Kategorie
Przytoczno

Krystyna.

Mimo, że spodziewamy się tego, każde odejście człowieka, zwłaszcza bliskiego nam, jest trudne. Dzisiaj wiem już, że była to przygoda, której nie zapomnę. Była Pani osobą, której nie zapomnę, bo losy Pani mimo, iż znałem tylko „trochę”, są i będą mi bliskie zawsze.
Droga Pani Krystyno cieszę się, że mogłem Panią poznać, że My mogliśmy poznać Pani losy, te związane z Przytocznem. Choć osobiście nigdy nie mieliśmy okazji się spotkać wiem, że już od pierwszego naszego listu jesteśmy przyjaciółmi.
Dziękuję za serdeczne słowa, które kierowała Pani do mnie w swoich listach. Przytoczno mimo, iż w Pani życiu to krótki epizod będzie zawsze Panią wspominać.

Oto ostatni list, który otrzymałem od Pani Krystyny Serejskiej.

Drogi Panie Mariuszu, Powodów spóźnienia dałoby się znaleźć wiele, ale istotny jest ten jeden — że wyraźnie postarzałam się ostatnio i coraz trudniej mi wszystko idzie. Niby wszystko jak było, ale czas robi swoje. Najgorsze jest to, ze od dwu miesięcy umiera tu moja najbliższa kuzynka, jej oddalanie się trudno mi zaakceptować. Inni ludzie w rodzinie i okolicach w porządku, na szczęście. […] Dziękuję za wiadomości o Panu. Rozumiem, że nowa praca jest-dla odmiany z urzędniczą, ciekawa i dobra, ale z pewnością niebezpieczna, więc niech Pan uważa na zakrętach…(sama jestem całkiem kiepskim kierowcą , więc wiem, co mówię. Żona pewno się o Pana boi?) A Pana pewno cieszy poznawanie świata. Ale ten świat jest coraz gorszy. Letni czas spędzam na zmianę w Nowym Jorku i w […] (ze względu na Kuzynkę). Tam jest chłodniej niż mieście i bardzo ładnie, jak to bywa w górach. Niech mi Pan coś napisze o swoich planach startowania w wyborach i szansach, No i o tej wodzie. Mam nadzieję że już sobie z nią poradzili i Was nie trują. Tyle na dziś, pozdrawiam Pana serdecznie, również Żonę i Mamę.

Krystyna

List ten otrzymałem 11 sierpnia br. Pani Krystyna zmarła 26 sierpnia.

W mojej pamięci pozostanie Pani tą małą Krysią, która uśmiechnięta stoi najwyżej…

Kategorie
Przytoczno

Ustawa Rządowa z 3 Maja 1791r.

Ustawa Rządowa z 3 maja 1791 r.
PREAMBUŁA
W imię Boga, w Trójcy Świętej jedynego. Stanisław August [1] z Bożej łaski i woli Narodu Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Kijowski, Wołyński, Podolski, Podlaski, Inflancki, Smoleński, Siewierski i Czernichowski, wraz ze Stanami Skonfederowanymi, w liczbie podwójnej naród polski reprezentującymi.

Uznając, iż los nas wszystkich od ugruntowania i wydoskonalenia konstytucji narodowej jedynie zawisł, długim doświadczeniem poznawszy zadawnione rządu naszego wady, a chcąc korzystać z pory, w jakiej się Europa znajduje i z tej dogorywającej chwili, która nas samym sobie wróciła, wolni od hańbiących obcej przemocy nakazów, ceniąc drożej nad życie, nad szczęśliwość osobistą, egzystencję polityczną, niepodległość zewnętrzną i wolność wewnętrzną narodu, którego los w ręce nasze jest powierzony, chcąc oraz na błogosławieństwo, na wdzięczność współczesnych i przyszłych pokoleń zasłużyć, mimo przeszkód, które w nas namiętności sprawować mogą dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia Ojczyzny naszej i jej granic z największą stałością ducha, niniejszą konstytucję uchwalamy i i; tę całkowicie za świętą, za niewzruszoną deklarujemy, dopóki by naród w czasie prawem przepisanym, wyraźną wolą swoją nie uznał potrzeby odmienienia w niej jakiego artykułu. Do której to konstytucji dalsze ustawy sejmu teraźniejszego we wszystkim stosować się mają.

I. RELIGIA PANUJĄCA
Religią narodową panujacą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkimi jej prawami; przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji. Że zaś taż sama wiara święta przykazuje nam kochać bliźnich naszych, przeto wszystkim ludziom jakiegokolwiek bądź wyznania, pokój w wierze i opiekę rządową winniśmy i dlatego wszelkich obrządków i religii wolność w krajach polskich, podług ustaw krajowych warujemy.

II. SZLACHTA ZIEMIANIE
Szanując pamięć przodków naszych jako fundatorów rządu wolnego, stanowi szlacheckiemu wszystkie swobody, wolności, prerogatywy pierwszeństwa w życiu prywatnym i publicznym najuroczyściej zapewniamy, szczególniej zaś prawa, statuta i przywileje temu stanowi od Kazimierza Wielkiego [2], Ludwika Węgierskiego [3], Władysława Jagiełły [4] i Witolda brata jego, Wielkiego Księcia Litewskiego [5], nie mniej od Władysława [6] i Kazimierza Jagiellończyków [7], od Jana Alberta [8], Aleksandra [9] i Zygmunta Pierwszego [10] braci, od Zygmunta Augusta [11], ostatniego z linii jagiellońskiej, sprawiedliwie i prawnie nadane, utwierdzamy, zapewniamy i za niewzruszone uznajemy. Godność stanu szlacheckiemu w Polszcze za równą wszelkim stopniom szlachectwa gdziekolwiek używanym przyznajemy. Wszystką szlachtę równymi być między sobą uznajemy, nie tylko co do starania się o urzędy i o sprawowanie posług Ojczyźnie, honor, sławę, pożytek przynoszących, ale oraz co do równego używania przywilejów i prerogatyw stanowi szlacheckiemu służących. Nade wszystko zaś prawa bezpieczeństwa osobistego, wolności osobistej i własności gruntowej i ruchomej tak, jak od wieków każdemu służyły, świątobliwie, nienaruszenie zachowane mieć chcemy i zachowujemy; zaręczając najuroczyściej, iż przeciwko własności czyjejkolwiek żadnej odmiany lub ekscepcji w prawie niedopuścimy, owszem najwyższa władza krajowa i rząd przez nią ustanowiony, żadnych pretensyi pod pretekstem iurium regalium [12] i jakimkolwiek innym pozorem do własności obywatelskich bądź w części, bądź w całości rościć sobie nie będzie. Dlatego bezpieczeństwo osobiste i wszelka własność, komukolwiek z prawa przynależna, jako prawdziwy społeczności węzeł, jako źrenicę wolności obywatelskiej szanujemy, zabezpieczamy, utwierdzamy i aby na potomne czasy szanowane, ubezpieczone i nienaruszone zostawały, mieć chcemy. Szlachtę za najpierwszych obronców wolności i niniejszej konstytucji uznajemy. Każdego szlachcica cnocie, obywatelstwu i honorowi jej świętość do szanowania, jej trwałość do strzeżenia poruczamy jako jedyną twierdzę Ojczyzny i swobód naszych.

III. MIASTA I MIESZCZANIE
Prawo na teraźniejszym Sejmie zapadłe pod tytułem: Miasta Nasze Królewskie wolne w państwach Rzeczypospolitej [13] w zupełności utrzymane mieć chcemy i za część niniejszej konstytucji deklarujemy, jako prawo wolnej szlachcie polskiej, dla bezpieczeństwa ich swobód i całości wspólnej Ojczyzny nową, prawdziwą i skuteczną dające siłę.

IV. CHŁOPI WŁOŚCIANIE
Lud rolniczy, z pod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źrodło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, stanowiąc: iż odtąd jakiebykolwiek swobody, nadania, lub umowy dziedzice z włościanami dóbr swoich autentycznie ułożyli, czyli by te swobody, nadania i umowy były z gromadami, czyli też z każdym osobno wsi mieszkańcem zrobione, będą stanowić wspólny i wzajemny obowiązek, podług rzetelnego znaczenia warunków i opisu zawartego w takowych nadaniach i umowach, pod opiekę rządu krajowego podpadający. Układy takowe i wynikające z nich obowiązki, przez jednego właściciela gruntu dobrowolnie przyjęte, nietylko jego samego, ale i następców jego, lub prawa nabywców tak wiążąc będą, iż ich nigdy samowolnie odmieniać nie bedą mocni. Nawzajem włościanie jakiejkolwiek bądź majętności od dobrowolnych umów, przyjętych nadań i z nimi złączonych powinności usuwać się inaczej nie będą mogli, tylko w takim sposobie i z takimi warunkami, jak w opisach tychże umów postanowione mieli, które czy na wieczność, czyli do czasu przyjęte ściśle ich obowiązywać będą. Zawarowawszy tym sposobem dziedziców przy wszelkich pożytkach od włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi tak nowo przybywających, jako i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do Ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swego jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umowi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polszcze, lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

Tak wygląda fragment oryginalnego manuskryptu Konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku

V. RZĄD, CZYLI OZNACZENIE WŁADZ PUBLICZNYCH
Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu. Aby więc całość państw, wolność obywatelską i porządek społeczności w równej wadze na zawsze zostawały, trzy władze rząd narodu polskiego składać powinny i z woli prawa niniejszego na zawsze składać będą, to jest: władza prawodawcza w Stanach zgromadzonych, władza najwyższa wykonawcza w królu i Straży, i władza sądownicza w jurysdykcjach, na ten koniec ustanowionych, lub ustanowić się mających.

VI. SEJM CZYLI WŁADZA PRAWODAWCZA
Sejm czyli Stany zgromadzone na dwie Izby dzielić się będą: na Izbę Poselską i na Izbę Senatorską pod prezydencja Króla.

Izba Poselska, jako wyobrażenie i skład wszechwładztwa narodowego, będzie światynią prawodawstwa. Przeto w Izbie Poselskiej najpierwej decydowane będą wszystkie projekta.

1. Co do praw ogólnych, to jest: konstytucyjnych, cywilnych, kryminalnych i do ustanowienia wieczystych podatków, w których to materjach propozycje od tronu województwom, ziemiom i powiatom do roztrząśnięnia podane, a przez instrukcje do Izby przychodzące, najpierwsze do decyzji wzięte być mają.

2. Co do uchwał sejmowych, to jest poborów doczesnych, stopnia monety, zaciągania długu publicznego, nobilitacji i innych nagród przypadkowych, rozkładu wydatków publicznych ordynaryjnych i ekstraordynaryjnych, wojny, pokoju, ostatecznej ratyfikacyi traktatów związkowych i handlowych, wszelkich dyplomatycznych aktów i umów, do prawa narodów ściągających się, kwitowania magistratur wykonawczych i tym podobnych zdarzeń, głównym narodowym potrzebom odpowiadających, w których to materjach propozycje od tronu, prosto do Izby Poselskiej przychodzić mające, pierwszenstwo w prowadzeniu mieć będą.

Izby Senatorskiej, złożonej z biskupów, wojewodów, kasztelanów i ministrów, pod prezydencyą króla, mającego prawo raz dać votum [14] swoje, drugi raz paritatem [15] rozwiązywać osobiście lub nadesłaniem zdania swego do tejże Izby, obowiązkiem jest:

1. Każde prawo, które po przejściu formalnem w Izbie Poselskiej do Senatu natychmiast przesłane być powinno, przyjąć lub wstrzymać do dalszej narodu deliberacji opisaną w prawie większością głosów; przyjęcie moc i świętość prawa nadawać będzie; wstrzymanie zaś zawiesi tylko prawo do przyszłego ordynaryjnego sejmu, na którym gdy powtórna nastąpi zgoda, prawo zawieszone od Senatu przyjętem byc musi.

2. Każdą uchwałę sejmową w materiach wyżej wyliczonych, którą Izba Poselska Senatowi przysłać natychmiast powinna, wraz z tąż Izba poselska większościa głośów decydować, a złączona Izb obydwoch większość, podług prawa opisana, będzie wyrokiem i wolą Stanów.

Warujemy, iż senatorowie i ministrowie w obiektach sprawowania się z urzędowania swego bądź w Straży, bądź w komisyi, votum decisivum [16] w sejmie nie będą mieli, i tylko zasiadać w ten czas w Senacie mają dla dania eksplikacji na zadanie Sejmu.

Sejm zawsze gotowym będzie. Prawodawczy i ordynaryjny rozpoczynać się ma co dwa lata, trwać zaś będzie podług opisu prawa o sejmach. Gotowy, w potrzebach nagłych zwołany, stanowić ma o tej tylko materii, do której zwołan będzie lub o potrzebie po czasie zwołania przypadłej. Prawo żadne na tym ordynaryjnym sejmie, na którym ustanowione było, znoszone być nie może.

Komplet Sejmu składać się będzie z liczby osób, niższym prawem opisanej, tak w Izbie Poselskiej, jako i w Izbie Senatorskiej.

Prawo o sejmikach, na teraźniejszem Sejmie ustanowione, jako najistotniejszą zasadę wolności obywatelskiej, uroczyście zabezpieczamy.

Jako zaś prawodawstwo sprawowane być nie może przez wszystkich i naród wyręcza się w tej mierze przez reprezentantów czyli posłów swoich dobrowolnie wybranych, przeto stanowimy, iż posłowie na sejmikach obrani w prawodawstwie i ogólnych narodu potrzebach podług niniejszej konstytucji, uważani być mają jako reprezentanci całego narodu, będąc składem ufności powszechnej.

Wszystko i wszędzie większością głosów udecydowane być powinno. Przeto liberum veto [17], konfederacje [18] wszelkiego gatunku i sejmy konfederackie, jako duchowi niniejszej konstytucji przeciwne, rząd obalające, społeczność niszczące, na zawsze znosimy.

Zapobiegając z jednej strony gwałtownym i częstym odmianom konstytucji narodowej, z drugiej, uznając potrzebę wydoskonalenia onej, po doświadczeniu jej skutków co do pomyślności publicznej, porę i czas rewizyi i poprawę konstytucji co lat dwadzieścia pięć naznaczamy, chcąc mieć takowy sejm konstytucyjny ekstraordynaryjnym podług osobnego o nim prawa opisu.

