej…
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Muzeum Powstania Warszawskiego plus PGE Narodowy – czyli coś dla ducha i coś dla ciała.
Chciałem napisać w tym artykule coś innego, patetycznego i wzniosłego jednak to chyba nie ten czas i miejsce…Tak więc tylko trochę na nutę patriotyczną reszta „normalnie”.
Zacznijmy więc…
Wycieczka, którą zorganizowaliśmy dla naszej młodzieży z MDP OSP Przytoczno Osiedle miała w zasadzie dwa cele – pierwszy to pokazać im, że warto w swoim życiu pamiętać o rzeczach ważnych, o bohaterach walczących za naszą wolność, o tych zwykłych ludziach, którzy robili coś niewymuszonego, spowodowanego nie tylko odruchem serca ale przede wszystkim troską o dobro wspólne, o dobro naszej ojczyzny. Wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego miała właśnie to na celu – przybliżyć nieznane fakty z tego okresu oraz dzięki tej opowieści wzmóc poczucie samoświadomości historycznej. Muzeum robi wrażenie, przedmioty z okresu powstania, ich ekspozycja, użycie nowoczesnej technologii w celu przedstawienia różnych wydarzeń – to robi wrażenie. Eksponatów jest dużo choć większość stanowią jednak „papierowe” wspomnienia tamtych czasów – plakaty, dokumenty, listy, opisy…
Na mnie największe wrażenie zrobił mały pokój, w którym prezentowano listy przyklejone na ścianach, listy do, i od powstańców. Kiedy się to czyta człowiek po raz kolejny może tylko dziękować, że żyje w czasie pokoju, bez wojny. Choćbym chciał, nie jestem w stanie zrozumieć co przeżywali Ci ludzie, te listy próbują mi to przekazać…ich emocje, ich myśli, ich niepewność jutra, ich żal i rozpacz, ich nie nazwane cierpienie…
”nie mam od Ciebie żadnych wieści…”
dlaczego warto pamiętać?
Najprostsza odpowiedź to nasze motto, naszej strony ale schodząc niżej, mniej patetycznie powiem, że historia magistra vitae czyli historia nauczycielką życia. Warto ją znać i pamiętać bo można, to co dobre powtórzyć a to co złe odrzucić. To proste słowa, wiem, choć ogromnie trudne w zastosowaniu, w tak przecież skomplikowanym życiu.
jak pamiętać?
Mniej smartfonów, więcej książek chciałoby się rzec. Chociaż dzisiaj technologia mocno pomaga w dotarciu do informacji. Warto to wykorzystać chociażby w celu poznania naszej historii.
czy zapamiętają?
Czas pokaże. My nie rezygnujemy z naszych zabiegów, które mają na celu bliższe zapoznanie się z naszą historią.
Wniosek, którym chciałbym się podzielić – do tego muzeum warto przyjść przygotowanym, nie tylko wiedzieć kiedy wybuchło powstanie ale przynajmniej przeczytać jedną książkę poświęconą historii tego wydarzenia…
W drodze do kolejnego punktu wycieczki – trasę z muzeum do stadionu pokonaliśmy pieszo, takie oto atrakcje nas spotkały…
Budynek PAST-y
PKiN
Ogród Saski
Grób Nieznanego Żołnierza
Gospodarz OSP u Gospodarza kraju choć podobno było odwrotnie…
Narodowe czytanie 2016 – Ogród Saski
Centrum Nauki Kopernik
Zaraz stadion…
Drugi cel, związany z kolejnym punktem wycieczki odnosi się rzecz jasna do stwierdzenia, że sport to zdrowie. Dla wielu osób spośród nas, wycieczka na PGE Narodowy (oficjalna nazwa stadionu narodowego) była pierwszym zetknięciem się z tą monumentalną budowlą. Tak właśnie należy rozpatrywać myślenie o tym obiekcie – bo to nie tylko arena zmagań sportowców (nie tylko piłkarzy), teatr marzeń, miejsce duchowego uniesienia bądź strefa bólu i goryczy po porażce. To także wspaniały pokaz myśli, technologii, inżynierii, miejsce niezwykłe i tylko Ci, którzy pamiętają co znajdowało się w tym miejscu wiele lat temu (inny stadion) mogą w pełni ocenić jak wielka praca została włożona aby to miejsce było takie jakie widzimy.
Co prawda na meczu piłkarskim nie byliśmy (jeszcze) ale może to i lepiej aby w pełni poznać obiekt. Po stadionie oprowadzała nas pani przewodnik, która opowiedziała nam co? gdzie? kiedy? dlaczego? – to tak w skrócie. Jak widać na zdjęciach odwiedziliśmy szatnię naszej drużyny narodowej, centrum konferencyjne, płytę boiska, tunel którym piłkarze wychodzą na mecz, najwyższy punkt na stadionie (oczywiście dostępny dla zwiedzających).
Zabrakło tylko koloru zielonego…dlaczego?
Ostatni posiłek przed zwiedzaniem
Punkt widokowy czyli najwyżej położone trybuny
Punkt widokowy czyli najwyżej położone trybuny
W oczekiwaniu na przewodnika
Pani przewodnik opowiada o m.in. trybunach
Iglica – 70 ton a jeden telebim ma wymiary 9mx6m
Loże prasowe nad nami
Płyta boiska tylko piłki brak
Szatnia reprezentacji.
Zasłoniłem Lewandowskiego
Regeneracja
Centrum prasowe
Centrum prasowe – to widzicie w tv
Jeszcze kilkanaście kolejnych zdjęć (poniżej) od uczestników wycieczki. Jak widać na zdjęciach nieplanowany punkt wycieczki – postój w Ogrodzie Saskim zaskoczył nas możliwością spotkania Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy wraz z małżonką. Było to co prawda całkiem przypadkowe ale jak widać spotkanie odbyło się w całkiem miłej atmosferze. Chyba, że to było zaaranżowane…nie wiem…kolega nie chciał zdradzić.
Może jakiś uczestnik chciałby podzielić się wrażeniami z wycieczki? Zapraszamy poniżej.
Jakieś pytania? Proszę zamieszczać w komentarzach.
Tak blisko nas, nieopodal bo zaledwie kilka kilometrów stąd, dnia 19 czerwca roku 1831 rozegrała się Bitwa pod Łysobykami. Ten artykuł to próba odpowiedzi na kilka ważnych pytań związanych z tą datą, z tym miejscem. To historia, którą warto znać i warto ocalić od zapomnienia.
Dlaczego mimo przeważającej siły, bitwa zakończyła się porażką wojsk polskich? Czy „Bitwa pod Łysobykami” to tylko niewiele znaczący epizod? Czy rzeczywiście „pod Łysobykami”? Na te i inne pytania staramy się odpowiedzieć w tym artykule.
Przeciwko wojskom rosyjskim w województwie lubelskim skierowano korpus gen.A.Jankowskiego, który w dniu 19 czerwca miał się jeszcze połączyć w Kocku z grupą gen. GirolamoRamoriny, a następnie rozpocząć „całą siłą i jak najczynniej działania zaczepne przeciwko Rudigerowi’. Z grupą gen. Jankowskiego miał także współdziałać korpus gen. W.Chrzanowskiego stojący pod Zamościem, którego zadaniem było dotarcie nad Wieprz i zamknięcie drogi odwrotu wojskom rosyjskim na południe.
Siły, które skierowano przeciwko Rosjanom okupującym województwo lubelskie były w pełni wystarczające do ich zniszczenia, ponieważ odosobniony korpus Rudigera nie miał zapewnionej łączności z armią główną pod Pułtuskiem, ale także z korpusem gen. Rosena i wojskami I Armii na Wołyniu.