VII. KRÓL, WŁADZA WYKONAWCZA
Żaden rząd najdoskonalszy bez dzielnej władzy wykonawczej stać nie może. Szczęśliwość narodów od praw sprawiedliwych, praw skutek od ich wykonania należy. Doświadczenie nauczyło, że zaniedbanie tej części rządu nieszczęściami napełniło Polskę. Zawarowawszy przeto wolnemu narodowi Polskiemu władzę praw sobie stanowienia i moc baczności nad wszelką wykonawczą władzą, oraz wybierania urzędników do magistratur, władze najwyższego wykonywania praw królowi w radzie jego oddajemy, która to rada Strażą Praw zwać się będzie. Władza wykonawcza do pilnowania praw i onych pełnienia ścisle jest obowiązana. Tam czynna z siebie będzie, gdzie prawa dozwalają, gdzie prawa potrzebują dozoru egzekucji, a nawet silnej pomocy. Posłuszeństwo należy się jej zawsze od wszystkich magistratur, moc przynaglenia nieposłuszne i zaniedbujące swe obowiązki magistratury w jej reku zostawiamy.

Władza wykonawcza nie będzie mogła praw stanowić ani tłumaczyć, podatków i poborów pod jakimkolwiek imieniem nakładać, długów publicznych zaciągać, rozkładu dochodów skarbowych przez Sejm zrobionego odmieniać, wojny wydawać, pokoju ani traktatu i żadnego aktu dyplomatycznego definitive [19] zawierać. Wolno jej tylko będzie tymczasowe z zagranicznymi prowadzić negocjacje oraz tymczasowe i potoczne dla bezpieczeństwa i spokojności kraju wynikające potrzeby załatwiać, o których najblizszemu Zgromadzeniu sejmowemu donieść winna.

Tron polski elekcyjnym przez familie mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów, periodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi polskiej, i zamkniecie na zawsze drogi wpływom mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia Ojczyzny naszej za czasów familii ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicji tronu obcych, i możnych Polaków, zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu Polskiego prawem następstwa.

Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy saski w Polszcze królować będzie. Dynastia przyszłych królów Polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta [20], dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorom de lumbis [21] z płci męskiej tron polski przeznaczamy.

Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą Stanów zgromadzonych córce jego dobrany zaczynać ma linię następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dlaczego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantke deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcji [22] podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu, po wygaśnięciu pierwszego.

Każdy król, wstępując na tron, wykona przysięgę Bogu i narodowi, na zachowanie konstytucji niniejszej, na pacta conventa [23], które ułożone będą dzisiejszym elektorem Saskim, jako przeznaczonym do tronu, i które tak jak dawne wiązać go będą.

Osoba króla jest święta i bezpieczna od wszystkiego; nic sam przez się nie czyniący, za nic w odpowiedzi narodowi być nie może; nie samowładcą, ale ojcem i głową narodu być powinien i tym go prawo i konstytucja niniejsza być uznaje i deklaruje. Dochody tak jak będą w paktach konwentach opisane i prerogatywy tronowi właściwe, niniejsza konstytucja dla przyszłego elekta zawarowane, tkniętemi być nie będą mogły.

Wszystkie acta publiczne, trybunały, sądy, magistratury, monety, stemple pod królewskim iść powinny imieniem. Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [24] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [25]. Do króla rozrządzenie najwyższe siłami zbrojnymi krajowymi w czasie wojny i nominowanie komendantów wojska należeć będzie, z wolną atoli ich odmianą za wolą narodu. Patentować oficerów i mianować urzędniki podług prawa niższego opisu, nominować biskupów i senatorów podług opisu tegoż prawa, oraz ministrów jako urzędników pierwszych władzy wykonawczej, jego będzie obowiązkiem.

Straż, czyli rada królewska, do dozoru, całości i egzekucyi praw królowi dodana, składać się będzie:

1-mo z prymasa, jako głowy duchowieństwa polskiego i jako prezesa Komisji Edukacyjnej, mogącego być wyręczonym w Straży przez pierwszego ex ordine [26] biskupa, którzy rezolucyi podpisywać nie mogą;

2-do z pieciu ministrów, to jest ministra policji, ministra pieczęci, ministra belli [27], ministra skarbu, ministra pieczęci do spraw zagranicznych;

3-tio z dwóch sekretarzy, z których jeden protokół Straży, drugi protokół spraw zagranicznych trzymać będą, obydwa bez votum [14] decydującego.

Następca tronu, z małoletności wyszedłszy i przysięgę na konstytucję wykonawszy, na wszystkich Straży posiedzeniach, lecz bez głosu przytomnym być może.

Marszalek sejmowy, jako na dwa lata wybrany, wchodzić będzie w liczbę zasiadających w Straży, bez wdawania się w jej rezolucje, jedynie dla zwołania Sejmu gotowego w takim zdarzeniu: gdyby on uznał w przypadkach, koniecznego zwołania Sejmu wymagających rzetelną potrzebę, a król go zwołać wzbraniał się; tedy tenże marszałek do posłów i senatorów wydać powinien listy okólne, zwołując onych na sejm gotowy i powody zwołania tego wyrażając. Przypadki zaś do koniecznego zwołania sejmu są tylko następujące:

1-mo w gwałtownej potrzebie do prawa narodu ściągającej się, a szczególniej w przypadku wojny ościennej;
2-do w przypadku wewnętrznego zamieszania grożącego rewolucyą kraju lub kolizją między magistraturami;
3-tio w widocznym powszechnego głodu niebezpieczeństwie;
4-to w osierociałym stanie Ojczyzny przez śmierć króla lub w niebezpiecznej jego chorobie.

Wszystkie rezolucje w Straży roztrząsane będą przez skład wyżej wspomniony, decyzja królewska po wysłuchanych wszystkich zdaniach przeważać powinna, aby jedna była w wykonaniu prawa wola. Przeto każda ze Straży rezolucya pod imieniem królewskim i z podpisem ręki jego wychodzić będzie. Powinna jednak być podpisana także przez jednego z ministrów zasiadających w Straży, i tak podpisana do posłuszenstwa wiązać będzie, i dopełniona być ma przez komisje lub przez jakiekolwiek magistratury wykonawcze, w tych jednak szczególnie materiach, które wyraźnie niniejszem prawem wyłączone nie są.

W przypadku, gdyby żaden z ministrów zasiadających decyzyi podpisać nie chciał, król odstąpi od tej decyzyi, a gdyby przy niej upierał się, marszałek sejmowy, w tym przypadku, upraszać będzie o zwołanie sejmu gotowego, i jeżeli król opoźniać będzie zwołanie, marszałek to wykonać powiniem.

Jako nominowanie wszystkich ministrów, tak i wezwanie z nich jednego od każdego administracyi wydziału do rady swojej, czyli Straży króla jest prawem. Wezwanie to ministra do zasiadania w Straży na lat dwa będzie z wolnym onego nadal przez króla potwierdzeniem.

Ministrowie do Straży wezwani w komisjach zasiadać nie mają [29]. W przypadku zaś, gdyby większość dwóch trzecich części wotów sekretnych obydwóch Izb złączonych na Sejmie ministra bądź w Straży, bądź w urzędzie odmiany żądała, król natychmiast na jego miejsce innego nominować powinien.

Chcąc, aby Straż Praw narodowych obowiązana była do ścisłej odpowiedzi Narodowi za wszelkie onych przestępstwa, stanowimy, iż gdy ministrowie będą oskarżeni przez deputację, do egzaminowania ich czynności wyznaczona, o przestępstwo prawa, odpowiadać mają z osób i majątków swoich. W wszelkich takowych oskarżeniach Stany zgromadzone prostą większością wotów Izb złączonych odesłać obwinionych ministrów mają do sądów sejmowych po sprawiedliwe i wyrównające przestępstwu ich ukaranie, lub przy dowiedzionej niewinności od sprawy i kary uwolnienie.

Dla porządnego władzy wykonawczej dopełnienia, ustanawiamy oddzielne komisje, mające związek ze Straża i obowiązane do posłuszeństwa tejże Straży. Komisarze do nich wybierani będą przez sejm dla sprawowania urzędów swoich w przeciągu czasu prawem opisanego.

Komisje te są:

1-mo Edukacji;
2-do Policji;
3-tio Wojska;
4-to Skarbu.

Komisje porządkowe wojewódzkie, na tym sejmie ustanowione, równie do dozoru Straży należące, odbierać będą rozkazy przez wyżej wspomnione pośrednicze Komisye, respective [29] co do obiektów każdej z nich władzy i obowiązków.

VIII. WŁADZA SĄDOWNICZA
Władza sądownicza nie może być wykonywana ani przez władze prawodawczą, ani przez króla, lecz przez magistratury na ten koniec ustanowione i wybierane. Powinna zaś być tak do miejsc przywiązana, żeby każdy człowiek bliską dla siebie znalazł sprawiedliwość, żeby przestępny widział wszędzie groźną nad sobą rękę krajowego rządu.

1-mo Ustanawiamy przeto sądy pierwszej instancji dla każdego województwa, ziemi i powiatu, do których sędziowie wybierani będą na sejmikach. Sądy pierwszej instancji będą zawsze gotowe i czuwające na oddanie sprawiedliwości tym, którzy jej potrzebują. Od tych sądów iść będzie apelacja na trybunały główne, dla każdej prowincyi być mające, złożone również z osób na sejmikach wybranych. I te sądy tak pierwszej, jako i ostatniej instancji, będą sądami ziemiańskimi dla szlachty i wszystkich właścicielów ziemskich z kimkolwiek, in causis iuris de facti [30].

2-do Jurysdykcje zaś sądowe wszystkim miastom podług prawa Sejmu teraźniejszego o miastach wolnych królewskich [14], zabezpieczamy.

3-tio Sądy referendarskie dla każdej prowincyi osobne, mieć chcemy w sprawach włościan wolnych dawnymi prawami sądowi temu poddanych.

4-to Sądy zadworne, asesorskie, relacyjne i kurlandzkie [31] zachowujemy.

5-to Komisje wykonawcze będą miały sądy w sprawach, do swej administracji należących.

6-to Oprócz sądów w sprawach cywilnych i kryminalnych dla wszystkich stanów, będzie sąd najwyższy, sejmowy zwany, do którego przy otwarciu każdego sejmu wybrane będą osoby. Do tego sądu należeć będą występki przeciwko narodowi i królowi, czyli crimina status [32]. Nowy codex praw cywilnych i kryminalnych przez wyznaczone przez Sejm osoby spisać rozkazujemy.

IX. REGENCJA
Straż będzie oraz regencja, mając na czele królową albo w jej nieprzytomności prymasa. W tych trzech tylko przypadkach miejsce mieć może regencya:

1-mo w czasie maloletności króla;
2-do w czasie niemocy trwałe pomieszanie zmysłów sprawującej;
3-tio w przypadku, gdyby król był wzięty na wojnie.

Maloletność trwać tylko będzie do lat 18 zupełnych; a niemoc względem trwałego pomieszania zmysłów deklarowana być nie może, tylko przez Sejm gotowy większością wotów trzech części przeciwko czwartej Izb złączonych. W tych przeto trzech przypadkach prymas korony polskiej sejm natychmiast zwołać powinien, a gdyby prymas tę powinność zwłóczył, marszałek sejmowy listy okólne do posłów i senatorów wyda. Sejm gotowy urządzi kolej zasiadania ministrów w regencji i królowę do zastąpienia króla w obowiązkach jego umocuje.

A gdy król w pierwszym przypadku z małoletności wyjdzie, w drugim do zupełnego przyjdzie zdrowia, w trzecim z niewoli powróci, regencja rachunek z czynności swoich oddać mu powinna i odpowiadać narodowi za czas swego urzędowania tak, jak jest przepisano o Straży, na każdym ordynaryjnym Sejmie, z osób i majątków swoich.

X. EDUKACJA DZIECI KRÓLEWSKICH
Synowie królewscy, których do następstwa tronu konstytucja przeznacza, są pierwszymi dziećmi Ojczyzny, przeto baczność o dobre ich wychowanie do narodu należy, bez uwłóczenia jednak prawom rodzicielskim. Za rządu królewskiego sam Król z Strażą i wyznaczonym od Stanów dozorcą edukacyi królewiców wychowaniem ich zatrudniać się będzie. Za rządu regencyi tąż z wspomnionym dozorcą edykacye ich powierzona mieć sobie będzie. W obydwóch przypadkach dozorca od Stanów wyznaczony donosić winien na każdym ordynaryjnym Sejmie o edykacji i postępku królewiców. Komisji zaś edukacyjnej powinnościę będzie podać układ instrukcji i edukacji synów królewskich do potwierdzenia sejmowi, a to, aby jednostajne w wychowaniu ich prawidła wpajały ciągle i wcześnie w umysły przyszłych następców tronu religię, miłość cnoty, Ojczyzny, wolności i konstytucji krajowej.

XI. SIŁA ZBROJNA NARODOWA
Naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej. Wszyscy przeto obywatele są obrońcami całości i swobód narodowych. Wojsko nic innego nie jest, tylko wyciągniętą siłą obronną i porządną z ogólnej siły narodu. Naród winien wojsku swemu nadgrodę i poważanie za to, iż się poświęca jedynie dla jego obrony. Wojsko winno narodowi strzeżenie granic i spokojności powszechnej, słowem winno być jego najsilniejszą tarczą. Aby przeznaczenia tego dopełnilo nieomylnie, powinno zostawać ciągle pod posłuszenstwem władzy wykonawczej, stosownie do opisów prawa, powinno wykonać przysięgę na wierność narodowi i królowi i na obrone konstytucji narodowej.

Użyte być więc wojsko narodowe może na ogólna kraju obrone, na strzeżenie fortec i granic, lub na pomoc prawu, gdyby kto egzekucyi jego nie był posłusznym.

SYGNATARIUSZE:

Stanisław Nałęcz Małachowski, referendarz wielki koronny, sejmowy i konfederacji prowincji koronnych marszałek.
Kazimierz książę Sapieha, generał artylerii litewskiej, marszałek konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Józef Korwin Kossakowski, biskup inflancki i kurlandzki, następca koaudiutor biskupstwa wileńskiego, jako deputowany.
Antoni książę Jabłonowski, kasztelan krakowski, deputat z Senatu Małej Polski.
Symeon Kazimierz Szydłowski, kasztelan żarnowski, deputowany z Senatu prowincji małopolskiej.
Franciszek Antoni na Kwilczu Kwilecki, kasztelan kaliski, deputowany do konstytucji z Senatu z prowincji wielkopolskiej.
Kazimierz Konstanty Plater, kasztelan generała trockiego [33], deputowany do konstytucji z Senatu Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Walerian Stroynowski, podkomorzy buski, poseł wołyński, z Małopolski deputat do konstytucji.
Stanislaw Kostka Potocki, poseł lubelski, deputowany do konstytucji z prowincji małopolskiej.
Jan Nepomucen Zboiński, poseł ziemi dobrzyńskiej, deputowany do konstytucji z prowincji wielkopolskiej.
Tomasz Nowowiejski, łowczy i poseł ziemi wyszogrodzkiej, deputowany do konstytucji.
Józef Radzicki, podkomorzy i poseł ziemi zakroczymskiej, deputowany do konstytucji z prowincji wielkopolskiej.
Józef Zabiełło, poseł z Księstwa Żmudzkiego, deputowany do konstytucji.
Jacek Puttkamer, poseł województwa mińskiego, deputowany do konstytucji z prowincji Wielkiego Księstwa Litewskiego.

PRZYPISY:

[1] Stanisław August Poniatowski, król Polski, 1764-1795.
[2] Kazimierz III Wielki, król Polski, 1333-1370.
[3] Ludwik, król Węgier (1342-1382), rządził jako król Polski (Ludwik Węgierski) w sukcesji po swoim wuju, Kazimierzu III. Jego następczynią na tronie polskim była jego córka, królowa Jadwiga.
[4] Władysław, wielki książę litewski, król Polski (jako Władysław II, 1386-1434), mąż Jadwigi.
[5] Witold (lit. Vytautas), wielki książę litewski (1401-1430), brat Władysława Jagiełły.
[6] Władysław III, król Polski 1434-1444, król Węgier (1440-1444), syn Władysława II Jagiełły.
[7] Kazimierz IV, król Polski (1447-1492), brat Władysława III.
[8] Jan I Olbracht, król Polski (1492-1501), syn Kazimierza IV.
[9] Aleksander I, król Polski (1501-1506), syn Kazimierza IV, brat Jana I Olbrachta.
[10] Zygmunt I „Stary”, król Polski (1506-1548), syn Kazimierza IV, brat Aleksandra I.
[11] Zygmunt II, król Polski (1548-1572), syn Kazimierza IV, syn Zygmunta I.
[12] iurium regalium – prawa królewskiego (do dóbr naturalnych, głębi ziemi, zniesionego zresztą w 1573 r.)
[13] Miasta nasze królewskie wolne w państwach Rzeczypospolitej, ustawa z dnia 18-21 kwietnia 1791 r., jest integralną częścią Ustawy rządowej 3 maja 1791 r.
[14] votum – glos;
[15] paritatem – równość głosów;
[16] votum decisivum – równość glosów;
[17] liberum veto – (łac. wolne „nie pozwalam”) prawo zezwalające jednemu posłowi na zerwanie sejmu i unieważnienie wszystkich jego uchwał. Wyrosło z zasady jednomyślności wymaganej do uchwał sejmowych. Pierwszy zerwał sejm przez liberum veto poseł trocki, Władysław Siciński w 1652 r. W pierwszej połowie XVIII w. sejmy zrywano bardzo często. Po 1764 praktycznie wyszło z użycia.
[18] konfederacja – tymczasowy związek utworzony przez jeden lub kilka stanów bądź przez miasta dla osiągnięcia określonych celów politycznych, np. wymuszenia ustępstw na panującym. Miał istnieć do momentu osiągnięcia założonego celu. Konfederacja nie miała żadnej władzy legislacyjnej, chyba że była utworzona w ramach sejmu bądź jej cele przejęte przez sejm. Z zasady konfederacja miała okresloną struktrę formalną, na którą składały się: wybrany w głosowaniu komitet wykonawczy, skarbnik oraz komitet publikujący odezwy konfederacyjne.
[19] definitive – ostatecznie;
[20] Fryderyk August I z dynastii Wettinów (ur. 1750, zm. 1827) był Elektorem Saskim (1763-1806), a później królem (1806-1827). Mianowany namiestnikiem napoleońskiego Księstwa Warszawskiego (1807-1814).
[21] de lumbis – doslownie: „z lędźwi”, tzn. naturalnie spłodzonym;
[22] żadnej preskrypcji – żadnemu ograniczeniu;
[23] pacta conventa – umowa o charakterze publiczno-prawnym między szlachtą a nowo obranym królem. Zawierała indywidualne zobowiązania elekta dotyczące m.in. zatwierdzenia praw, polityki zagranicznej, spraw finansowych, spłaty długów. Pacta conventa układano na sejmie elekcyjnym i zgoda na nie była warunkiem elekcji. Pierwsze Pacta Conventa uzgodniono z Henrykiem Walezym (Henri Valois) w 1573 r.; sa one znane pod nazwa Artykułów henrykowskich (Confirmatio Iurium Henrici Regis). Artykuły henrykowskie poważnie ograniczały władzę króla. Zatwierdzały one m.in. wolną elekcję, zabraniały wypowiadać wojnę i zwoływać pospolite ruszenie bez zgody senatu oraz nakładać podatki bez zgody sejmu. Król zobowiązywał się zwoływac sejm co dwa lata. Pieczę nad realizacją postanowień artykułów henrykowskich powierzono wybranym przez sejm 16 senatorom rezydentom. Ostatni artykuł pozwalał poddanym wypowiadać posłuszeństwo królowi, gdyby naruszył on któreś z postanowień. Artykuly henrykowskie i pacta conventa od XVII w. zaliczane były to tzw. praw kardynalnych (tzn. gwarantujących przewagę szlachty, chroniących interesy magnatów czy Kościoła katolickiego).
[24] ius agratiandi – prawo łaski;
[25] in criminibus status – z zakresie zbrodni stanu (godzących w podstawy porządku politycznej Rzeczypospolitej;
[26] ex ordine – w porzadku hierarchii;
[27] ministra belli – ministra wojny;
[28] w komisjach zasiadać nie mają – tzn. nie mogą być członkami kolegialnych magistratur ministerialnych, zwanych komisjami;
[29] respective – odnośnie;
[30] in causis iuris et facti – w sprawach zgodnie z prawem i procedurą;
[31] Kurlandia – południowa część dawnych Inflant położona nad Baltykiem i Zatoką Ryską, sięgająca na wschód po Dźwinę (obecnie obszar Łotwy). Lenno Polski w latach 1651-1795. Przypadła Rosji podczas trzeciego rozbioru Polski w 1795 r.
[32] crimina status – zbrodnie stanu;
[33] kasztelan generała trockiego – starostwa generalnego trockiego;

Opublikowano dnia 2 maja 2018r.

Kategorie
Parafia

ks. Jan Osiński

W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem dnia 10.04.2010r. zginęło 96 osób. Wśród nich było klika osób pochodzących lub związanych z Lubelszczyzną. Wszyscy zainteresowani na pewno wiedzą, że w tym wypadku poniósł śmierć Ks. Jan Osiński pochodzący z Michowa. To bardzo blisko nas, dlatego jest to nasz obowiązek aby tym bardziej wesprzeć rodzinę zmarłego w tych trudnych chwilach. Wystarczy pamiętać o nich w modlitwie.

Ukończyłem to samo liceum w Michowie, kilka razy na pewno go widziałem. Szkoda, że dzisiaj poznaję Go w tak tragicznym momencie.

W poniedziałek 19.04.2010r. w Warszawie w Katedrze Polowej Wojska Polskiego odbędzie się msza św. Ksiądz Jan Osiński  zostanie pochowany w krypcie kaplicy lotników. Spocznie obok biskupa polowego księdza Tadeusza Płoskiego.

Ks. Jan Osiński, był na pokładzie samolotu, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku. Jeszcze w Poniedziałek Wielkanocny odprawiał mszę świętą w kościele parafialnym w Michowie.

Ks. ppłk Jan Osiński był kapłanem Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego.  Wraz z Biskupem Polowym Wojska Polskiego gen. dyw. prof. dr hab. Tadeusz Płoskim  wyleciał prezydenckim samolotem na uroczystości katyńskie.

Ks. Jan urodził się w Michowie, tu skończył szkołę średnią. Święcenia kapłańskie przyjął w maju 2001 roku. Najpierw przez trzy lata pełnił posługę w Dęblinie. Od kilku lat pełnił  obowiązki Wicekanclerza Kurii Polowej Wojska Polskiego i Sekretarza Biskupa Polowego WP. Był  Naczelnym Kapelanem Straży Ochrony Kolei i Kapelanem Komendy Głównej Straży Ochrony Kolei w Warszawie. Pełnił także funkcję wikariusza Parafii Katedry Polowej Wojska Polskiego i kapelana 1. Bazy Lotniczej w Warszawie. Był też korespondentem Ordynariatu Polowego WP dla Radia Watykańskiego.

Ks. Jan przez cały czas był blisko związany z Michowem. W miejscowym kościele odprawiał Msze Święte. Uczestniczył w organizowaniu uroczystości odsłonięcia pomnika ofiar II Wojny Światowej, które za kilkanaście dni mają się odbyć w Michowie.

Życiorys:

Ksiądz Jan OSIŃSKI urodził się 24 marca 1975 roku w Michowie jako jedno z trojga dzieci Henryka i Stanisławy z domu Rączka.
17 sierpnia 1975 roku został ochrzczony w parafii rzymskokatolickiej pw. Wniebowzięcia NMP w Michowie otrzymując imiona Jan Kazimierz. W 1984 roku przystąpił do I Komunii św., a w 1989 roku z rąk Biskupa Ryszarda Karpińskiego otrzymał Sakrament Bierzmowania.
W latach 1990-1994 roku był uczniem Liceum Ogólnokształcącego w Michowie, które ukończył składając egzamin maturalny.

W 1994 roku rozpoczyna studia wyższe w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie na Wydziale Elektroniki. Po pierwszym roku studiów, po głębokim przemyśleniu, rezygnuje z dalszych studiów na tej uczelni i – jak sam mówił kierowany głosem serca i formacją duchową jaką otrzymał w domu rodzinnym – prosi o przyjęcie do Wyższego Seminarium Duchownego Świętego Jana Chrzciciela w Warszawie z zamiarem wstąpienia do służby wojskowej jako kapelan w Ordynariacie Polowym Wojska Polskiego.

W maju 2000 roku otrzymuje święcenia diakonatu. Święcenia kapłańskie z rąk Biskupa Polowego Sławoja Leszka Głódzia przyjmuje 27 maja 2001 roku w Katedrze Polowej w Warszawie. Zostaje wtedy mianowany na stopień podporucznika.
Po święceniach zostaje skierowany dekretem nominacyjnym do pracy duszpasterskiej jako wikariusz Parafii Wojskowej w Dęblinie i kapelan 1 Ośrodka Szkolenia Lotniczego. W 2003 roku mianowany porucznikiem. Powierzone funkcje sprawuje do czerwca 2004 r.

15 czerwca 2004 roku Biskup Polowy Sławoj Leszek Głódź mianuje go wikariuszem Parafii Katedry Polowej w Warszawie, a także sekretarzem Biskupa Polowego. Otrzymuje stopień kapitana Wojska Polskiego. Od 15 listopada 2004 roku pełni urząd osobistego sekretarza Biskupa Polowego Tadeusza Płoskiego. Sprawuje także funkcję Korespondenta Ordynariatu Polowego WP dla Radia Watykańskiego, a od 21 listopada 2005 roku – kapelana Wojskowego Wymiaru Sprawiedliwości.

W pracy cechuje go wielka aktywność. Powierzone zadania wykonuje odpowiedzialnie i z zaangażowaniem. W 2005 roku jest awansowany do stopnia majora, a w 2006 – na stopień podpułkownika.
Od 2007 roku Biskup Polowy Tadeusz Płoski powierza mu sprawowanie też innych odpowiedzialnych urzędów: Wicekanclerza Kurii Polowej Wojska Polskiego i Kapelana 1. Bazy Lotniczej w Warszawie, a także Naczelnego Kapelana Straży Ochrony Kolei oraz Kapelana Komendy Głównej Straży Ochrony Kolei w Warszawie.

Wywiązując się z nałożonych obowiązków, pełen energii i inicjatywy kontynuuje naukę i zgłębianie wiedzy. W 2008 roku ukończył Wydział Prawa Kanonicznego w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i rozpoczął studia na Wydziale Prawa i Administracji tego Uniwersytetu z zakresu prawa.

Bierze czynny udział w zainaugurowanym 28 października 2009 roku Synodzie Ordynariatu Polowego w Polsce – powołany przez Biskupa Polowego Tadeusza Płoskiego w skład Komisji Głównej Synodu jako zastępca Sekretarza Generalnego Synodu. Jest także mianowany  zastępcą Sekretarza Generalnego Synodu w Sekretariacie Synodu Ordynariatu Polowego w Polsce.

Został odznaczony:
w 2005 roku – Brązowym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju
w 2008 roku – Brązowym Medalem Siły Zbrojne w Służbie Ojczyzny
w 2009 roku – Lotniczym Krzyżem Zasługi
w 2010 roku-– Srebrnym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju

info: michow.lubelskie.pl

Wpisany przez Administrator | 18 kwietnia 2010

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki…Rozdział 5. Ukaz o samorządzie gminnym cz.2.

kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy, kolejny odcinek – zapraszamy…

Strukturę gromady i gminy oparto na podobnych zasadach. Zarówno w jednej jak i w drugiej organem uchwalającym było ogólne zebranie uprawnionych członków – właścicieli spełniających cenzus: „W gminach i gromadach wioskowych administracja interesów gminnych i gromadzkich powierza się zebraniom gminnym i gromadzkim” (art. 6), a dalej „Osobom nie mającym z mocy przepisów wyraźnego prawa uczestniczenia w czynnościach zebrania nie tylko należeć do jego obrad, ale nawet być na nich obecnymi zabrania się”(art.8).[1]

De facto nie było, zatem wybieranego organu uchwalającego, władza wykonawcza zaś była jednoosobowa: sołtys w gromadzie, wójt w gminie, wybierani przez zebrania, ale pod silnym – w praktyce decydującym – wpływem administracji powiatowej. Ponadto organ wykonawczy w gminie czy gromadzie zajmował stanowisko nadrzędne, co było zgodne z zamysłem reformy (centralizacja administracji a tym samym łatwość jej kontrolowania). Zebrania, szczególnie gminne, były zbyt liczne, aby sprawnie funkcjonować. Poza tym ich kompetencje były ustawowo bardzo ograniczone. Nie sprzyjała też obradom praktyka obradowania pod gołym niebem. Dlatego też trudno mówić o faktycznym samorządzie w gminie wiejskiej Królestwa.