W dniu 17 czerwca 1831r. korpus gen. Jankowskiego stanął pod Osinami, a Ramorino po przeprawie przez Wisłę pod Gołębiem, i przez Wieprz pod Bobrownikami – w Sobieszynie, ale łączność między obu grupami w tym dniu nie nawiązano, co jak się później okazało było poważnym błędem. W dniu 18 czerwca Jankowski wyruszył z Osin do Adamowa i w Gułowie otrzymał meldunek, że płk. Różycki opuścił ze swym oddziałem Kock z powodu naporu wojsk nieprzyjaciela. Jak się później okazało były to czołowe odziały Rudigera, który w dniu 17 czerwca wyruszył z Lublina, przeciwko grupie, jak sądził, tylko gen. Ramoriny, ponieważ informacje o wyprawie Jankowskiego jeszcze nie dotarły do niego. W dniu 18 czerwca Rudiger przeszedł w bród Wieprz pod Łysobykami stając w Przytocznie , w miejscu gdzie krzyżowały się drogi z Kocka i Łysobyk do Adamowa.
cytuję „17 czerwca Jankowski wyszedł z Wodyni i nocował w Osinach. 18 czerwca przybywszy do wsi Gułowa, otrzymał doniesienie, że oddział nieprzyjacielski złożony z 4 batalionów piechoty, 12 szwadronów dragonów i 8 dział, w sile ogólnej 4000, przeszedł pod Łysobyki na północny brzeg Wieprza i rozłożył się pod wsią Krępa.”
Nadarzyła się okazja zupełnego zniszczenia korpusu Rudigera, który po przekroczeniu Wieprza wszedł w matnię. Rozmieszczenie oddziałów polskich była tak korzystna, że nie powinien wyjść zpogromu ani jeden żołnierz rosyjski, gdyż Kock zajęła na powrót grupa płk. S.Różyckiego, Jankowski maszerował ku Serokomli, Turno ku Budziskom, a Ramorino ku Łysobykom.
cyt.”Podjazd mjr. Kamińskiego, wysłany w stronę Serokomli i Kocka, natknął się po drodze na oddziałek dragonów rosyjskich, rozbił goi wziął paru jeńców, którzy potwierdzili tę wiadomość. Wówczas szef sztabu Jankowskiego płk Breza przypuszczając, że to straż przednia Rudigera weszła w zastawioną matnię, opracował razem z mjr. kwatermistrzostwa Butrymem następujący plan jej zniszczenia: a) gen.Turno w 4 bataliony, 7 szwadronów i 8 dział wyruszy przez Gułowską Wolę i Honoratkę pod Budziska, gdzie spędzi noc; 19 czerwca zaś o godzinie 2 pomaszeruje przez Przytoczno ku Łysobykom tak, aby odciąć nieprzyjaciela od przeprawy; „w marszu tym wszystko, co tylko by mógł w drodze napotkać, miał atakować z największą natarczywością, nie zważając na nic, co by się na lewym jego skrzydle działo i nie zostawiając żadnej rezerwy” b) do gen. Ramorina, z którym Jankowski nie zdołał jeszcze nawiązać bezpośredniej łączności i o którym od ludności miejscowej wiedział, że znajduje się w Sobieszynie, posłano rozkaz, aby przybył na prawe skrzydło Turny c) sam Jankowski w 7 batalionów, 17 szwadronów i 22 działa miał udać się na noc do Serokomli, a nazajutrz o godz. 2 wyruszyć do Kocka z tym, że w razie usłyszenia huku dział od strony Budzisk i Przytoczna zawróci natychmiast ku zachodowi i uderzy w tył i bok walczącego z Turną nieprzyjaciela(…)
cyt.” W myśl rozkazu Turno ruszył pod Budziska, a Jankowski do Serokomli. W nocy „emisariusze” Turny przynieśli mu wiadomość, że obóz rosyjski, rozłożony nie pod Krępą, ale pod Przytocznem, jest jednak znacznie większy niż przypuszczano w sztabie Jankowskiego…”
Zawiodła jednak łączność i współdziałanie poszczególnych oddziałów w realizacji przyjętego planu rozegrania bitwy. Ramorino, który pierwszy zetknął się z nieprzyjacielem odskoczył od razu wstecz 20 kilometrów i stanął w Okrzei tracąc kontakt bojowy. W Kocku Samuel Różycki przestraszony tym, że „nieprzyjaciel silnie atakuje”, wezwał pomocy Jankowskiego, który zbyt pochopnie wysłał mu brygadę jazdy z baterią artylerii konnej pod dowództwem gen.Bukowskiego.
Zatrzymał się on między Talczynem ,a Rudą i przeczekał tam całą bitwę, nie ruszając się z miejsca nawet wtedy, gdy przeciwnik zabrał tabory, kolumnę amunicyjną, kilkudziesięciu jeńców i kasę 3 pułku strzelców pieszych, pozostawione bez eskorty w Rudzie. Trzej kurierzy (adiutanci Naczelnego Wodza) wysłani do Bukowskiego w celu wezwania ich do marszu, dostali się do niewoli rosyjskiej, a z Jankowskim, Bukowski złączył się w Serokomli dopiero o godzinie 9-tej.
cyt.” Jankowski, przybywszy w nocy do Serokomli, otrzymał tu meldunek od płk. S.Różyckiego i mjr. Kamińskiego, że ,,nieprzyjaciel silnie atakuje Kock” drogą od Łysobyk(….) W drodze przekonał się, że nacisk na Kock już ustał; umocnił się jednak w przekonaniu, że nazajutrz należy koniecznie zająć Kock(…) Do takiego zatem rozproszenia sił na łuku od Kocka do Budzisk doprowadziła Jankowskiego chęć zamknięcia wszystkich dróg wyjścia kolumnie nieprzyjacielskiej oraz brak zdecydowania.”
W tym czasie walczący pod Przytocznem oddział gen. Turno, który od pięciu godzin powstrzymywał dzielnie główne siły Rudigera – bezskutecznie oczekiwał wejścia do walki pozostałych sił polskich.
BITWA. RUCHY WOJSK. ODWRÓT.
„O godz. 2 Turno, pozostawiwszy swoje tabory w Budziskach pod osłoną kompanii grenadierów, wyruszył w jednej kolumnie z Budzisk wprost do Przytoczna, gdyż rozkaz Jankowskiego nie doszedł go jeszcze. Na czele kolumny szedł gen. Jaraczewski z 4 pułkiem szaserów, batalionem 3 [pułku] strzelców pieszych i dwoma działami, za nim gen. Wroniecki z resztą piechoty i czterema działami, w końcu 7 pułk ułanów z dwoma działami.,,Po przejściu lasu – pisze kpt. kwatermistrzostwa Zabłocki – wysłani na lewo tyralierzy dali znać, iż mocna kolumna nieprzyjacielska postępuje drogą z Przytoczna do Charlejowa. Generał Turno, mając sobie zlecone nie zważać na to, co się dziać będzie na lewym skrzydle, kazał jeździe rozwinąć się i dalej ku Łysobykom postępował. Piechota, wychodząca z lasu, formowała się na polu. Wtem na prawo od naszego skrzydła pokazało się z lasu parę batalionów z 4 działami i paru szwadronami jazdy. Przekonawszy się, że to nieprzyjaciel, gen. Turno wstrzymał marsz kolumny i rozkazał rozpocząć ogień armatni. W tym momencie przybył adiutant gen. Jankowskiego”…
zdj. Mapa „Bitwa pod Łysobykami”.
Kolumna Turny została wzięta w dwa ognie. Rudiger, otrzymawszy w nocy doniesienie, że nieprzyjaciel zajmuje Budziska i sądząc w dalszym ciągu, że ma do czynienia jedynie z oddziałem Ramorino, postanowił związać go z frontu, a obejść z tyłu i zniszczyć. W tym celu nakazał gen. Dawidowowi wyruszyć bardzo wczesnym rankiem drogą z Podlodowa na północny wschód[4 bataliony, 4 szwadrony, 5 dział tj. 2400 bagnetów i szabel], a sam z 6 batalionami i 16 działami, tj. 4000 ludzi, pomaszerował drogą z Przytoczna do Charlejowa, aby zająć tył i odciąć odwrót nieprzyjacielowi. Równocześnie, wiedząc o zajęciu Kocka i o ruchu nieprzyjaciela na trakcie z Serokomli do Kocka, wyprawił w tę stronę gen. Płachowa z 1 batalionem, 8 szwadronami i 4 działami, tj. w 1600 ludzi, dla ubezpieczenia swego skrzydła prawego(…)
Generał Turno, jeden z najzdolniejszych dywizjonerów polskich w tej wojnie, zachował zimną krew i w tym położeniu: przyjął bitwę na dwa fronty – z myślą o tym, aby jak najdłużej wytrwać na stanowisku, związać nieprzyjaciela i wystawić go później na uderzenie z tyłu reszty grupy Jankowskiego(…)
Gdy jednak Jankowski nie dawał znaku życia, Turno, po 3 godzinach walki, musiał pomyśleć o odwrocie. Obawiając się, że nieprzyjaciel opanuje Krzówkę i przetnie mu odwrót z Budzisk do Serokomli, nakazał wreszcie piechocie Śmigielskiego przerwać walkę z Dawidowem, wycofać się poza frontem kawalerii i obsadzić wieś Krzówkę; wysłani naprzód grenadierzy zajęli Budziska.