W skład zebrań gminnych wchodzili wszyscy pełnoletni gospodarze gminy bez względu na wyznanie, posiadający co najmniej 3 morgi gruntu. Dla mieszkańców osad cenzus ten obniżono do ½ morgi. Prawa uczestnictwa w zebraniach odmówiono pozostającym pod śledztwem, sądem, dozorem policji na mocy wyroku sądowego.[2] Ukaz z dnia 12 I 1867r. przyznał prawo obecności na zebraniach przedstawicielom organów rządowych mającym nadzorować wykonywanie praw o włościanach, co otwierało im możność wpływu na uchwały, często wykorzystywaną na przykład przy forsowaniu wprowadzenia języka rosyjskiego w urzędowaniu gminnym. O ile niektórym osobom mającym do czynienia z wymiarem sprawiedliwości uchylano zakaz uczestnictwa w zebraniach, to jednak dotyczył on niezmiennie uczestników powstania styczniowego i ruchów antyfeudalnych lat czterdziestych i pięćdziesiątych, miejscowej inteligencji (duchowieństwa, urzędników policji powiatowej), choćby byli posiadaczami odpowiedniej ilości gruntów. Kontrowersyjna była także sprawa udziału kobiet. Regulowano to zasadą dobrowolności, cenzusem majątkowym (1,5 – 3 morgi ziemi, zależnie od guberni). Zdaniem generał – gubernatora warszawskiego: „sama obecność kobiet na zebraniach gminnych była szkodliwa, ponieważ wtrącały się do rozpatrywanych spraw i popychały chłopów do nieporządków”. Stanowisko ministra opierało się na zasadzie, że „skoro w przepisach o zebraniach gminnych nie powiedziano o kobietach, wobec tego nie mają prawa udziału w zebraniach zgodnie z art. 14, a tym samym nie mają prawa głosu przy decydowaniu spraw rozpatrywanych na zebraniach.”[3] W guberni lubelskiej zdania na temat tej decyzji były podzielone, gdyż nie notowano przypadków zakłócania przez kobiety porządku na zebraniach, często reprezentowały za to na nich wolę mężów. Mimo to naczelnicy powiatów otrzymali zalecenie stosowania surowych rygorów wobec kobiet przychodzących na zebrania (kara pieniężna), na mocy postanowienia generał – gubernatora z 24 II / 8 III 1880r.

Zebrania zwoływał wójt i przewodniczył im. Obowiązany był to czynić 4 razy do roku. Postanowienie Komitetu Urządzającego z 19 IV 1864r. uściślało terminy zwoływania zebrań i wprowadzało jednolite zasady we wszystkich gminach: druga połowa marca, czerwca, września i grudnia, – czyli wówczas, gdy zawieszone były prace polowe, w dni świąteczne. Poza tym zwoływanie zebrań nadzwyczajnych dopuszczano jedynie „w przypadkach nagłych i niecierpiącym zwłoki”. Terminy zebrań wyborczych z kolei wyznaczał naczelnik powiatu w porozumieniu z komisarzem do spraw włościańskich.[4] Wójt był wyłączony od przewodniczenia tylko w sprawach rachunków i przy wyborach, kiedy przewodniczył jeden z sołtysów. Zebranie i jego uchwały były ważne „(…) kiedy zapadną pod przewodnictwem wójta gminy lub jego zastępcy sołtysa i wobec najmniej połowy gospodarzy , prawo głosowania na zebraniu mających” (art.17).[5] Przy głosowaniu posługiwano się zasadą bezwzględnej większości , a przy równej liczbie głosów decydujący był głos wójta „większość pozostanie przy tej połowie , do której wójt się przyłączy”(art. 18).[6] Większości kwalifikowanej 2/3 głosów wymagała jedynie uchwała rozporządzająca własnością gminy będącą w użytkowaniu wszystkich mieszkańców. Ukaz z 1864r. kompetencje zebrania gminnego określał jako: „(…) a) wybór wójta gminy , ławników , pisarza i innych urzędników gminnych (…) ; b) uchwały we wszelkich interesach gospodarczych i innych całej gminy dotyczących ; c) środki opiekuńcze oraz urządzenie szkółek gminnych ; d) ustanowienie i rozkład składek gminnych i ciężarów , odnoszących się do całej gminy ; e) sprawdzenie działań i rachunków osób z wyboru gminy urzędujących ; f) rozporządzenie nieruchomym majątkiem całej gminy , w użytkowaniu wspólnym wszystkich jej mieszkańców będącym , jako to : gruntami odłogiem leżącymi lub w pastwiska obróconymi itp. ; g) wybór pełnomocników do interesów gminy ; h)wyrzeczenie we wszystkich takich wypadkach , w których na zasadzie ogólnego prawa lub według szczególnych o włościanach postanowień , lub też wskutek pojedynczych rozporządzeń Rządu zajdzie potrzeba czy to zgodzenia się co całej gminy , czyli też jej wyrzeczenia”.(art. 16).[7] Na podstawie postanowienia Komitetu Urządzającego z 27 X 1866r. do powyższych dodał obowiązek rozkładu między mieszkańców gminy powinności roznoszenia ekspedycji urzędowych (listów, zawiadomień) oraz dawania podwód (zdarzało się, że rozkładał je sam wójt). W osadach powstałych z dawnych miasteczek, które stanowiły odrębne gminy, skład zebrania gminnego i jego kompetencje zmodyfikowano w latach 1869 – 1870. W skład zebrania wchodzili tam wszyscy mieszkańcy posiadający jakąkolwiek nieruchomość prawem własności lub wieczystej dzierżawy. Do kompetencji jego należał jedynie wybór wójta i innych urzędników oraz sprawdzanie ich czynności. Wszelkie inne kompetencje zebrania gminnego należały w tych osadach do odbywanego osobno zebrania gromadzkiego.[8] Obok zebrania ogólnego mogły być zwoływane oddzielne zgromadzenia tych właścicieli, którzy otrzymali na własność grunty w wyniku uwłaszczenia, dla podejmowania decyzji w sprawie używania gruntów będących w ich wspólnym użytkowaniu. Analogiczne osobne zgromadzenia mogły istnieć w tych osadach dla ludności żydowskiej dla zarządu wspólnym majątkiem należącym do tej ludności (domy modlitwy, cmentarze, łaźnie itd.).[9] Uchwały zebrania gminnego musiały być protokołowane jedynie wtedy, gdy odnosiły się do spraw ważniejszych, czyli rozporządzania majątkiem wspólnym gminy, uchwał mających obowiązywać na znaczny okres, uchwał, których zapisania zebranie zażądało. Istniał poza tym zapis w ukazie, który przewidywał, że: „Jeśliby (…) zebranie gminy nie sporządziło w swoim czasie rozkładu ciężarów skarbowych i gminnych między mieszkańców gminy , to w takim razie wójt gminy uprzedzi najprzód zebranie , że on sam rozkład ten sporządzi. A jeśli i to nie odniesie skutku, to wówczas wójt gminy razem z ławnikami i sołtysami i pod wspólna ich odpowiedzialnością rozkład wspomniany niezwłocznie sporządzą i wprowadzą w wykonanie; o czym wójt gminy naczelnikowi powiatu przy dołączeniu kopii rozkładu doniesie.” (art. 16)·

Zebrania gromadzkie grupowały wszystkich pełnoletnich chłopów – gospodarzy, kobiety („Włościanki w posiadaniu osad będące i prowadzące gospodarstwo na własną rękę mogą, jeśli zechcą, uczestniczyć w zebraniach gromady wioskowej na równi z innymi gospodarzami”- art.100).[10] Zwoływane były przez sołtysa „w razie potrzeby”. Zebranie wybierało sołtysa, sprawdzało jego rachunki oraz było organem uchwałodawczym gromady w sprawach gospodarczych: rozporządzanie gruntami wspólnie użytkowanymi („(…) rozdzielenie takich gruntów między miejscowych gospodarzy ,(…) zgodzenie się na segregację wspólnie z dziedzicem lub innymi wioskami posiadanych pastwisk lub też na ustąpienie lub zamianę różnych w jakich bądź dobrach na korzyść włościan zapewnionych służebności i użytków , jako to : wolnego pasania w lasach i na gruntach folwarcznych , zbierania gałęzi , suszu , ściółki, pobierania drzewa na budowle , grodzenie , opał itp.” (art. 104)[11] , budynkami gromadzkimi , szkołami , szpitalami oraz finansowych poprzez uchwalanie składek na potrzeby gromady) . Postanowienie Komitetu Urządzającego z 13/25 X 1866r. dodało do tych kompetencji obowiązek rozkładu między mieszkańców straży nocnej na wsi. Nieco inaczej określano kompetencje zebrania gromadzkiego, którego terytorium stanowiło równocześnie gminę. Wówczas do zadań zebrania gromadzkiego należały również wszelkie uchwałodawcze kompetencje zebrania gminnego z wyjątkiem wyboru organów gminy i sprawdzania ich czynności. Uprawnienia zebrań jednakże nie były przez chłopów w pełni wykorzystywane – szczególnie uchwałodawcze i kontrolne. Krytycznie była oceniana problematyka zebrań i postawa chłopów, podkreślano ich bierność i nieufność.

Rola zebrań gminnych była ograniczana zarówno przez politykę władz, jak i postawę samych chłopów. Z reguły, więc zebrania zajmowały się rozkładaniem ciężarów gminnych i wyborami urzędników. W latach 1864 – 1870 podejmowano wiele decyzji z pominięciem zebrań gminnych.[12] Niezgodność głoszonych haseł z praktyką pogłębiała nieufność chłopów do władzy i patronujących im instytucji. Zmniejszało się zainteresowanie chłopów instytucją gminy, co wpływało niekorzystnie na rozwiązywanie problemów nurtujących wieś.[13] Rzutowało to także na rzetelność pracy zarządów gmin. Malała frekwencja na zebraniach gminnych i częstotliwość ich zwoływania, do tego stopnia, że w 1873r. na gminę przypadało niespełna 5 zebrań rocznie, ale w przeciwieństwie do Galicji były one nadal zebraniami ogólnymi.[14] Stopniowo jednak kurczyły się i kompetencje takiego zebrania. Obok przynależności terytorialnej poszczególnych wsi bardzo istotną sprawą była lokalizacja siedziby urzędu gminnego.[15] Ukaz z 1864r. zakładał, że urząd powinien być zlokalizowany we wsi leżącej pośrodku gminy, co było podyktowane między innymi potrzebą dobrej komunikacji. Znalezienie odpowiednich pomieszczeń dla urzędu gminnego w miejscowościach o korzystnym położeniu było dużym problemem. W gminach utworzonych na obszarze dóbr rządowych i donacyjnych oraz w wielkich latyfundiach magnackich kancelaria wójta gminy z reguły znajdowała się w oddzielnych pomieszczeniach. Budynki te przekazane zostały dla urzędów gminnych i uwalniało to chłopów od ponoszenia kosztów związanych z budową kancelarii gminnej. Sytuacja lokalowa urzędów gminnych uległa poprawie w związku z likwidacją małych miast, które jako osady na prawach gromady włączone zostały do gmin wiejskich. W większości z nich zlokalizowano siedziby urzędów gminnych. Zgoła inaczej przedstawiała się sytuacja w dobrach prywatnych, gdzie dziedzic jako wójt załatwiał we własnym domu sprawy administracyjne i przechowywał dokumenty urzędowe. Władze sprawę zapewnienia pomieszczeń dla powstających w tych dobrach urzędów gminnych uznały za pilną. Do czasu wybudowania przez mieszkańców gminy własnego obiektu na kancelarię umieszczano ją na okres przejściowy w budynkach zastępczych, przede wszystkim wygospodarowywano pomieszczenia w obiektach dworskich położonych na terenie wsi. Instrukcja z 19/31 III 1864r. zezwalała na okres przejściowy na umieszczenie kancelarii w mieszkaniu nowego wójta bez względu na jego zamieszkanie.[16] Budynki chłopskie z reguły nie nadawały się do tego celu, były ciasne i łatwopalne, a wieś przeludniona sama cierpiała na niedostatek pomieszczeń mieszkalnych. Z braku odpowiednich pomieszczeń na kancelarię w miejscowościach wyznaczonych na siedzibę gminy czasowo przenoszono ją do innej miejscowości, nierzadko położonej na końcu gminy. Utrudniało to kontakt chłopów z urzędem gminnym i zmuszało jej mieszkańców do budowy kancelarii w pierwszej kolejności. Niekiedy władze przychodziły chłopom z pomocą dając drewno z lasów rządowych za połowę ceny pod warunkiem realizacji inwestycji w ciągu roku. Budowa kancelarii była kosztowna, często przekraczała możliwości wsi, dlatego przez wiele lat mimo nalegań władz powiatowych chłopi nie podejmowali jej budowy. Jak wynika ze sprawozdań komisarzy włościańskich i naczelników powiatów składanych gubernatorowi lubelskiemu w 1870r. połowa gmin nie posiadała odpowiednich pomieszczeń na kancelarię i areszt gminny , co ich zdaniem utrudniało pracę zarządowi gminnemu i wpływało ujemnie na bieg spraw urzędowych.

Ukaz o urządzeniu gmin wiejskich przewidywał jako konieczne organy w gminie wójta i ławników (pisarza początkowo tylko fakultatywnie).[17] Wybory ławników były niepopularne i w 1879r. zamieniono ich na pełnomocników gminnych wybieranych na roczną kadencję (ławnicy sprawowali swą funkcję przez trzy lata). W gromadzie sołtys był przedstawicielem gminy, jak i jedynym organem administracyjnym gromady. Coraz bardziej wzrastała pozycja pisarza gminnego. Ukaz ponadto określał warunki konieczne dla uzyskania tych stanowisk wymagając, aby wójtowie, ławnicy i sołtysi mieli prawo do udziału w zebraniach, które ich wybierały.[18] Kandydaci na wójtów powinni posiadać przynajmniej 6 morgów ziemi, zaś na ławników – 3. Nie wymagano od nich umiejętności czytania i pisania. W momencie wprowadzania organizacji gminnej odsetek wójtów – analfabetów wynosił 54%, dziewięć lat później już tylko 34%. Gubernia suwalska miała wówczas jedynie 3% wójtów – i niewiele ponad 25% ławników analfabetów, podczas gdy radomska 62% wójtów i 75% ławników. W powiecie radomskim w 1867r. piśmienni stanowili w samorządzie zaledwie 5%, a dwadzieścia lat później umiało pisać 30% wójtów.[19] Istniały także czynniki wykluczające kandydatów: wyznanie niechrześcijańskie, brak okresu 3 – letniego domicylu, skazanie na kary pociągające za sobą utratę prawa do uczestnictwa w zgromadzeniu. W późniejszym okresie (po 15 latach) złagodzono te niewykonalne warunki: cenzus majątkowy obniżono z 6 do 3, a w gromadach będących osadami z 3 do 1,5 morgi.[20] Naczelnik powiatu miał prawo dwukrotnie unieważnić wybory wójta. W gruncie rzeczy była to, zatem nominacja rządowa tylko w zawoalowanej formie.