Zbliżała się godz. 9. Dotychczasowe błędy początkowe Jankowskiego, rozrzucanie sił na skutek każdego meldunku, wahanie się z wydaniem rozkazów koncentracji, jego nieszczęście wreszcie naraziły nas na dotkliwe straty, uniemożliwiły podjęcie działań zaczepnych przeciwko zawanturowanej i o tyle słabszej grupie Rudigera”.
Samotnie walczący oddział ocalał – ponieważ gen. Rudiger na wiadomość od jeńców polskich, że ma do czynienia z całym korpusem gen.Jankowskiego, przerwał natychmiast walkę i rozpoczął odwrót za Wieprz, aby uniknąć zagłady i kompromitacji.
cyt.„W tej chwili dopiero zauważono, że nieprzyjaciel wstrzymał ogień działowy i gwałtownie odmienia swój front, zaginając prawe skrzydło w kierunku Serokomli. Spowodowało to pojawienie się tyralierów polskich na skraju zachodnim lasu, ciągnącego się pomiędzy Serokomlą i Charlejowem(…)W dodatku Rudiger, który z zeznań jeńców dowiedział się, że walczył nie z Ramoriną, ale z oddziałami Jankowskiego, zdał sobie sprawę z położenia, w którym się znalazł i rozpoczął ruch odwrotny”
Równocześnie zamiast koncentrycznego ataku na rosyjski korpus (szansa na sukces wciąż była) o godzinie 9 rano najpierw gen.Turno, a potem Ramorino otrzymali rozkazy o wycofaniu się do Woli Gułowskiej.
cyt.„Zdawało się, że teraz dojdzie wreszcie do koncentrycznego natarcia przeważnych sił polskich na jego grupę i zniszczenia jej. Tymczasem najniespodziewaniej w świecie o godz.9 oddziały polskie otrzymały rozkaz Jankowskiego wycofania się przez Honoratkę i Czarną do Gułowskiej Woli, dokąd udał się i sam Jankowski z Serokomli”
Zwołana przez Jankowskiego rada wojenna biorąc pod uwagę rozkazy Naczalnego Wodza oraz odpowiedni komentarz dowódcy Korpusu – zdecydowała o odwrocie za Wisłę, mimo sprzeciwu niektórych członków rady. Deczja ta spowodowała rozprzężenie dyscypliny w korpusie, powszechnie zaczęto mówić o zdradzie generałów Jankowskiego i Bukowskiego ( byli szwagrami). W rzeczywistości byli to dowódcy małego formatu, bez wyobraźni, niezdolni do kierowania dużymi masami wojska i prowadzenia śmiałych działań przeciwko doświadczonym dywizjonem rosyjskim, a na domiar złego jeszcze poważnie schorowani.
Rzeczywistym winowajcą zaprzepaszczonej szansy zniszczenia korpusu Rudigera był gen. Jan Zygmunt Skrzynecki – Wódz Naczelny, ale okrutną karę za wykazane niedołęstwo na polu walki ponieśli obaj generałowie, których powieszono w czasie rewolucyjnych wydarzeń w stolicy w sierpniu 1831r.
Badając różne dokumenty historyczne, mówiące o tym wydarzeniu (bitwie pod Łysobykami) ukazuje nam się obraz bitwy jako epizodu, marginalnej potyczki, bez dużego znaczenia dla ogólnego stanu wojny w tym regionie. Faktycznie, jak wynika z powyższego opisu, potyczka (bitwa) ta trwała krótko i jako taka nie mogła odwrócić losów wojny choćby w naszym województwie. Jednak ta bitwa, tak jak wiele innych bitew w powstaniu listopadowym, przegranych lub wygranych, złożyła się na ogólny obraz całej wojny. Wygrana polskich wojsk w tej potyczce ( znanej również jako „sprawa łysobycka”) podniosłaby zapewne morale walczących żołnierzy. Czy to dałoby wystarczająco dużo energii do dalszych działań? Tego zapewne się nie dowiemy. Kilka miesięcy pozostało do upadku powstania i taka bitwa (sprawa) jak pod Łysobykami losów wojny odwrócić nie mogła.
Bitwa pod Łysobykami? Taki tytuł pierwotnie miał zapowiadać ten artykuł. Ze znakiem zapytania na końcu.Dlaczego? Nie chcemy prostować zakrętów historii. Dla wszystkich, którzy interesują się ,bardziej lub mniej tematem, oczywistym jest i tak pozostanie, że nazwa bitwy będzie najpierw kojarzona z Łysobykami (dzisiaj Jeziorzany). To fakt, z którym nie zamierzamy dyskutować. Jednak aby sprawiedliwości i prawdzie zadość się stało napisać musimy co następuje: jak widać na mapie faktyczne miejsce potyczki to obszar leśny pomiędzy Przytocznem, a Budziskami. Na zdjęciu obok widzimy obelisk poświęcony powstańcom, poległym w czasie tej bitwy, postawiony jak się powszechnie przypuszcza w miejscu gdzie walkę ów powstańcy stoczyli. Jednak warto jest poznać jeszcze jeden fakt (może „mocne przypuszczenie”): poszukując śladów tamtej bitwy udało się zawęzić i być może ustalić najdokładniejsze miejsce, gdzie rozegrały się główne działania militarne. Otóż faktycznym miejscem bitwy (koncentracja) mógł być obszar leśny położony w odległości ok. 1 km na północ od pomnika, który jest na zdjęciu. Dlaczego nazwa bitwy „pod Łysobykami”? Zapewne Łysobyki jako duża i położona nad Wieprzem miejscowość była bardziej znana od wszystkich innych wokół. Nadanie nazwy bitwie właśnie nazwą tej miejscowości być może było oczywiste.
na zdjęciu: pomnik poświęcony Poległym Żołnierzom Powstańcom w 165 rocznicę Bitwy pod Łysobykami.
Jako, że wydarzenie to miało miejsce bardzo dawno temu, oczywistym jest, że brakuje świadków tamtej bitwy. Opierając się na materiałach źródłowych, a także publikacjach pozyskanych od osób znających ten temat przedstawiliśmy w tym artykule najważniejsze fakty dotyczące tej bitwy.Dla bardziej dociekliwych i tych, których temat intryguje polecamy zapoznać się z tym tekstem opublikowanym w gazecie „Kuryer Polski” rok 1831. Czytamy tam o:
cyt.” Wiadomość urzędowa do wojska.Do Rządu Narodowego. Dnia 14 czerwca wojsko Narodowe rozpoczęło działania zaczepne przeciwko nieprzyjacielowi, zajmującemu województwo podlaskie i Lubelskie, a szczególniej w celu zniesienia korpusu Rϋdigera, stojącego w okolicach Lublina. Dnia 15 główna kwatera była w Siennicy, gdzie pozostałem z rezerwami, dla zabezpieczenia z jednej strony wypraw jenerałów Jankowskiego i Rybińskiego, a z drugiej strony Warszawy przeciwko zamachowi głównej armji nieprzyjacielskiej.
Jenerał Rybiński udał się przez Wodynie, Domanice i dnia 18 zajął Zbuczyn i Siedlce, gdzie zabrał dość znaczne magazyny. Szybkie ustąpienie nieprzyjaciela ku Bugowi, nie dozwoliło zadać mu klęski, ani też mógł jenerał Rybiński zapędzać się w dalszą pogoń i oddalać się przez to od reszty naszego wojska.