Pierwsze wybory wójtów odbyły się 31 III 1864r. pod kierownictwem naczelników powiatów, którzy byli zobowiązani do osobistego dopilnowania, aby na te urzędy wybierano „samych chłopów godnych zaufania i roztropnych, którzy winni być czynnymi obrońcami porządku społecznego i tarczą przeciw rewolucyjnym dążeniom szlachty”.[21] Jak się okazało narzucanie kandydatów przez naczelników powiatów było później stałą praktyką. W latach 1868 – 1873 władze usunęły przed upływem kadencji 536 wójtów.[22] Duży ich odsetek stanowili zwolnieni za wykroczenia finansowe i niezgodne z przepisami wyroki sądów gminnych. Chłopi z kolei zarzucali wójtom łapownictwo i nadużywanie władzy. Wójt miał tej władzy w Królestwie więcej niż w Galicji, a w daleko mniejszym stopniu był reprezentantem wsi. Poza tym naczelnik mógł bardzo łatwo obalić wójta, gdy ten był nieprawomyślny na przykład, gdy ten opowiedział się po stronie wsi w konflikcie z dworem, co miało kwalifikację przestępstwa politycznego. Zapis ten był używany głównie do usuwania z funkcji wójtów autentycznych przywódców chłopskich, na przykład byłych powstańców z 1863r., cieszących się ich zaufaniem i poparciem, wybieranych przez nich nierzadko na urzędy gromadzkie.[23] W czasie urzędowania organy samorządu pozostawały pod bezpośrednim zwierzchnictwem naczelnika powiatu. Był on, więc nie tylko organem nadzorczym, ale przełożonym służbowym tych organów. Wójt zależny od władz rządowych w zupełności, był formalnie w gminie organem decydującym. O ile początkowo wieś wykazywała duże zainteresowanie wyborami wójtów, to słabło ono wyraźnie wraz ze zwiększaniem się ingerencji czynników administracyjnych w tej kwestii.[24] Wójt obowiązany był: „(…) a) ogłaszać (…) prawa i wszelkie rozporządzenia Rządu oraz strzec szerzenia się w gminie podrobionych ukazów i szkodliwych dla publicznej spokojności pogłosek ; b) czuwać troskliwie nad utrzymaniem porządku w miejscach publicznych i nad bezpieczeństwem osób i własności (…) ; c) zapobiegać żebractwu , przytrzymywać włóczęgów , zbiegów i dezerterów wojskowych i dostawiać ich policyjnej zwierzchności ; d) donosić natychmiast zwierzchności o samowolnie wydalających się z gminy i o wszelkich popełnionych w gminie przestępstwach i nieporządkach ; e) przedsiębrać wszelkie nakazane policyjne zaradcze środki , chroniące od pożarów , od pomoru bydła i od tym podobnych klęsk ; f) zaradzać sobie we wszelkich nadzwyczajnych we wszelkich nadzwyczajnych zdarzeniach , jako to : w razie pożarów , wylewów wód , chorób epidemicznych pomoru bydła lub innych ogólnych klęsk i natychmiast donosić policyjnej zwierzchności o wszelkich nadzwyczajnych w gminie wydarzeniach ; g) przedsiębrać wszelkie nakazane policyjne zaradcze środki zapobiegające wszelkiego rodzaju przestępstwom i wykroczeniom , a w razie ich popełnienia zabezpieczyć ślady przestępstwa , dochodzić i zatrzymać winowajców oraz dostawić ich zwierzchności do dalszego z nimi postąpienia ; h) wykonywać w przepisanych prawem wypadkach wyroki sądu gminnego i innych władz sądowych oraz egzekwować wszelkiego rodzaju należytości ; i) czuwać nad całością zajętych w gminie z mocy wyroków sądowych nieruchomości i ruchomości i dostawiać te ostatnie na miejsca publicznej ich sprzedaży oraz mieć dozór nad bezpiecznym przechowywaniem znalezionych w gminie lub odebranych od osób podejrzanych efektów , broni itp., pod względem spraw gminnych i administracyjnych ; j) zwoływać i zamykać zebranie gminy oraz utrzymywać w nim należyty porządek ; k) wnosić na jego obrady wszelkie interesy potrzeb i dobra gminy dotyczące ; l) wykonywać zapadłe na mocy prawa w zebraniu gminy uchwały , które porządkiem niniejszym ukazem wskazanym nastały ; m) czuwać nad dobrym utrzymaniem w gminie dróg, mostów, grobli, przewozów itp. ; n) rozciągać nadzór nad sołtysami jako też nad wszelkimi innymi urzędnikami gminnymi , ażeby ściśle wypełniali włożone na nich obowiązki ; o) czuwać nad należytym wypełnieniem wszelkiego rodzaju rządowych i gminnych powinności , tak pieniężnych , jako też wymaganych w naturze , a zarazem wojskowego zaciągu ; p) naznaczać kwatery dla wojsk w gminie rozlokowanych i dostarczać podwody tak na wojenne , jak i inne rządowe potrzeby ; q) zarządzać funduszami gminy pod odpowiedzialnością za ich całość i zgodne z prawem użycie; r) czuwać nad całością i nietykalnością nieruchomości , ogólną własność gminy lub jej instytucji stanowiących , mieć dozór nad gruntami opuszczonymi w gminie ; s) wydawać mieszkańcom gminy w przypadkach prawem pozwolonych i w przepisanym porządku paszporty i świadectwa przesiedlenia ; t) mieć dozór nad ugodzonymi czasowo w obrębie gminy najemnikami , robotnikami i służącymi oraz nad ścisłym wypełnieniem przez nich zobowiązań względem najmujących ; u) mieć dozór nad karczmami , austeriami i wszelkimi tego rodzaju zakładami oraz przestrzegać rzetelność miar i wag w publicznych miejscach sprzedaży ; v) mieć dozór nad szkołami , szpitalami , ochronami i wszelkimi innymi dobroczynnymi zakładami gminy , jeśli do niej należą lub jej kosztem powstały.”(art.24).[25]

Ukaz jako główne zadanie wójta uznał obowiązek policji ( „Wójt gminy odpowiada za utrzymanie porządku i spokojności w gminie” (art. 22).[26] Zmieniło się to po 31 XII 1866r., gdy ukaz powołał do życia straż ziemską, która miała pilnować porządku i bezpieczeństwa publicznego zwalniając od tego wójta. Zapisano przy tym, że straż ziemska nie pozostawała w „żadnej zależności” od wójtów, a jednocześnie ma się „nie wdawać w rozporządzenia władz gminnych i wioskowych”.[27] Natomiast zaznaczyć należy, że miała prawo donoszenia naczelnikowi powiatu o „gnuśności i bezczynności władzy” wójta lub sołtysa przy braku takiego wzajemnego prawa dla wójta, czyniło ze straży ziemskiej czynnik kontrolujący wójtów i sołtysów. Jako organ pomocniczy dla poszczególnych działów administracji działał wójt w zakresie administracji skarbowej przez pomoc w ściąganiu danin państwowych, przy kontroli przestrzegania przepisów o akcyzie do trunków i tytoniu; a także administracji wojskowej poprzez przeprowadzanie poboru do armii, kwaterunkach i podwodach na jej potrzeby. W zakresie wymiaru sprawiedliwości wójt mógł sam karać za wykroczenia grzywną 1 rubli srebrnych z zamianą na robotę publiczną do 2 dni lub aresztem do 2 dni.[28] Ponadto przeprowadzał wykonanie wyroków sądów gminnych, a od 1875r. sędziego pokoju w sprawach cywilnych. Był wójt również organem pomocniczym sądów powszechnych doręczając wezwania sądowe w sprawach karnych i cywilnych. Zakres działania rozległy, swoboda działania równie wielka, a równocześnie wójt to osoba często nie umiejąca czytać, formalnie podległa naczelnikowi powiatu, faktycznie zaś zależna od strażnika ziemskiego. Taki był jedyny „samorządny” organ administracji w Królestwie Polskim.

Sołtys łączył funkcje organu samorządu gromadzkiego mającego wykonywać uchwały zebrania gromady i funkcje pomocnika wójta: „(…) nie czekając jego rozkazów przychodzi mu w pomoc we wszelkich czynnościach policyjnych i innych na wójta gminy włożonych” (art. 30).[29] Ta druga sfera jego działalności – podległość wójtowi , którego „legalne rozkazy” miał wykonywać bezwarunkowo , czyniła go zależnym od aparatu przełożonych nad nim władz w stopniu jeszcze wyższym niż wójta , jednakże stopniowo uniezależniał się on od wójta . „Władza sołtysa, (…), rozciąga się na wszystkich mieszkańców gminy , w szczególności zaś na mieszkańców na mieszkańców tej wioski lub kolonii , która go obrała. Nieposłuszeństwo i opór sołtysowi pociąga tę samą karę za sobą, jakiej ulegają nieposłuszni i opierający się wójtowi gminy”.(art.32) [30]

Stanowisko pisarza gminnego początkowo przewidywane było jedynie fakultatywnie przez ukaz, ale praktyka wykazała, że zebrania gminne opowiedziały się w większości za ustanowieniem tego urzędnika.[31] Pojawił się ponadto nacisk ze strony władz naczelnych, które widziały w nim najsprawniejsze narzędzie swego działania na terenie gminy. Pisarza gminnego powoływać miało bądź zebranie gminne, bądź miał on być zatrudniany drogą najmu tj. umowy o pracę przez wójta, ławników i sołtysów. Przepis ten był jednak fikcją, ponieważ w okresie zarządu wojenno – policyjnego mianowali pisarzy naczelnicy wojenni powiatów, oni też ich zwalniali wedle własnego uznania. Powstała, zatem zależność, w ukazie nieprzewidziana, od powiatowej władzy rządowej. Równocześnie pod osłoną tej władzy rodziła się faktyczna niezależność pisarza od organu, który był wedle ukazu jego przełożonym, od wójta. Wynikało to z traktowania pisarza gminnego jako osoby cieszącej się zaufaniem naczelnika powiatu. Kontrola wójta – analfabety nad kancelarią była fikcją. „Pisarze wywierają znaczny wpływ na osoby administrację gminy składające, przy czym te ostatnie (…) patrzą na takich pisarzy jako na specjalnych urzędników od nich nie zależnych”– stwierdzał urzędowy dokument po dziesięciu latach praktyki.[32] Pod zwierzchnictwem naczelnika powiatu faktycznymi rządcami gminy byli pisarz i strażnik ziemski. Ze stanu chłopskiego w chwili organizowania gmin „ukazowych” wywodziło się 16% pisarzy.[33]

Ważnym ogniwem samorządu był sąd gminny stworzony na wzór ’волостных судов’ w Cesarstwie.[34] Do czasu reformy sądowej z 1876r. sąd gminny składał się z wójta i 2 lub 3 ławników„(…) wybiera [ich] zebranie gminy w liczbie 2 lub 3 na każdą gminę , stosownie do jej obszerności. Ilu (…) każda gmina ma obrać naczelnik powiatu stanowi”(art.39) mianowanych na trzy lata , spełniających cenzus majątkowy posiadania 6 mórg ziemi , mających 25 lat i nie karanych. Ławnicy byli zatwierdzani i odwoływani przez naczelnika powiatu. W roku 1871 na 1339 gmin w 559 było po 3 ławników, a w pozostałych po 2. Strukturę społeczną ławników ilustruje tabela[35] :

Warstwa społeczna

 

 

Liczba

 

 

Procent całości

 

 

Chłopi

2837 87,3%
Szlachta 187 5,6%
Mieszczanie 223 7,1%
Ogółem 3247 100%

Chłopów wśród ławników było ponad 80%, a nawet 90% w guberniach lubelskiej i suwalskiej (wyj. Gubernia łomżyńska i płocka – 72%). Od kandydata na ławnika nie wymagano żadnych kwalifikacji, dlatego wśród tych urzędników przeważali analfabeci, co miało niekorzystne skutki dla czynności sądu, w którym zasiadali. Sądowi gminnemu podlegali wszyscy mieszkańcy gminy (stali i czasowo zamieszkujący) z wyjątkiem wojskowych. Każdy mieszkaniec gminy odpowiadał przed prawem zgodnie z miejscem zamieszkania z tym, że: „(…) a) jeśli kto popełni jakie wykroczenie nie w gminie , w której ma zamieszkanie , a w innej gminie , to odpowiada przed sądem tej ostatniej gminy ; b) od woli poszukującego zależy dochodzić szkód i żądanego wynagrodzenia albo przed sądem tej gminy , w której szkoda zrządzona została , albo tej , do której poszukiwany należy , ilekroć tenże zrządził szkodę mieszkańcowi gminy lub komu obcemu w jego polach , łąkach , pastwiskach , w lesie , pasiece i tym podobnie , równie i wtenczas , jeśli najemnicy , robotnicy lub rzemieślnicy nie należący do gminy , a tylko w niej najęci do robót gospodarczych , do posługi , do fabryk i do rzemiosła , zadłużyli się lub zrządzili jaką szkodę gospodarzowi , lub też innemu mieszkańcowi gminy , lub na koniec wtenczas , jeżeli przejeżdżający zadłużyli się i zrządzili szkodę w zajezdnym domu , w karczmie , w traktierni itp. lub też rzemieślnikowi i w ogólności komukolwiek z mieszkańców gminy”(art. 43).[36]

Sąd gminny zbierał się zazwyczaj raz w tygodniu pod przewodnictwem wójta o stałej godzinie , co podawane było do publicznej wiadomości. Według ustaleń z 1864r. do jego kompetencji należało sądzenie drobnych spraw karnych i występujących na wsi, które obejmowały przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu, moralności, naruszenia cudzej własności, zagrożenia bezpieczeństwa mieszkańców gminy i inne wykroczenia przeciwko osobom prywatnym.[37] Za drobne przewinienia sąd mógł udzielić obwinionemu nagany lub upomnienia, nałożyć grzywnę w wysokości do 3 rubli srebrnych z zamianą na dwa dni robót publicznych lub zastosować karę aresztu do 7 dni z możliwością zamiany jej na pracę w domu zarobkowym lub przy robotach publicznych. Ze spraw cywilnych sądy gminne miały prawo rozpatrywać sprawy i skargi o naruszenie własności ruchomej, dotyczące zobowiązań osobistych, wynagradzania szkód oraz skargi osobiste, jeżeli wartość przedmiotowa skargi nie przekraczała 30 rubli srebrnych. W sprawach cywilnych ustawa wyznaczała sądowi rolę arbitra nakłaniającego strony do ugody. Pojednanie się stron zwalniało obwinionego od kary. Wyroki ogłaszane były przez wójta lub jego zastępcę w obecności wszystkich członków sądu i podlegały natychmiastowemu wykonaniu pod nadzorem wójta i sołtysa. Sądy gminne miały złą opinię w oczach komisji włościańskich.[38] Komitet Urządzający podjął sprawę rozszerzenia ich kompetencji. Mimo, iż większość spraw przekraczała 30 rubli, chłopi zwracali się o ich rozpatrzenie do sądu gminnego, gdyż sprawa była załatwiana taniej i szybciej niż w sądzie powszechnym. Przypadków pozytywnej oceny pracy sądów gminnych przez obszarników było niewiele. W 1865r. sądom gminnym przekazano sprawy spadkowe, przy czym Komisja Włościańska miała prawo kasacji wyroków sądu gminnego w tej dziedzinie. Poza tym przy sprawach spadkowych skład sądu gminnego poszerzany był o zastępców. Statystykę rozpatrywanych przez sądy gminne w 1869r. spraw przedstawia tabela [39]:

Rodzaj spraw Ilość spraw danego rodzaju Procent całości
Karno – policyjne 71 158 68%
Cywilne 28498 28%
Spadkowe 4188 4%

Wyroki zaskarżone stanowiły 5% ogółu, czyli 4916. Nieznajomość prawa przez wójta i ławników wpływała na podejmowanie przez sąd gminny niewłaściwych decyzji i przekraczanie przewidzianych kompetencji. Duży wpływ na ferowane wyroki sądu miał pisarz, mimo, iż nie dysponował prawem głosu na tymże. Chłopi, zatem zabiegali o jego poparcie.[40] Źle funkcjonujące, niekompetentne i stronnicze sądy podporządkowane były czynnikowi administracyjnemu w osobie wójta jako przewodniczącego sądu i jego władzom zwierzchnim. W reformie sądów gminnych chodziło głównie o wprowadzenie fachowości do sądu gminnego i oddzielenie funkcji wójta od stanowiska przewodniczącego sądu gminnego.

Ukazem z 3 III 1875r. ujednolicono organizację sądownictwa i postępowania sądowego na terenie całego Cesarstwa Rosyjskiego. W miejsce sądów gminnych utworzono okręgi sądowe wiejskie obejmujące swym zasięgiem 2 – 4 gminy. Po reformie sądowej nastąpiła zmiana istoty i zadań urzędu wójta gminy.[41]

W kilku ogólnikach określono w ukazie podstawy materialne służące do utrzymania gminy.[42] Zatem głównym źródłem dochodu miała być składka uchwalana i rozkładana przez zebrania ogólne. Płatnikami jej byli właściciele nieruchomości, przy czym ustawa nie precyzowała podstaw naliczania składki i dysponowania dochodami (ustalanie płac urzędników, rozdział funduszy na wszelkie potrzeby) pozostawiając to w gestii samorządu. Gmina poza tym miała obowiązek dostarczania szarwarków dla budowy i naprawy dróg, mostów, regulacji rzek, wypełniania różnych powinności transportowych, kwaterunkowych, roznoszenia przesyłek rządowych itp. Gromady wioskowe utrzymywać miały ponadto straż nocną.

  1. Samorząd gminny w opinii współczesnych

Ocena reformy gminnej przez jej współczesnych była zróżnicowana.

Prorządowa historiografia rosyjska nie miała żadnych zastrzeżeń do postanowień ukazu wykazując tylko pozytywne ich skutki.[43]

Z kolei środowiska bardziej liberalne w Rosji dostrzegały pewne niedociągnięcia podkreślając znaczną demokratyzację ustroju gminnego.

Historiografia polska XIX i XX wieku zmierzała w kierunku coraz to ostrzejszej krytyki postanowień ukazu. Samorząd gminny uznawano za fikcyjny. Tak na przykład Smoleński sformułował opinię, że z jednej strony gmina wiejska została zreformowana i zdemokratyzowana, lecz poza tym jednocześnie dostrzegał w niej najniższe ogniwo administracji państwa, dzięki któremu carat miał większe możliwości oddziaływania i możliwości pacyfikacji aktywniejszych warstw narodu polskiego. Gmina wiejska pozbawiona była w swym rozwoju elementu „inteligentnego”, czyli duchowieństwa, sędziów pokoju i osób innych wolnych zawodów i właścicieli ziemskich niedopuszczonych do udziału w zebraniach gminnych.[44] Bulwersującą kwestią było także powierzenie zarządu nad gminą niepiśmiennym wójtom, którzy z czasem zostawali zdominowani przez pisarzy przypisujących sobie nierzadko prawa naczelników powiatów. Poza tym pisarz gminny był uważany za czynnik hamujący rozwój samorządu gminnego – jego autorytet zastraszał chłopów mających nawet poczucie słuszności.[45]

Najostrzejszą krytykę postanowień 1864 roku prezentowały pisma środowisk emigracyjnych.[46] Ukazy charakteryzowano w nich jako oszustwo, obdzieranie jednych bez korzyści dla drugich, obietnice bez możliwości wykonania.[47] Podkreślano, że realizacja przewyższała niesprawiedliwością same ukazy przynoszące ruinę większości właścicieli, zaś indemnizacja stanowiła jedynie ¼ realnej powinności. „Wytrwałość” przypominała, że Rząd Narodowy dał ziemie za darmo, zaś carat kazał za nie płacić i ściągał zaległe czynsze. Polemizowano z opinią rozpowszechnianą przez władze rosyjskie jakoby chłopi popierali carat, podkreślając, że miały miejsce fakty oporu polskiego.

W publicystyce obozu powstańczego występowały różnice zdań, jednak propaganda rosyjska ich nie podejmowała, gdyż jak się wydaje narzucenie chłopom podatku gruntowego stanowiło zbyt silny argument, aby prasa gadzinowa mogła angażować się w polemiki.

Historiografia polska okresu międzywojennego zdemaskowała polityczny charakter ustawy gminnej i fikcję samorządu w tym kształcie. To właśnie potrzeby administracji carskiej wymagały tworzenia dużych gmin, zaś wszelkie inne propagowane przesłanki były fałszywe i obłudne.[48]

Ukazy carskie 2 III 1864 roku o uwłaszczeniu i o samorządzie gminnym były negatywnie oceniane przez samych chłopów. Po pierwsze liczyli oni na więcej – i to zarówno ziemi jak też praw w dziedzinie samorządu.[49] Ziemie, które otrzymali to te, które użytkowali dotąd wraz z budynkami i pomieszczonym w nich inwentarzem. Na mocy ukazu mieli też prawo własności ziemi wcielonej przez dwory po 1846 roku bez możliwości rewindykacji obszarów zgarniętych przed tą datą. Niezadowolenie uwłaszczonych budziło poza tym umyślne pozostawienie do regulacji przez rząd carski kwestii serwitutów. Wspólne z dworem korzystanie z lasów, łąk i pastwisk powodowało sytuacje konfliktowe. Skrótowo i ogólnikowo zapisane w tabelach likwidacyjnych prawa serwitutowe umożliwiały dowolną ich interpretację przez strony zainteresowane, co prowadziło często do zatargów i oporu chłopów przed przyjmowaniem tabel likwidacyjnych.[50] Wówczas władze wykorzystywały tę sytuację do karania zbuntowanej części ludności wiejskiej aresztując zazwyczaj wójta, sołtysa albo też ławników sądu gminnego, gromada płacić musiała zaś karę pieniężną, niekiedy dochodziło do interwencji wojskowej.[51] Niechęć i wrogość wobec reformy potęgowała się szczególnie wśród zubożałej ludności wiejskiej zamieszkałej w osadach karczemnych, młynarskich i przy kuźniach, które zostały wyłączone z uwłaszczenia. Ludność tych osad zaliczona została do służby wolnonajemnej bez prawa posiadania ziemi. W guberni siedleckiej, gdzie było więcej niż w pozostałych, gospodarstw ponad 15 morgów walka z ukazami miała nie tyle charakter ekonomiczny, ile ideologiczny, gdyż tamtejsi chłopi byli aktywni w partyzantce 1863 – 1865 roku.[52] Ruch chłopski siłą rzeczy musiał wejść w konflikt z komisjami włościańskimi, tym bardziej, że jednym z zadań tych ostatnich było przeciwstawianie się wychodzącym poza ukazy żądaniom chłopów i szerzącym się defraudacjom.[53] Kolejnym źródłem konfliktów, szczególnie w latach 1869 – 1871, były sprawy pomiarowe. Wieś obawiała się, że ścisłe określenie granic wiązać się może z ograniczeniem jej praw.[54] Same władze carskie dalekie były od zadowolenia z postawy politycznej wsi. Jako najbardziej „niepewny” powiat w Królestwie Trepow wymieniał łukowski. W dniu 14 VI 1865 roku mieszczanie osieccy śpiewali pieśni patriotyczne, zaś we wsi Świercze zatrzymali się u drobnego szlachcica ludzie podający się za powstańców z byłego oddziału księdza Brzóski.[55] Jeszcze jesienią 1865 roku w Łukowskiem przeprowadzono obławy. W ciągu tegoż roku za przestępstwa podlegające sądom wojennym przetrzymywano w Królestwie 3800 osób w tym 1363 chłopów. Osławione adresy wiernopoddańcze, które Trepow traktował jedynie jako dowód siły caratu dały spośród 100 tys. podpisów w 1864 roku tylko ponad 30 tys. chłopskich. Podziękowań za ukazy uzyskano mniej, bo 178 (wobec 257 adresów wiernopoddańczych chłopskich) z liczbą 18340 podpisów, która według Trepowa winna być podwyższona w wypadkach, gdy podpisywał za wieś sołtys.

Chociaż w pierwszych wyborach wójtów chłopi brali tłumnie udział, to jednak z czasem ich zainteresowanie wobec samorządu w takiej formie słabło.[56] Zniechęceni zostali praktyką narzucania wójtów i sołtysów przez naczelników powiatów bez liczenia się z głosem wyborców. Poza tym zniechęcające dla mieszkańców wsi były rosnące ciężary i powinności wobec gminy. Nie zdobyli zaufania chłopów wójtowie, ani sołtysi wykonawcy decyzji władz powiatowych, utrudniający samorząd. Reforma sądów gminnych wcale nie przyczyniła się do poprawy stosunku wsi do administracji gminnej. Podstawowym wobec nich zarzutem była niesprawiedliwość stąd zjawisko odmawiania świadczeń na ich utrzymanie. Nieufność i niechęć chłopów wobec instytucji gminnych de facto nadzorowanych i kierowanych przez komisarzy włościańskich i naczelników powiatów pogłębiała się w miarę, jak poznawali przepisy prawne i doświadczali zmiennej polityki rządu. Z czasem prawo samorządności w gminach miały uzyskać gromady przez wybieranych pełnomocników gminnych, którzy mieli pełnić rolę organu kontrolno – doradczego wójtów i sołtysów.[57] Straż ziemska nie miała prawa wtrącać się do spraw gminnych i działalności jej władz.

Nowa fala zainteresowania chłopów zebraniami gminnymi została rozbudzona na wsi przez działalność Stronnictwa Narodowo – Demokratycznego. Projekt naprawczy samorządu gminnego odbiegał nieco od postulatów chłopskich z lat 1905 – 1907 , lecz wskazuje na fakt , że między innymi pod wpływem ruchu gminnego rząd dokonał rewizji ustawy z 1864 roku.[58]

[1] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 423.
[2] Kukulski, op. cit., s. 168.
[3] Ibidem, s. 170.
[4] Ibidem, s. 172.
[5] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 425.
[6] Ibidem, s.425.
[7] Ibidem, s. 424 – 425.
[8] K. Grzybowski, op. cit., s. 81 – 83.
[9] Ibidem, s. 83.
[10] Ibidem, s. 431.
[11] Ibidem, s. 432.
[12] K. Grzybowski, op. cit., s. 82.
[13] H. Brodowska, op. cit., s. 307.
[14] K. Grzybowski, op. cit., s. 82.
[15] J. Kukulski, op. cit., s. 178.
[16] Ibidem, s. 181.
[17] K. Grzybowski, op. cit., s. 83.
[18] Ibidem, s. 84.
[19] K. Groniowski, Uwłaszczenie chłopów w Polsce. Geneza, realizacja, skutki, Warszawa 1976, s. 162 – 163.
[20] K. Grzybowski, op. cit., s. 84.
[21] J. Kukulski, op. cit., s. 183.
[22] K. Groniowski, op. cit., s. 164.
[23] Ibidem, s. 164.
[24] H. Brodowska, op. cit., s. 157.
[25] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 425 – 426.
[26] Ibidem, s. 425.
[27] K. Grzybowski, op. cit., s.86 – 87.
[28] Ibidem, s. 88.
[29] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 427.
[30] Ibidem, s. 428.
[31] K. Grzybowski, op. cit., s. 89 – 90.
[32] Ibidem, s. 90.
[33] Ibidem, s. 90.
[34] Ibidem, s. 84 – 85.
[35] J. Kukulski, op. cit., s. 189.
[36] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s.428 – 429.
[37] J. Kukulski op. cit., s. 189 – 190.
[38] Ibidem, s. 190.
[39] Ibidem, s. 191.
[40] Ibidem, s. 192.
[41] K. Groniowski, Uwłaszczenie chłopów w Polsce…, s.164.
[42] H. Brodowska, op. cit., s. 117.
[43] Za: Ibidem, s.118 nn.
[44] Ibidem, s. 122.
[45] Ibidem, s. 123.
[46] Na przykład pismo Wytrwałość
[47] Za: K. Groniowski, Realizacja reformy uwłaszczeniowej 1864 roku, Warszawa 1963, s. 37.
[48] H. Brodowska op. cit., s. 124.
[49] Ibidem, s.19.
[50] Ibidem, s. 26 – 27.
[51] S. Inglot, op. cit, s. 358.
[52] H. Brodowska, op. cit., s. 32 – 33
[53] K. Groniowski, op., cit., s. 62.
[54] Ibidem, s. 233.
[55] Ibidem, s. 223 nn.
[56] H. Brodowska op. cit., s. 306 – 307.
[57] Ibidem, s. 311.
[58] Ibidem, s. 310 – 311.