Jenerał Jankowski z dywizją pierwszą jen. Milberg konną pod dowództwem jen. Turno i korpusem oddzielnym jen. Ramorino, miał rozkaz udania się przez Kock w Lubelskie, dla atakowania tą przemagającą siłą Rϋdigera i pobicia go.
Dnia 18 czerwca oddział jenerała Jankowskiego zajął Łuków, rozbiwszy częścią, a częścią zabrawszy w niewolą znajdujący się tam oddział kozaków, i zabrał dość znaczny magazyn. Tegoż samego dnia jenerał Jankowski przybywszy do Gułowa pod Adamowem, dowiedział się, że nieprzyjaciel przeszedł wbród na prawy brzeg Wieprza pod Łysobykami. W obawie tedy, ażeby mu ten nieprzyjaciel nie uszedł, podzielił cały swój korpus na małe oddziały, które rozstawił w Kocku, a na polu w Rudzie Serokomli. Jenerał zaś Turno wysłał z Adamowa na Gułowską Wolę i Budziska, ku Łysobykom z 3ma bataljonami 3go pułku strzelców pieszych, jednym bataljonem grenadjerów, pułkiem 4tym strzel. konnych, 3ma szwadronami 7go ułanów i z ośmiu działami.
Jenerał Turno z tą siłą, nie przechodzącą 3000 ludzi, już pod Budziskami spotkał o godzinie 3ej rano dnia 19 nieprzyjaciela, którego nie wahał się natychmiast atakować, rachując na zapowiedziane wsparcie jener. Jankowskiego , całemi siłami. Tymczasem żadna pomoc nie zjawiła się z naszej strony, gdy nieprzyjacielski korpus wzmógł się cząstkowo, do kilkunastu tysięcy. Był to albowiem cały korpus Rϋdigera, z którym jenerał Turno zwiódł sześciu godzinną walkę jak najzaszczytniejszą dla niego, jako też i dla wojska walczącego pod jego rozkazami.
Bój ustał o godzinie 9 rano i obiedwie strony zostały na swoich stanowiskach. Nakoniec jenerał Turno otrzymawszy wyraźnie rozkaz cofnienia się z pobojowiska, udał się do Czarny.
Straty jenerała Turno w tej chlubnej walce wynoszą 270 rannych i zabitych, między któremi jest 6ciu ofiicerów rannych, ale oprócz tego oddziały nieprzyjacielskie wkradłszy się między rozrzucone kolumny jenerała Jankowskiego, pojmały dwóch adiutantów wiozących jego rozkazy i majora z kwatermistrzostwa Butryma. Podobnież zabrały kilkanaście jaszczyków z amunicją i kassą jednego pułku, co wszystko bez eskorty były zostawione.
Po bitwie stoczonej przez jenerała Turno i tegoż samego dnia około południa wszystkie siły znajdujące się pod komendą jenerała Jankowskiego, były zebrane pod Gułowską Wolą, gdy Rydygier ściągał swoje siły pod Przytoczno.
Jenerał Jankowski rozpoczął ruch odwrotny ku Warszawie, a jenerał Rydygier podobnież się cofnął.Jenerał Jankowski i Bukowski powołani są do wytłómaczenia się z swojego postępowania. Na ostatnim cięży zarzut, że będąc ze swoją kolumną najbliżej jenerała Turno, na odgłos jego walki nie poszedł mu w pomoc. – W Warszawie dnia 24 czerwca 1831r. – Wódz Naczelny (podpisano) Skrzynecki
Kilka pytań
Wyprawa na Rydygera – Sprawdziły się więc smutne wieści o nieszczęśliwym wypadku wyprawy na Rudygera. Rapport Naczelnego Wodza przedstawia, jak zwykle , z całą otwartością kolej wydanych poleceń i faktów, które prawdziwą boleścią zaprawiają serce każdego Polaka. Wszystkie rachuby wzięte były rozważnie, już widzieliśmy korpus nieprzyjacielski zniesiony, już oczyszczone dwa województwa, już otwartą drogę na Wołyń i bohaterskie Padole, już mieliśmy zanieść pomoc drugim braciom, którzy wyciągają do nas skrwawione ręce, wołając „prędzej” już Toll zabłąkany przy granicy pruskiej stracił resztę nadziei; gdy wtem nie do pojęcia niedołężna exekucja ułożonego planu, wydarła nam z ręku zdobycz i oddaliła od kresu zbawienia ojczyzny. Śmiało bowiem wyrzec możemy, że zniesienie tak łatwe Rudygera, posunięcie się na Wohyń i Podole, poskromienie ostatków korpusu Rotha, który skutecznego nie mógł nam stawić oporu, byłoby zbawiło Polskę, a główną armią rosyjską uciekającą rzuciło za dawne granice. Żałować przychodzi, że Wódz Naczelny sam nie kierował osobiście tak ważnej wyprawy: jego talenta, jego przenikliwość, byłyby niezawodnie sprowadziły pomyślny skutek, i przysporzyły dla jego skroni laurowych wieńców; żałować przychodzi, że powierzył kierunek świeżo mianowanemu jenerałowi, który jako jenerał dowodzący, nie pokazał jeszcze dowodów wyższych usposobień; żałować przychodzi, że pozostawił tyle usposobionego wodza, jak jest Rybiński, na punkcie prawie li tylko obserwacyjnym. Czemu nie on dowodził tak świetną i tyle korzyści obiecującą wyprawą?… Któż z ludzi, najprostsze o rzeczy mających wyobrażenie pojmie, dlaczego jen.Jankowski porozdzielał całe swoje tak znaczne siły, na drobne oddziałki; dlaczego całą zapasową amunicją i kasę zostawił na los o pół mili od pola bitwy, bez najmniejszej straży; dlaczego szwagier jenerała Jankowskiego , Bukowski, nie pospieszył na pomoc jenerałowi Turno, który w tym dniu pamiętnym okrył się sławą, i z kilkakroć mniejszą siłą wstrzymał zwycięsko przerażonego nieprzyjaciela; dlaczego jenerał Jankowski nie pospieszył do punktu walki; dlaczego nie dobywszy pałasza, nie dawszy jednego strzału, po kilkakroć powtórzonemi rozkazami, zmusił jenerał Turno do odwrotu?…Dlaczego potem z całemi siłami cofnął się ku Warszawie?…Te pytania muszą być rozwiązane, jasno i dokładnie, w obliczu narodu, w obliczu całego świata. Od początku teraźniejszej krwawej wojny, pierwszy raz oręż polski nie zdobył tak łatwego i stanowczego zwycięstwa . Porobiono gwałtowne marsze, pochwycono nieprzyjaciela i puszczono bezkarnie. Izby sejmujące nie mogą patrzeć obojętnie na zdarzenie, które okryło żałobą Polskę całą; reprezentanci narodu niech będą sprawiedliwymi, niech rzecz wyjaśnią, niech niczyja sława nie cierpi, niech obsypują dobrodziejstw talenta i dowodną miłość ojczyzny, a niech dotkną należycie zdrajców , nieuków i niedbalców. Trzeba kar i surowych kar; trzeba przykładu, sprawiedliwości.”
W cytowanym powyżej tekście zachowano oryginalną pisownię.
c.d.n.
Wpisany pierwotnie przez Administrator | 23 września 2009
Relacja z uroczystości obchodów 185. rocznicy „Bitwy pod Łysobykami”.
Dnia 3 lipca 2016r. o godzinie 16.00, w Lesie Przytockim odbyła się uroczysta msza święta – polowa za poległych w Bitwie pod Łysobykami oraz za ojczyznę. Mszę świętą sprawował ks. wikariusz Michał Rodak, we mszy uczestniczył również ks. proboszcz Mieczysław Mikulski.
Relacja…ale najpierw…
Mógłbym powiedzieć, że obrazy (poniżej) mówią więcej niż niejeden opis jednak mimo to postaram się zmierzyć z wyzwaniem w postaci opisania tej uroczystości. Rocznica przypadająca w tym roku – okrągła (?) 185. – jest również okazją do opisania „szerzej” tej uroczystości. Mówiąc krótko – od pomysłu do realizacji.
Idea upamiętniania powstańców listopadowych, a zwłaszcza żołnierzy walczących w bitwie pod Łysobykami istniała chyba od momentu, w którym my jako twórcy tej strony uświadomiliśmy sobie, że to nasza historia, historia miejsca w którym żyjemy, a zatem nasza spuścizna (może zbyt patetycznie), o której nie tylko mamy pamiętać ale co ważniejsze – zachować ją dla innych. Trudno mi wskazać datę kiedy ta świadomość historyczna zaistniała, więc tylko enigmatycznie mogę stwierdzić, że było to kilkanaście lat temu. Pierwszym sygnałem – momentem, który warto odnotować była zapewne msza święta – sprawowana przez ówczesnego ks. wikariusza Sławomira Arseniuka – a ofiarowana za ojczyznę. Msza święta odbyła się w kaplicy w Przytocznie, a po zakończeniu udaliśmy się pod obelisk upamiętniający żołnierzy poległych w bitwie pod Łysobykami. Kilka zdjęć poniżej ilustruje to właśnie wydarzenie. Była to pierwsza nasza inicjatywa zmierzająca do zrobienia czegoś „większego” wokół tej bitwy.
Po kilku latach przerwy w roku 2011 (18 czerwca), w 180. rocznicę „Bitwy pod Łysobykami” zorganizowaliśmy uroczystą mszę świętą w Lesie Przytockim, w miejscu gdzie znajduje się wspomniany wcześniej obelisk. Relacja z tej uroczystości jest tutaj, stąd szerszy opis wydaje się zbyteczny w tym miejscu.
I znowu przerwa.
Wracamy w roku 2015 – szczegółowy opis w artykule Relacja ze 184. Rocznica „Bitwy pod Łysobykami”. Jak widać regularność nie była naszą domeną (z różnych przyczyn). Sytuacja zmieniła się właśnie w tym roku…
Meritum, a więc do rzeczy.
W tym roku obchodziliśmy 185. rocznicę bitwy, z przyczyn organizacyjnych termin uroczystości przypadł na dzień 3 lipca 2016r. W przygotowania do uroczystości włączyła się duża grupa osób (druhowie OSP Przytoczno Osiedle, MDP OSP Przytoczno Osiedle oraz inni, których wymienię poniżej). Nasi druhowie zajęli się przygotowaniem terenu wokół pomnika – wymagało to sporo pracy, bo jak wiecie pomnik położony jest w lesie. Ogólnie chcieliśmy aby w tym roku, nie tylko z racji okrągłej (?) rocznicy wydarzenie to wybrzmiało lepiej, pełniej ale może przede wszystkim z powodu tego, że tego typu wydarzeń nie można traktować schematycznie – zrobić raz, a później tylko powielać. Zarówno marzeniem jak i celem było (nadal jest) aby z roku na rok wydarzenie to nie tylko było ale i zaskakiwało (rzecz jasna pozytywnie).
Jak to zwykle bywa przy wydarzeniach, które odbywają się w plenerze bardzo ważna jest pogoda. W tym roku, w dniu poprzedzającym uroczystość (w sobotę) pogoda, mówiąc krótka – była. Niedziela – no cóż od rana padał deszcz, ciężkie chmury zasnuły niebo nad nami, nie wyglądało to dobrze. Dość przypomnieć, że w zeszłym roku pogoda przestała być dla nas łaskawa (duży opad deszczu) w momencie kiedy po zakończeniu uroczystości dojechaliśmy do Przytoczna aby zwrócić pożyczony sprzęt. Opatrzność była dla nas łaskawa. W tym roku również pogoda na czas uroczystości była idealna – nie padał deszcz i temperatura około 20 stopni. Mimo to, co jakiś czas spoglądaliśmy w niebo czy aby pogoda się utrzyma. Oczywiście, jak widać na zdjęciach byliśmy przygotowani na opady, na szczęście namioty nie były potrzebne (przynajmniej do osłony przed deszczem).
Każdego roku chcemy aby ta uroczystość wyglądała inaczej, tzn. lepiej. Może użycie słowa „atrakcje” nie do końca jest tu właściwe ale zaryzykuję stwierdzenie, iż: warto aby uroczystość ta, każdego kolejnego roku była bogatsza w atrakcje. Do tego będziemy dążyć. W tym roku w ramach obchodów 185. rocznicy wydaliśmy okolicznościową kartę (na zdjęciach poniżej) oraz przygotowaliśmy tablicę pamiątkową – ustawioną obok pomnika (również zdjęcie). Ponadto jak w roku poprzednim dla wszystkich uczestników przygotowaliśmy poczęstunek w postaci grochówki.
Organizatorzy – Marcin Tarkowski, Mariusz Grobel
Pytania.
Dlaczego było tyle osób? Nie robiliśmy żadnych innych zaproszeń ponad te, które zostały wywieszone w każdej wsi, w naszej gminie. Każdy kto przeczytał był zaproszony a jeśli nie przeczytał i przyszedł również – tym bardziej jest nam miło. Indywidualna sprawa każdego z Was czy z tego zaproszenia skorzystał.
Czy było więcej osób, niż w zeszłym roku? Pewnie nie, nie liczyliśmy.
Czy pogoda jednak wpłynęła na frekwencję? Pośrednio tak, ale czy tylko pogoda…
Dlaczego to robimy? Masowe, popularne, medialne, opłacalne – żaden z tych przymiotników nie pasuje do naszego działania. Zatem dlaczego ktoś poświęca swój czas, swoje pieniądze dla promowania (lokalnej) historii? Nie mam na to odpowiedzi innej niż słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego „Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości”…
Serdeczne podziękowania dla:
Zespół Szkół w Przytocznie – Pani Dyrektor Jolanta Fotyga
Zespół Szkół w Przytocznie – przygotowanie poczęstunku
OSP KSRG Jeziorzany
OSP Stoczek Kocki
GS „Sch” w Jeziorzanach
Organizatorzy: Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle.
Znajdziecie nas: Zapraszamy do zamieszczania komentarzy poniżej.
Jedna z naszych pierwszych „wypraw historycznych”. Kim są dzisiaj członkowie rodziny Kuszllów, jaka jest ich historia, dlaczego pamiętamy o nich? Na te pytania oraz wiele innych odpowiedzi znajdziecie w tym artykule.
Kiedy zapowiadałem ten artykuł, napisałem, że nie wiem jak zacząć. Cóż, minęło kilka dni i znalazłem rozwiązanie. Najlepiej zacznę od początku. Tytułem wstępu kilka kwestii, oto co następuje. Może ktoś nam zarzucić, cóż wielkiego dokonaliście, zwykłe spotkanie, może ktoś powiedzieć, „Kuszell-to było dawno, minęło bezpowrotnie”, po co nam to potrzebne…dla wszystkich stawiających te pytania, niech odpowiedzią będzie ten i następne artykuły. Dla tych, którzy jednak wiedzą, że sprawa jest z kategorii „niesamowite, fenomenalne itp.” , dla Was właśnie to zrobiliśmy. Może, nie tylko, bo dla siebie również.
Początek. Skąd pomysł?