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki w latach 1870-1914. Rozdział 4. Ukaz o samorządzie gminnym.

2.2. Ukaz o samorządzie gminnym z 1864 roku

W 1864 roku wprowadzone zostały w Królestwie cztery ukazy.[1]

Pierwszy z nich, („Ukaz o uwłaszczeniu włościan”) zawierał główne zasady reformy uwłaszczeniowej, w tym „szczególną” opiekę rządu nad chłopem, precyzował dążenia, które czynił carat dla poprawy jego bytu, a uwłaszczenie określał jako „nagrodę za uległość prawu i wierność tronowi”. Głosił uwolnienie chłopów od wszelkich powinności feudalnych z dniem 15 IV 1864r., zniesienie wszelkich roszczeń dziedziców do egzekucji należności (art. 2), przyznanie chłopom praw do użytkowanych gruntów (art. 1). Ziemie zabrane po 1846r. miały być rewindykowane w ciągu trzech lat, pustki przydzielane miały być dawnym właścicielom (art. 5 – 8). Potwierdzone zostało także prawo włościan do serwitutów leśnych i pastwiskowych (art. 11). Pozostałe postanowienia tegoż ukazu dotyczyły budynków, propinacji i zniesienia powinności zwyczajowych.

Ukaz „o urządzeniu gminy wiejskiej” tworzył nową organizację administracji (samorząd) na wsi przez przekazanie władzy wójtów osobom wybieranym spośród lokalnej społeczności.

Ukaz „o komisji likwidacyjnej” regulował sprawy odszkodowania dla ziemiaństwa za ziemie oddane na własność chłopom.

Z kolei czwarty ukaz nosił tytuł „o wprowadzeniu w życie trzech ukazów poprzednich” określał kompetencje nowo powołanych władz włościańskich oraz procedurę realizacji aktów uwłaszczeniowych.[2]

Generalnie rzecz biorąc ukazy te przyznawały chłopom na własność ziemię, którą użytkowali. Reformy uwłaszczeniowe nie zlikwidowały wielkiej własności ziemskiej, ani też nie znosiły wszystkich instytucji feudalnych na skutek, czego ziemiaństwo zdołało utrzymać wpływową pozycję w społeczeństwie.[3] Mocą aktów prawnych tzw. ukazów nadano quasi – kapitalistyczny charakter stosunkom własnościowym. Ukaz o urządzeniu włościan z 2 III 1864r., w art. 1 precyzował: „Grunta zostające w posiadaniu włościan (to jest osady włościańskie), tak w dobrach prywatnych i najmiłościwiej rozdarowanych (majoratskich), jako też w dobrach instytutowych (różnych zakładów) i rządowych, przechodzą na zupełną własność włościan w posiadaniu tych gruntów będących”[4] serwituty, z których korzystali (art. 11): „Włościanie (…) Zachowują prawo do tych służebności i użytków, z których dotychczasowo korzystają na zasadzie tabel prestacyjnych, kontraktów, umów słownych lub zwyczaju jako to: prawo otrzymywania drzewa na budowle i na opał, zbierania gałęzi, suszu, ściółki, prawa pasania w lasach dziedziców oraz na gruntach dworskich lub folwarcznych”[5], a także budynki i pomieszczenia przez nich zamieszkałe (art. 9): „Razem z gruntem przez każdego włościanina nabytym przechodzą na własność jego zupełną wszystkie znajdujące się na tym gruncie mieszkalne i gospodarskie budowle a zarazem inwentarz gruntowy, jako to: bydło, robocze narzędzia i zasiewy.”[6] Objęły one poza pewnymi wyjątkami cała ludność wiejską, (art. 14): „Prawo własności gruntów (…) Nadaje się niniejszym ukazem wszystkim w ogóle włościanom posiadającym osady, do jakiego rodzaju włościan oni nie należeli (to jest kolonistom, kmieciom, rolnikom, półrolnikom, ogrodnikom, komornikom, zagrodnikom itp.), bez różnicy tytułu, w moc, którego osadę posiedli”[7], w tym niespełna połowę bezrolnej tzn. 175 tys. rodzin, które otrzymały około 500 tys. hektarów ziemi z pustek, ziem skarbowych i kościelnych[8]. Poza tym służba folwarczna mieszkająca w odrębnych chałupach, a nie w czworakach także dostała na własność ziemię, którą otrzymali wcześniej w użytkowanie od dworu w charakterze wynagrodzenia za pracę.[9] Były to zazwyczaj działki przydomowe, na których uprawiano ziemniaki, kapustę i wypasano bydło. Znosiły władzę administracyjną dziedziców oraz świadczenia i powinności na ich rzecz. (art. 10) : „Spomiędzy gruntów , w moc niniejszego ukazu na własność włościan przechodzących wyłączają się : a) osady karczemne , młynarskie , przy cegielniach i kuźniach , przez dziedziców urządzone ; b) osady owczarzy , ogrodników i innych sług dworskich , jeśli domostwa przez nich zajmowane położone są przy dworze dziedzica albo przy folwarku , a nie we wsi ; c) osady gajowych , jeśli ich domy mieszkalne znajdują się także nie na wsi , lecz przy dworze , przy folwarku lub w lesie dziedzica ; d) grunta dworskie lub folwarczne w dzierżawę czasowo włościanom wypuszczone za umowami na piśmie , jeśli grunta te wydzierżawione im zostały razem z budowlami folwarcznymi ; e) osady przed ogłoszeniem niniejszego Ukazu przez włościan na zupełną własność nabyte, tam gdzie takowe się znajdują”.[10] Konsekwencją uwłaszczenia było nowe uregulowanie polegające (jak przewidywał art. 27 ukazu) na tym, że: „(…) Włościanie obowiązani są wnosić do Skarbu (oprócz ponoszonych dotąd przez nich podatków i należności skarbowych i gminnych) podatek z gruntu pod nazwaniem gruntowego”.[11] Poza tym Władzom carskim zależało na pospiesznym wykonaniu postanowień ukazów. Przewidywano, że na gminnych zebraniach wiejskich przedstawiane miały być do akceptacji rządowe postanowienia.

Ukazy z 1864r., co najważniejsze, stworzyły na wsi jedyne w ustroju Królestwa ogniwo administracji całkiem odmienne niż w Rosji i odmienność ta stała się trwałą.[12] Uznały one za najniższą jednostkę administracji na wsi gminę zbiorową złożoną z kilku, nieraz kilkunastu gromad (wsi). Nie istniała potrzeba tworzenia gminy zbiorowej, ponieważ istniała ona już wcześniej na podstawie uregulowań z 1859r., odkąd to każda gmina miała obejmować przynajmniej 50 domów. Uznając ten stan faktyczny i prawny, ukaz go tylko nieco modyfikował. Zmiany te wynikały głównie z uwłaszczenia chłopów, poza tym spowodowane były przez strukturę wsi polskiej a także politykę rządu rosyjskiego.

Gmina dzieliła się na mniejsze części, czyli gromady. Równolegle istniał obszar dworski zupełnie od nich niezależny (art. 4 i 5 Ukazu o urządzeniu gmin wiejskich). Dualizm ten nie był właściwością ani Królestwa ani Rosji. Analogiczne jednostki istniały w we wschodnich prowincjach Prus i w Galicji. Kryterium ich rozróżnienia stanowiło powiązanie z właścicielem ziemskim (dobra tabularne w Galicji, dobra rycerskie w Prusach).[13] W Królestwie dla części składowych gminy wiejskiej przyjęto określenie nasuwające asocjacje nie terytorialne, lecz personalne – gromada. Także jej bliższe określenie było personalistyczne: „Włościanie jednej wioski (…) posiadający w niej prawem własności (…) nieruchomość (…) składają oddzielną gromadę wioskową” (art. 97).[14] Podobnie personalistyczna była definicja drugiej jednostki określonej przez negację: „Dziedzice i drobni właściciele ziemscy (…) Do składu gromady wioskowej nie należący” (art. 98).[15] Określenie tej jednostki było nie tylko personalistyczne, ale używało też pojęć zaczerpniętych z epoki feudalizmu. Włościanin (ros. ‘ĸpecтянин’ ) to ten , kto na mocy ukazu stał się właścicielem nadziału ziemi – osady , dziedzic ( ros. ‘помещик’) to ten , który do ukazu uwłaszczeniowego był jej zwierzchnim właścicielem. Nawiązanie do podziału stanowego przy określaniu pojęcia gromady i tego, kto i co w jej skład wchodziło było dalszą cechą ujęcia. W odniesieniu do gromady zaznaczyła się analogia do rosyjskich konstrukcji stanowego charakteru ‘волости’. Nie została ona konsekwentnie przeprowadzona gdyż nie pozwalały na to ani stosunki społeczne w Królestwie, ani warunki polityczne, przede wszystkim zaś stosunek władz rosyjskich do szlachty polskiej – dziedziców, w których po 1863r. upatrywano wrogą wobec caratu warstwę społeczną. Po uregulowaniach Rządzącego Senatu z 13 VI 1869r. dotyczących problemu mieszczan – rolników przewidujących przekształcenie „miasteczek (…) nie mających znaczenia prawdziwych miast” w osady i 21 X 1870r. dotyczących wsi „niewłościańskich” (zamieszkanych przez szlachtę zaściankową), którym przyznano jedynie prawo obioru sołtysa.[16] W Królestwie, zatem na najniższym stopniu nie istniała jednolita gromada, ale aż trzy jej odmiany – odpowiedniki tj.: a) gromada we wsiach włościańskich, b) gromada w osadach będących dawniej miasteczkami lub mających charakter wsi mieszanej, chłopsko – mieszczański lub robotniczy (określano je mianem osad), c) gromada we wsiach drobnoszlacheckich, („niewłościańskich”).[17] Należy pamiętać, że obok nich istniał równolegle obszar dworski. Ponad tymi wszystkimi jednostkami istniała gmina zbiorowa, która według art. 4 ukazu z 1864r. składała się z: a) wiosek i kolonii zamieszkanych przez chłopów, b) folwarków oraz dworów dziedziców i innych właścicieli ziemskich.[18] Późniejsze uregulowania z lat 1869 – 1870 (zamiana miast na osady) dodały do tego: c) osady przekształcone z miasteczek, d) wsie szlachty zagrodowej i zaściankowej. Na okres przejściowy utrzymany został dawny podział na gminy, zaprowadzony na podstawie przepisów z 1859r., który miał obowiązywać do czasu opracowania nowego. W tym okresie gminy wyłączono spod zarządu cywilnego, podlegały one czasowo władzom wojskowym, czyli naczelnikom wojskowym powiatowym i odcinka. Liczba gmin w 1864 r. wynosiła 3083. Były one zróżnicowane pod względem wielkości. Większość stanowiły gminy małe, do 100 domów. Sytuację obrazuje poniższa tabela:[19]

Ilość domów w gminie

Liczba gmin

Procent całości

Do 100

1950 51,6%
100 – 200 915 29,5%
200 – 300 268 8,6%

Powyżej 300

310 10,3%

Sprawowanie kontroli nad tak rozdrobnionymi gminami nastręczało wiele problemów. Głównym rzecznikiem wprowadzenia gmin większych był senator Sołowiew, któremu w końcu powierzono przeprowadzenie korekty sieci gminnej według własnego projektu.[20] Tworzenie gmin większych było korzystne dla władzy centralnej po pierwsze, dlatego, że dopiero takie organizmy mogły właściwie wypełniać właściwie funkcje administracyjno – gospodarcze i sądowo – policyjne. Po drugie, mniejsza liczba gmin dużych ułatwiała nadzór i stwarzała większe możliwości oddziaływania na osoby funkcyjne (urzędników gminnych) oraz kształtowania wśród chłopów poszanowania władzy. Poza tym małe zaludnienie gmin było niekorzystne dla chłopów, gdyż ponosili oni większe ciężary, a gminy nie było stać na zaspokojenie ogólnych potrzeb, trudniej było wybrać odpowiednie osoby do sprawowania określonych funkcji. W celu oceny sytuacji przed przeprowadzeniem reformy Komisje Włościańskie dokonywały objazdu Królestwa. Propozycje reformy gmin popierali naczelnicy powiatów a także właściciele wsi, gdyż niechętnie odnosili się do reformy rolnej i towarzyszących jej obciążeń finansowych. Wytyczne Komitetu Urządzającego z listopada 1866r. zalecały gubernatorom cywilnym opracowanie nowego podziału na gminy tak, aby były one porównywalne pod względem obszaru i liczby ludności. Po wprowadzeniu nowego podziału administracyjnego liczba gmin w 1867 r. uległa zmniejszeniu do 1329 tj. o 43,5% wobec stanu z 1864 r., a tym samym, średnia liczba ich mieszkańców zwiększyła się z 1125 do 3117 osób.[21] Wskutek kolejnych monitów mieszkańców małych gmin do władz z prośbą o przyłączenie do sąsiednich jednostek następowało dalsze zmniejszanie ich liczby. W 1870r. było już tylko 1301 gmin w Królestwie. Zaznaczyć przy tym należy, że miał w tym udział także proces zamiany miast na osady. Na mocy ukazu z 1 VII 1869r. 336 miast przemianowano na osady a liczba gmin uległa wówczas zmianie, ponieważ 59 osad otrzymało prawo gmin. Na spowolnienie procesu likwidacji gmin po 1871r. miała wpływ decyzja władz włościańskich z 16 V 1872 r., która uzależniała zmiany granic gmin od decyzji zebrania gminnego (była ona podejmowana, gdy chłopi nie byli w stanie utrzymać urzędu gminnego). Liczba gmin w roku 1873 wynosiła 1313. W tym gmin wiejskich złożonych z gromad chłopskich (wraz z gromadami szlachty zaściankowej) było 981, gmin mieszanych złożonych ze wsi i osad (byłych miasteczek) – 291, gmin obejmujących jedną osadę – 41. W tym tylko 30 gmin miało powyżej 101 domów, a 80 – ponad 700.[22] Gmina Królestwa była, więc na ogół dużą jednostką administracji, o wiele większą niż jednostkowa gmina galicyjska czy gmina w polskich prowincjach Prus.