Dlaczego chcieliśmy zrobić artykuł o rodzinie Kuszllów? Dla kogoś stąd, dla kogoś kto zna historię regionu sprawa jest oczywista. Ostatni właściciel majątku Przytoczno, a także jego rodzina zasługują na to aby ich poznać, pamiętać i wiedzieć możliwie jak najwięcej. To w końcu nasza historia, wiele razy powtarzane hasło „kim będzie człowiek nie pamiętający swoich korzeni, nie znający swojej historii” szczególnie w tym kontekście zdaje się być bardzo na miejscu. Tak więc pomysł, aby poznać rodzinę Kuszllów, opisać ich dzieje, odwiedzić krewnych ostatniego właściciela powstał dawno, bo na samym początku kiedy strona przytoczno.pl dopiero powstawała. Aby podjąć się tego tematu, trzeba było w pierwszej kolejności zająć się tematami mniej ważnymi, choć z punktu widzenia spójności, również bardzo potrzebnymi. Kiedy w końcu nastąpił ten moment, że już czas, że trzeba się tym zająć powstało pytanie jak to zrobić? Pomyśleliśmy i stwierdziliśmy, że potrzebna jest osoba, która ma kontakt z rodziną Kuszllów, aby właśnie do tej osoby zwrócić się z zapytaniem czy możliwe byłoby umówienie się na rozmowę. Sprawa wydawała się prosta, osoba taka znalazła się (słowa podziękowania dla tej Pani i innych osób, które pomogły) ale powstało następne pytanie: czy zechcą spotkać się z nami [córki p.Kuszlla]? Dlaczego miałyby się nie spotkać? Powodów przeciw pewnie znalazłoby się kilka. Jednak już po pierwszej rozmowie, którą odbyłem z panią Katarzyną Kuszell wiedziałem, że spotkanie będzie czymś wyjątkowym i ważnym. Jakie było moje zdumienie i jednocześnie uczucie radości kiedy w rozmowie pani Katarzyna oznajmiła, że na spotkaniu będą również jej wszystkie siostry. Później w rozmowie z przyjacielem stwierdziliśmy, że to naprawdę wyjątkowe osoby, które tylko po jednym telefonie i po enigmatycznej opowieści kim jesteśmy i po co jest to spotkanie, potrafiły się zebrać razem i poświęcić swój czas. Zapewne i panie Kuszell, również były ciekawe nas, naszych intencji, naszego podejścia do tematu. Tak więc spotkanie umówione, czas jechać. Podzielę się na koniec pewnymi obawami, które towarzyszyły mi przed spotkaniem. Nie byłem zaskoczony, że się udało, a więc co? Obawiałem się, że nie zaprezentujemy się w sposób taki aby zdobyć zaufanie, aby nawiązać wspólny język. Na szczęście, i to nie tylko dzięki nam już powitanie wypadło najlepiej jak to tylko możliwe, a dalej już było tylko …użyję słowa „super”.
Spotkanie.
Nie jest łatwo zdobyć zaufanie drugiego człowieka. Już pierwsze kilka zdań zwiastowało, że czas, który będzie nam dane tutaj spędzić to czas przyjemnie i pożytecznie spędzony. Już w środku czekał na nas słodki poczęstunek i gorąca herbata. Pani Katarzyna Kuszell jako gospodarz przedstawiła nam swoje siostry, po czym zaczęliśmy opowiadać kim jesteśmy, po co nam to spotkanie. Jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że dzieje się to naprawdę, że to my zdobyliśmy się na taki wyczyn, aby doprowadzić do spotkania, aby odkryć co nie odkryte, aby poznać co nie poznane…Czuliśmy jakby historia Przytoczna, ta dawna historia była naszym udziałem, niesamowite uczucie, trudne do opisania…To co zobaczyłem za chwilę, wywołało u mnie z jednej strony poczucie ulgi, myśląc „nareszcie to mamy” z drugiej zaś uczucie wzruszenia. Chodzi o album ze zdjeciami. Nie zachowało się tego wiele, ledwie kilkanaście zdjęć, choć dla nas to i tak więcej niż się spodziewaliśmy. Ot chociażby zdjęcie dworu w Przytocznie, absolutnie unikatowe fotografie i mimo, że nie pokazują całej bryły budynku to i tak są to fotografie bezcenne. Dla każdego z nas będą nowością i jednocześnie ważnym dokumentem historycznym.
Mógłbym tu pisać i opowiadać jak to było, w zasadzie to robię, może nie do końca umiejętnie, jednak to nie zmienia i tak faktu, że atmosfera spotkania była tak wyjątkowa, że suchy przekaz w formie sprawozdania może nie zostać przez Was właściwie odebrany. To tak na marginesie.
Teraz widzę i z pewnym zażenowaniem mogę stwierdzić, że zadałem kilka nieprzemyślanych do końca pytań. Samo spotkanie mimo, iż przebiegło w bardzo miłej atmosferze to przecież dotykaliśmy tematów odległych i przykrych dla rodziny Kuszllów. Dla nas każda anegdota, opowieść stanowiła cenne źródła, a dla naszych gospodarzy to przecież nie tylko czas beztroskiego dzieciństwa ale i trudnego okresu dorastania w czasie wojny. Nie można o tym niestety zapomnieć, wojna i jej tragiczne żniwo na zawsze zmieniły los rodziny Kuszllów.
Ojciec, Kazimierz Teodor.
Z racji swojego wieku nie miałem możliwości poznania pana Kazimierza Kuszlla. Do czasu spotkania, w trakacie którego zobaczyłem zdjęcie przedstawiające jego osobę, nie wiedziałem nawet jak wyglądał. Pewnie 99% osób to czytających nie widziało fotografii zamieszczonej obok. Często sobie wyobrażałem jaki to był człowiek, próbując skleić obraz ze skąpych opowieści osób, które miały okazję czy to poznać Go osobiście czy tak jak ja usłyszeć o nim od innych. Z opowieści córek wiemy już, że był to człowiek zasadniczy, często surowy to jednak szlachetny u miejący rozróżniać co jest właściwe, a co nie. Wiele pytań dotyczących ojca przychodzi mi w tej chwili do głowy, które chciałem zadać, ale z braku czasu. po prostu mi się nie udało…
na zdjęciu powyżej: Kazimierz Teodor Kuszell, właściciel majątku Przytoczno.lata 30-te, fotografia wykonana w ogrodzie, dwór w Przytocznie.
Chciałbym oddać, przekazać Wam jak najwięcej z tego niezwykłego spotkania. Jednak emocje jakie towarzyszyły naszej obecności w domu rodzinnym Kuszllów nie potrafię przenieść na ekran. Słuchałem opowieści o latach dzieciństwa, beztroskich zabawach wśród rodzeństwa, słuchałem o latach młodzieńczych, bardzo trudnych, naznaczonych przez los. Kiedy zadałem pytanie jak Panie wspominają Przytoczno? Pani Katarzyna odpowiedziała jednym prostym zdaniem, że tutaj spędziły dzieciństwo, to kraina ich młodości, do czasu pewnych wydarzeń kraina szczęścia i radości. Choć tutaj doznały również cierpienia, chcę wierzyć i prawie jestem przekonany oglądając te nieliczne fotografie, że tak właśnie pamiętają to miejsce, nasze Przytoczno. Tragiczna śmierć ojca zamordowanego przez bandę rabunkową, okres wojny, potem wypędzenie i grabież majątku, to wydarzenia, które na zawsze odmieniły los rodziny.
Rok 1944. Samotna matka z dziećmi ma trzy dni, aby zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić na zawsze swój dom. Cały dobytek wraz z siedmioma osobami odjeżdża na trzech wozach konnych. Nigdy już nie wróca do tego domu, majątek przejęło państwo a rodzina pozostała bez środków do życia, ograbiona nie tylko z majątku ale i z godności. Na szczęście nieopodal w Charlejowie znajdują się ludzie, którzy pamiętają, że gospodarz majątku, zmarły tragicznie Kazimierz Kuszell był dobrym człowiekiem. Nie pozostawiają rodziny jego bez pomocy. Potem jest szkoła na Brzozowej, gdzie siostry uczęszczają, często pokonując drogę z Charlejowa pieszo. To tylko zdawkowe opowieści, które udało mi się zapamiętać, okazja aby ułożyć to w ciekawe opowiadanie czy może nawet opowieść na pewno będzie.
Koniec? Nie, raczej początek…
Wiele odpowiedzi już znam, chociaż samych pytań powstało również wiele. Dlatego temat ten na pewno będzie powracał, aby możliwie jak najwięcej napisać na temat rodziny Kuszllów, ale także na temat Przytoczna w owym czasie.
Jak ocalić od zapomnienia tak wspaniałych ludzi, jak napisać aby oddać emocje towarzyszące spotkaniu, jak zapisać ich wspomnienia, jak być dobrze zrozumianym, jak wyrazić swoją wdzięczność za pełne życzliwości przyjęcie? Sporo trudnych pytań, na niektóre z nich odpowiedzią będzie właśnie nasza praca, te artykuły. Nie trzeba było wiele…
P>S>Czekamy na Wasze komentarze. Artykuł będzie uzupełniany, więc już teraz zachęcam do odwiedzania nas codziennie. Zobaczycie zdjęcia, które zrobią na Was wrażenia, jesteśmy tego pewni. Dodatkowo zostaną one opatrzone komentarzem a i sam artykuł na pewno jeszcze uda się rozszerzyć.
Wpisany pierwotnie przez Administrator | 17 marca 2010.
Dnia 21 czerwca 2015r. obchodziliśmy 184. rocznicę „Bitwy pod Łysobykami”. Z tej okazji członkowie Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle przygotowali uroczystość w Lesie Przytockim, w miejscu gdzie znajduje się pomnik poświęcony temu wydarzeniu. Mszę świętą sprawował ks. Michał Rodak, wikariusz naszej parafii. W uroczystości uczestniczył również ks. Mieczysław Mikulski, proboszcz parafii oraz nasza organistka Pani Elżbieta.
Relacja.
Po przerwie (poprzednio w 2011) wróciliśmy do organizacji tej uroczystości. Wydaje się, że zbytecznym jest przywoływanie okoliczności dla których tak długa przerwa miała miejsce. Istotnym zdaje się bardziej to, czy począwszy od tego roku uda się utrzymać cykliczność tej imprezy (w sensie uroczystości). Czas pokaże.
Jak zwykle, mimo iż niektórym mogłoby się wydawać, że to nic wielkiego taka uroczystość wymaga przygotowania. Począwszy od przygotowania terenu wokół pomnika, aż do zakończenia – zwrócenia sprzętu oraz posprzątania terenu. Uroczystość w zasadzie przygotowaliśmy sami tj. członkowie stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle. Prace podzieliliśmy na pewne odcinki i każdy kto podjął wyzwanie pracy na danym etapie wywiązał się z tego wzorowo – kilka zdjęć z przygotowań poniżej.
Plakat – zaproszenie na uroczystość (projekt Rafał Ciuba)
Pogoda dopisała, co widać chociażby na fotografiach poniżej. Namioty przygotowaliśmy na wypadek zmianę pogody. Wzorem roku 2011 udało się wypożyczyć mundury powstańców co niewątpliwie przykuwało uwagę zgromadzonych. Niby niewielki detal a podnosi nie tyle rangę co powagę uroczystości.
Msza święta odprawiona za żołnierzy poległych w bitwie pod Łysobykami i za naszą ojczyznę nie wymagała od nas wielkiej niestrudzonej walki o to, aby była. Po raz kolejny powtórzę, że takie działanie wymaga tylko jednego – uświadomienia sobie, że to nasza historia, że jest to ważne, potrzebne i wpływa na nasze dzisiejsze życie, na Twoją, na moją tożsamość, na to kim jestem, kim chcę być. Podobnie z tymi, którzy chcą uczestniczyć w tego typu wydarzeniach – nie tylko doceniają nasz trud poświęcony na przygotowania ale i podzielają wspomniane wcześniej słowa, że jest to ważne, że powinno się o tym pamiętać. W tym roku, po raz pierwszy udało nam się zorganizować mały poczęstunek w postaci grochówki (podziękowania dla Zespołu Szkół w Przytocznie, dla pracowników kuchni).
Nie chcę żeby nasza historia interesowała wszystkich – to niemożliwe, nie chcę aby wszyscy byli historykami – to się nie uda, nie oczekuję od każdego bycia patriotą – bo każdy patriotyzm rozumie inaczej ale czy wymaganie od każdego z nas mieszkańców pamięci o ludziach, którzy walczyli za nasze miejsce, nasz dom, naszą wolność nie powinno być naszym obowiązkiem?
Szczególne podziękowania dla:
Zespół Szkół w Przytocznie – Pani Dyrektor Jolanta Fotyga
Zespół Szkół w Przytocznie – przygotowanie poczęstunku
OSP KSRG Jeziorzany
GS „Sch” w Jeziorzanach
Organizatorzy: Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle.
Minęło 180 lat od tej bitwy. Piętnaście lat mija od momentu kiedy uroczyście odsłonięto pomnik w lesie w Przytocznie. Przez te piętnaście lat udało się zorganizować dwie uroczyste Msze Święte. Obie z naszej inicjatywy. Jak to wyglądało cztery lata temu przeczytacie i obejrzycie poniżej. Dlaczego nie pamiętamy o swojej historii? O tym odpowiedź w tym artykule również.
Od pomysłu do realizacji.
Tak jak w roku 2007, tak i w tym, pomysłodawcą, zarówno uroczystej mszy świętej jak i krótkiej prezentacji ”po” był Marcin Tarkowski. Jako, że razem tworzymy zarówno treści jak i formę tejże witryny, razem zajęliśmy się tym pomysłem. Pomysł nie nowy, problemy te co zawsze, czasu za mało. Czymże jednak byłoby planowanie i przygotowywanie takiej rocznicy bez optymistycznego podejścia. Udało się szybko i co najważniejsze na czas, zgromadzić wszystko co potrzebne aby msza święta odbyła się w miejscu gdzie stoi pomnik. Nie potrzeba było wiele, kilka osób, które chciały nam pomóc, trochę czasu i wiary w powodzenie całego przedsięwzięcia.
Dlaczego?
Dlaczego i po co to wszystko? Patriotyzm lokalny, poszanowanie tradycji, historia, którą trzeba znać i szanować, ludzie dzięki którym nasza ojczyzna jest wolna, wiara w to, że jest to i potrzebne, i dobre, i ważne. Obawy były, że będzie mało osób, że ludzie mimo apelu, ogłoszeń po prostu nie znajdą, nie tyle czasu, ile motywacji aby tutaj się pojawić. Jednak są ludzie, którym nie obce są wartości wymienione w pierwszej linijce tego akapitu. Czy nazwać to sukcesem? W jakimś wymiarze na pewno tak, jednak ważniejsze jest to w jakiej intencji tam byliśmy.
Wnioski
Jak zrobić coś ważnego, bez pieniędzy, nie oglądając się na innych? Myślę, że ta rocznica pokazała Wam, że warto jest promować historię naszej małej ojczyzny, że warto jest pamiętać o tych, którzy walczyli dla nas wszystkich. Te skromne uroczystości zorganizowaliśmy według swojego pomysłu i własnymi siłami (oczywiście przy dużej pomocy innych – o tym niżej). Dzisiaj nie sposób ocenić jak bardzo to wpłynie na przyszłe obchody rocznicy tejże bitwy. Życzylibyśmy sobie aby inne rocznice były nie tylko licznie reprezentowane i uroczyste, najważniejsze musi pozostać to dla jakich wartości organizuje się takie uroczystości.
Podziękowania
Powyżej znajdziecie fotografie z uroczystej mszy świętej, która odbyła się dnia 12.06.2011r. w 180 rocznicę „Bitwy pod Łysobykami”. Jak widać pogoda była wymarzona, komary nie gryzły, było powiedziałbym „odpowiednio do uroczystości”. Jeszcze poniżej prezentujemy fragmenty prezentacji o bitwie jaka odbyła się w Zespole Szkół w Przytocznie tuż po zakończeniu uroczystości. Uczestników było dużo mniej niż przy pomniku, co widać na fotografii.
To wydarzenie nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc innych. Dlatego w tym właśnie miejscu chcielibyśmy podziękować Wszystkim, którzy pomogli nam zorganizować uroczystości, szczególnie osobom wymienionym poniżej:
– Dyrektor ZS w Przytocznie – pani Jolanta Fotyga
– ks.proboszcz Mieczysław Mikulski i ks.wikariusz Artur Suska
– Pani Elżbieta – organistka, oprawa muzyczna
– liturgia słowa i psalm – Anita Olszak, Dorota Suśniak, Aleksandra Sobocik, Zygmunt Matyjasek
– Anita Olszak, Łukasz Lemieszek, Marcin Kowalewski – organizacja
– Damian Kępa i Artur Sowa – żołnierze w mundurach z epoki
Dziękujemy za przybycie pocztów sztandarowych z:
– Szkoła Podstawowa w Jeziorzanach
– OSP w Jeziorzanach
Podziękowania dla Was Wszystkich, którzy doceniliście naszą inicjatywę i swoją obecnością uświetniliście obchody 180 – rocznicy Bitwy pod Łysobykami.
Tekst pochodzi z roku 2011 – ponownie umieszczony na naszej stronie.
Znajdziecie nas: Zapraszamy do zamieszczania komentarzy poniżej.
Biogramy pochodzą z książki „Ziemianie polscy w XX w.”
KUSZELL WACŁAW KAZIMIERZ – herbu Drogosław (08.01.1870-04.02.1944), właściciel majątku Przytoczno (pow.łukowski), współwłaściciel majątku Samoklęski (pow.lubartowski). Syn Ignacego Jana (1831 – 1903) i Walentyny z Przanowskich (1834 – 1886). Urodzony w Woli Studziańskiej (pow.Janów Podlaski).
Posiadał wykształcenie średnie. Ożeniony w 1898 w Żalinie z Różą Orsetti, córką Teodora i Marii z Jełowickich , gospodarował w Przytocznie, a następnie przeniósł się do Samoklęsk, które wraz z żoną kupił na kilka lat przed I wojną światową. Jako plenipotent swojej teściowej Marii Orsetti, zarządzał jej dobrami.
Znany w środowisku ziemiańskim jako dobry gospodarz, doprowadził zaniedbany przez poprzednich właścicieli majątek Samoklęski do wzorowego stanu, poprawił strukturę lekkich gleb, rozbudował gorzelnię, założył kompleks stawów rybnych, rozwinął hodowlę koni remontowych. Był członkiem centralnych władz Zrzeszenia Spirytusowego w Warszawie. Z zamiłowania był lekarzem, niestety warunki nie pozwoliły mu na wyższe studia, posiadał jednak jako samouk dużą wiedzę i doświadczenie medyczne, które wykorzystywał praktycznie, z czego był znany w okolicy. Opłacał studia średnie i wyższe kilku chłopcom wiejskim, ułatwiając im następnie start życiowy. Robił to dyskretnie i bez rozgłosu.
Zmarł w Samoklęskach po wieloletniej ciężkiej chorobie, pochowany na cmentarzu parafialnym w Kamionce k. Lubartowa.
Dzieci: 1.Kazimierz Teodor (1889 – 1942) (czytaj niżej); 2.Stefan, kadet, zmarł w czasie działań wojennych w 1920; 3.Janina, absolwentka SGGW, żona Włodzimierza Jarnuszkiewicza, dyrektora cukrowni w Świeciu, zmarła w 1935r.
KUSZELL RÓŻA MARIA – herbu Bożeniec (26.06.1877-21.03.1958), właścielka majątku Kurów Olesin (pow.puławski) i współ. maj. leśnego Świerza Ostrowy (pow.chełmski) oraz współwł. majątku Samoklęski (pow.lubartowski). Córka Teodora Adama Orsetti h.Złotokłos i Marii Konstancji Pauliny z Jełowickich h.Bożeniec. Urodzona w Świerzach, pow. chełmski.
Wraz z mężem Wacławem Kuszellem do 1944 kierowała gospodarką w swych majątkach. W latach 30-tych prowadziła przez parę sezonów w Samoklęskach pensjonat dla zdobycia funduszy na utrzymanie zabytkowego pałacu (pałacyk myśliwski Izabelli Czartoryskiej) i parku na odpowiednim poziomie. Mieszkając kilkadziesiąt lat w Samoklęskach pracowała również społecznie. Korzystając z doświadczeń swojej siostry Marii Orsetti, znanej działaczki w ruchu spółdzielczym, współdziała w zakładaniu i prowadzeniu wiejskich ośrodków i sklepów spółdzielczych, zajmując się m.in. księgowością (sklepy w Samoklęskach, Justynowie, Syrach i Starścinie). Należała do władz spółdzielczych w powiecie Lubartów. Swoją długoletnią pracą nad rozwojem spółdzielczości wiejskiej przyczyniła się do wzrostu gospodarczego zacofanych wsi byłego zaboru rosyjskiego.
Na przełomie lat 1943/44 była więziona przez Niemców na zamku w Lublinie. Po śmierci męża przeniosła się do Warszawy, gdzie zaskoczyło ją powstanie. Wywieziona przez Niemców pod Łowicz, przyjęta została gościnnie przez gospodarzy we wsi. W wyniku reformy rolnej majątki zostały wywłaszczone w 1944 i rozparcelowane. Przez kilka lat po wojnie prowadziła pensjonat w Nałęczowie, gdzie mieszkała do końca życia w trudnych warunkach bytowych. Zmarła w Warszawie, pochowana na cmentarzu parafialnym w Kamionce koło Lubartowa.
O uznaniu dla jej pracy i jej pamięci, świadczy m.in. manifestacyjny udział okolicznej ludności w ceremonii pogrzebowej.
KUSZELL KAZIMIERZ TEODOR – herbu Drogosław (04.04.1898-18.12.1942), właściciel majątku Przytoczno, rolnik. Syn Wacława Kazimierza i Róży Marii z Orsettich (patrz:biogramy wyżej).
Ukończył SGGW w Warszawie uzyskując doktorat w zakresie ekonomii rolnej i szkołę Nauk Politycznych, uzyskując również doktorat. W 1921r. uczestniczył w III Powstaniu Śląskim, jako członek grupy dywersyjnej „Wawelberg”, brał udział w wielu akcjach dywersyjnych. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Ze stanu ruiny po wieloletniej dzierżawie doprowadził majątek do pełnego rozkwitu, stwarzając wzorowy ośrodek rolno-przemysłowy. Założył szkółkę drzewek owocowych i sad na 60ha, nowoczesną suszarnię chmielu, młyn parowy, cegielnię, unowocześnił i rozbudował gorzelnię, założył gospodarstwo rybne i hodowlę karakułów.
Kazimierz Kuszell przyczynił się do powstania wiejskiego ośrodka zdrowia, wspierając go organizacyjnie i finansowo. Ofiarował gminie teren pod szkołę, budulec z lasu i z cegielni. Wspomagał pogorzelców we wsi Charlejów, spalonej w czasie działań wojennych. Działał aktywnie w spółdzielczości mleczarskiej.
W czasie II wojny światowej był kwatermistrzem w AK na okręg Łuków. Wspierał finansowo wysiedleńców z Wielkopolski, przechowywał i utrzymywał ludzi zagrożonych ze względu na ich działalność. Zginął śmiercią tragiczną w Przytocznie, zamordowany przez bandę rabunkową, grasującą w okolicy w czasie okupacji niemieckiej. Pochowany na cmentarzu parafilanym w Przytocznie.
W wyniku jego działalności majątek, jako dobrze zagospodarowany, nie został rozparcelowany w 1944, ale przejęty w całości przez Państwowe Nieruchomości Rolne, jako gospodarstwo uprzemysłowione.
Jego żoną była Maria Karolina Konic (zm. 09.04.1986), córka Józefa, współwł. majątku Ratowo k.Mławy i Emilii z Woldenbergów (zm. w 1944). Absolwentka SGGW. Wspólnie z mężem prowadziła majątek Przytoczno. Udzielała się społecznie współpracując z Kołem Gospodyń Wiejskich , organizując służbę zdrowia na terenie gminy. Wspomagała jeńców wojennych w obozach jenieckich, wysyłając paczki żywnościowe. Wraz z mężem, a po jego śmierci sama, wspomagała i chroniła ludzi zagrożonych przez okupanta. Po wojnie znalazła się z dziećmi bez środków do życia, pracowała zarobkowo na utrzymanie rodziny.
Ich dzieci: 1.Andrzej Ignacy (08.07.1923-20.07.1944), uczestnik walk partyzanckich, odznaczony Krzyżem Walecznych; 2.Helena (ur.18.09.1924), plastyczka, wykształcenie średnie, inwalidka, rencistka; 3.Barbara Jełowicka (ur.26.01.1926), wykształcenie wyższe, architekt krajobrazu, uczestnik Powstania Warszawskiego, odznaczona Krzyżem Walecznych, emerytka; 4.Jadwiga (ur.20.10.1927), wykształcenie wyższe, filolog klasyczny, emerytka; 5.Janina (ur.06.03.1929), wykształcenie wyższe, pedagog; 6.Katarzyna (ur.20.05.1930), wykształcenie wyższe, inż.rolnik, emerytka, pracowała zawodowo jako specjalista w hodowli zwierząt futerkowych, trzody chlewnej i ryb, odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, emerytka; 7.Antoni (ur.04.06.1935), doc dr hab, fizyk teoretyk, pracownik UW (filia w Białymstoku). Wpisany przez Administrator | 07 marca 2010