[1] Ibidem, s. 84 – 85.
[2] Ibidem, s. 85.
[3] A. Kierek, Kształtowanie się kapitalizmu w Polsce, Warszawa 1955, s. 25.
[4]K. Śreniowska, S. Śreniowski, Materiały do dziejów uwłaszczenia w Królestwie Polskim, Wrocław 1961, s.413.
[5] Ibidem, s. 413 – 414.
[6] Ibidem, s. 415.
[7] Ibidem, s. 416.
[8] J.Buszko, Historia Polski 1864 – 1948, Warszawa 1987, s.41,
[9] H. Brodowska, Ruch chłopski po uwłaszczeniu w Królestwie Polskim, Warszawa 1967, s. 19 – 20.
[10] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 415.
[11] Ibidem, s. 419; K. Groniowski twierdzi w swej pracy Realizacja reformy uwłaszczeniowej 1864 roku, Warszawa 1963, s. 252, że chłopi ze wschodnich guberni zapłacili mniej niż z zachodnich, gdyż liczono na rusyfikację prawobrzeżnych guberni tej części Królestwa Polskiego.
[12] K. Grzybowski, op. cit., s. 78.
[13] Ibidem, s. 78.
[14] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., 413.
[15] Ibidem, s. 413.
[16] R. Kołodziejczyk, Zamiana miast na osady w Królestwie Polskim, Kwartalnik Historyczny 1961, z. 1, s. 191 – 200.
[17] K. Grzybowski, op. cit., s. 79.
[18] K. Śreniowska, S. Śreniowski, op. cit., s. 423.
[19] Na podstawie: J. Kukulski, Realizacja reformy gminnej w 1864 roku w Królestwie Polskim [w:] Gmina wiejska i jej samorząd, pod red. Heleny Brodowskiej, Warszawa 1989, s. 154.
[20] Ibidem, s. 155.
[21] Ibidem, s. 158.
[22] K. Grzybowski, op. cit. s. 81.

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki w latach 1870-1914. Rozdział 3.

Organy zarządu miast były kreowane przez rząd.[1] W miasteczkach nie mających dochodu wystarczającego na utrzymanie burmistrza ustanawiano wójta gminy pełniącego swój urząd bezpłatnie. Odnosiło się to do miasteczek prywatnych, w których urząd wójta obejmował właściciel dóbr. Miasta stołeczne (wojewódzkie) odbierały rozkazy bezpośrednio od komisji wojewódzkich, pozostałe zaś za pośrednictwem obwodowych komisarzy delegowanych. Do głównych zadań zwierzchności miejskiej jak i wiejskiej należało: zarządzanie własnością gminną, zapewnianie bezpieczeństwa, doglądanie robót publicznych, utrzymanie dróg i mostów, przeprowadzanie corocznego spisu ludności, zasiewów, zbiorów oraz inwentarza, kwaterunek wojska, pobór podatków, rozkładanie kar egzekucyjnych, wydawanie zaświadczeń i paszportów, zapobieganie próżniactwu i żebractwu, sprawowanie sądownictwa policyjnego i cywilnego w sprawach drobniejszych przewidzianych w urządzeniach sądowych.[2] Po 1818 roku nastąpiły zmiany w organizacji samorządu miejskiego. Termin „zwierzchność miejska” zastąpiono określeniem „urząd municypalny”.[3] Tenże urząd w miastach wojewódzkich tworzył prezydent z radnymi, zaś w pozostałych burmistrz z ławnikami. Radnych i ławników było nie więcej niż 4 (zależnie od potrzeb miasta). Mianowani byli oni przez rząd na wniosek komisji wojewódzkiej spośród miejscowych obywateli – posesjonatów. Radni i ławnicy pełnili funkcje kasjerów i sekretarzy miejskich. Urzędnicy miejscy pobierali wynagrodzenie. Wyznaczono nawet fundusz minimalny (600 złotych polskich rocznie) tworzony ze składek mieszkańców, który warunkował utrzymanie urzędu municypalnego, a co za tym idzie w perspektywie także praw miejskich. Tak, więc jeśli miasto nie dysponowało stałym dochodem w tej wysokości rząd mógł wystąpić do namiestnika z wnioskiem o uchylenie praw miejskich i ustanowienie wójta, bez naruszania stosunków istniejących dotąd między właścicielem a mieszkańcami. Proceder taki zdarzał się dość często. Wracając do urzędników miejskich i ich uprawnień, to prezydent (odpowiednio burmistrz) rozpatrywał osobiście sprawy „prostego wykonawstwa”, zaś wszelkie inne kwestie rozwiązywał wspólnie z radnymi czy też ławnikami. Ponadto w większych miastach wydzielono trzy wydziały: policyjno – wojenny, skarbowy i administracyjny. Organizacja władz miejskich i ich działalność była pod ścisłym nadzorem rządu Królestwa poprzez dozory miast a następnie (od 1821r.) komisarze obwodowi. Po powstaniu listopadowym samorząd miejski podporządkowany został w sprawach politycznych i policyjnych rosyjskim naczelnikom wojennym. Nastąpiło wówczas także zwiększenie liczebności garnizonów wojskowych, więc rozszerzenia wymagały funkcje kwaterunkowe urzędników miejskich. Rosły przy tym siły policji miejskiej – od 1854r. istniała już specjalna funkcja dozorców policyjnych bezpośrednio podporządkowana warszawskiemu generał – gubernatorowi wojennemu.[4] O znaczeniu, jakie zaborca przywiązywał do utrzymania spokoju w kraju świadczy fakt, iż na czele policji w Warszawie stał od 1833r. stał wiceprezydent miasta. W 1842r. nastąpił proces ujednolicania aparatu państwowego Cesarstwa i Królestwa. Tak, więc urzędy municypalne przemianowano na magistraty i całkowicie pozbawiono je funkcji samorządowych, drastycznie ograniczono kompetencje zgromadzeń mieszczańskich próbujących rozsądnie gospodarować budżetem miejskim. Za „naturalnych reprezentantów” interesów mieszczan uważani byli jedynie członkowie władz miejskich posłuszni władzom centralnym.[5] Od 1846r. wybierani byli oni według nowych zasad przez same magistraty w porozumieniu z miejscowymi posesjonatami, kupcami i fabrykantami. Polegało to na tym, że na każdy urząd przedstawiano protokolarnie dwóch kandydatów. Kreacja administracji w większych miastach prywatnych od 1842r. zależała bezpośrednio niemal od ich właścicieli, którzy przedstawiali swoich kandydatów na burmistrzów rządowi. Dzięki takim praktykom w większość miasteczek prywatnych miała za wójta właściciela, co powodowało liczne konflikty. Przykładem może być realizacja decyzji cara Aleksandra III z 24 V / 5 VI 1860r. o utworzeniu sądów gminnych wiejskich.[6] Faktem wówczas stało się, że urząd sędziego gminnego w mniejszych miastach prywatnych przypadał dziedzicowi, natomiast w mniejszych miastach rządowych funkcję tę powierzano jednemu z dziedziców – wójtów gmin wiejskich sąsiadujących z miastem. Przywrócono, więc faktycznie zwierzchnictwo dominialne, pod pozorem administracji publicznej, zatem trudno do tego momentu mówić o jako takim samorządzie.

O faktycznym początku kształtowania się samorządu wiejskiego w Królestwie Polskim można mówić od 1859r. (3/15 III), gdy to ukazem carskim wprowadzono zmiany dotyczące wielkości gminy, obsady stanowisk wójtowskich i sołtysich długości kadencji tych urzędników, zasad powoływania rad gminnych i ich kompetencji[7]. Mimo, że utrzymana została nadal zasada łączenia funkcji organu władzy państwowej z własnością majątku, stworzono możliwość nominacji na urząd wójta gminy osób spoza stanu ziemiańskiego. Wójtowie tacy opłacani byli przez właścicieli ziemskich, którzy posiadali swe dobra w granicach tej gminy.

Na uwagę zasługuje również projekt reformy gminnej przedłożony Radzie Stanu przez Aleksandra Wielopolskiego już po wybuchu powstania styczniowego.[8] Stanowił on krok milowy na drodze do samorządu gminnego, gdyż wójtowi i miejscowej inteligencji (wirylistom) mającym stanowić trzon rad gminnych, powierzał rolę czynnika decydującego o kierunkach działania samorządu. Projekt ten został jednak odrzucony 12 XI 1863 r.

Z kolei liberałowie i konserwatyści w Petersburgu skłonili cara do przyjęcia rozwiązań przy pomocy środków wyjątkowych z pominięciem pośrednictwa władz warszawskich zdając sobie sprawę, że nadając chłopom na własność ziemię zostanie położona tama dalszej radykalizacji wsi, co było szczególnie niebezpieczne w obliczu wybuchu powstania styczniowego i zainicjowania takiej reformy przez przywódców tej insurekcji. Gwarancji spokoju w Królestwie upatrywano w nadaniu chłopom prawa do ziemi i samorządu, choćby na wzór rosyjski, gdzie podobny eksperyment trwał już trzy lata. Poprzez zniesienie stosunków zależności feudalnej wsi od dworu zniesiono również władzę dziedzica nad chłopami, w następstwie tego nie było powodu, aby zachować dla dziedziców patrymonialną jurysdykcję i połączoną z urzędem wójta władzę, tym bardziej, że i poprzednie rozwiązanie nie zapewniało publicznego porządku i wymiaru ścisłej sprawiedliwości. Władze zdecydowały się na skoncentrowanie w swoim ręku wszystkich środków oddziaływania na chłopów z pominięciem dziedziców. Wyraźnie widoczny był przez to zamysł zaborcy, aby po doświadczeniach powstania styczniowego osłabić szlachecko – ziemiańską siłę rewolucyjną. Reforma uwłaszczeniowa była, zatem próbą pozyskania chłopów dla systemu carskiego a tym samym odciągnięcia ich od udziału w powstaniu.[9]

Nowy ustrój samorządowy wprowadzono na mocy ukazów z 2 III 1864r. idąc śladami dekretów z 22 I 1863r. ogłoszonych przez powstańczy Rząd Narodowy (pierwszy o uwłaszczeniu włościan, a drugi o nadaniu ziemi bezrolnym żołnierzom powstania z dóbr narodowych).[10] Nie był wówczas jeszcze sformułowany program inkorporacji Królestwa i ujednolicenia jego instytucji z rosyjskimi. Na razie nie było to możliwe ze względu na odmienność stosunków wiejskich. Wiele rozwiązań uważanych za rosyjskie okazało się być koncepcjami wypracowanymi przez polityków polskich. Przygotowanie reformy car powierzył Mikołajowi Milutinowi, umiarkowanemu liberałowi i zwolennikowi tzw. światłego absolutyzmu. 8 X 1863r. rozpoczął on objazd po terytorium Królestwa, wzdłuż linii kolei warszawsko – wiedeńskiej w celu zorientowania się w sytuacji na wsi polskiej.[11]

[1] H. Izdebski, op. cit., s. 97.
[2] Historia państwa i prawa, t. 3, s. 363.
[3] Ibidem, s. 363 nn.
[4] Ibidem, s. 364.
[5] H. Izdebski, op. cit., s. 97.
[6] Historia państwa i prawa, t. 3, s. 363 – 364.
[7] J. Kukulski, Realizacja reformy gminnej w 1864 roku w Królestwie Polskim [w:] Gmina wiejska i jej samorząd, pod red. Heleny Brodowskiej, Warszawa 1989, s. 151 – 152
[8] Ibidem, s. 152.
[9] S. Wiśniewski, Uwagi o realizacji reformy uwłaszczeniowej 1864 roku w powiecie łukowskim [w:] Studia historyczne: księga pamiątkowa poświęcona Czesławowi Rajcy, pod red. Anny Wiśniewskiej, Lublin 1995, s.83.
[10] K. Groniowski, Realizacja reformy uwłaszczeniowej 1864 roku, Warszawa 1963, s. 37 nn., S. Inglot, Z dziejów wsi polskiej i rolnictwa, Warszawa 1986, s. 385.
[11] S. Wiśniewski, op. cit., s. 84.

Kategorie
Przytoczno

Łukasz.

Dzisiaj w nocy zmarł Nasz Przyjaciel Łukasz Lemieszek.
W tych trudnych chwilach pamiętajmy o Nim i o Jego Bliskich.

Łukasz na zawsze pozostaniesz w Naszych sercach…

Dziękujemy Ci, że byłeś pośród Nas…
Przyjaciele z OSP Przytoczno Osiedle.

Łukasza pożegnaliśmy tymi słowami…

W imieniu rodziny chciałbym podziękować wszystkim przyjaciołom, którzy do końca towarzyszyli Łukaszowi. Szczególnie chciałbym podziękować Marcinowi Kowalewskiemu. W tych trudnych chwilach trwałeś przy Nim. Byłeś i zawsze będziesz najlepszym przyjacielem Łukasza.
Chciałbym wyrazić ogromną wdzięczność dla strażaków z naszej jednostki (OSP Przytoczno Osiedle) za pomoc w przygotowaniu tej uroczystości.
Dziękuję również druhom z innych jednostek, którzy towarzyszyli Łukaszowi w jego ostatniej drodze.
W imieniu rodziny pragnę podziękować za przybycie Wam Wszystkim, za wszystkie słowa wsparcia, życzliwość i modlitwę.
Bóg Wam Wszystkim zapłać.
Łukasz jesteśmy tutaj, jesteśmy dla Ciebie. Byłeś wspaniałym człowiekiem, kolegą i przyjacielem, dawałeś wiele radości Nam wszystkim. Pełen optymizmu i wiary szedłeś przez życie. Byłeś człowiekiem życzliwym i wesołym, z nadzieją patrzyłeś w przyszłość. Bóg obdarzył Cię talentem muzycznym, który wykorzystywałeś aby sprawiać ludziom radość.
Być może dla świata byłeś tylko człowiekiem, ale dla niektórych ludzi byłeś i pozostaniesz całym światem…
Dziękujemy Ci, że byłeś…
Spoczywaj w pokoju.

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki w latach 1870-1914. Rozdział 2.

Kolejna część pracy poświęcona naszej gminie. Zapraszam do artykułu.

  1. W Królestwie Polskim.

2.1. Do 1864 roku.

W Królestwie Polskim gminą wiejską niezmiennie zarządzał wójt mianowany przez rząd na wniosek komisji wojewódzkiej.[1] Istniała przy tym możliwość wyznaczenia przez wójta zastępcy. Wprawdzie nie sformułowano bezpośrednio warunku, aby wójt był koniecznie właścicielem majątku, jednakże analizując postanowienie namiestnika z 3 II 1816 roku (szczególnie sformułowania w artykułach 76 – 79)[2] wyciągnąć można wniosek, że wójt pełniąc swą funkcję powinien posiadać majątek czy nawet część wsi. Gdy część taka liczyła minimum 10 dymów (czyli domów mieszkalnych) uważana była za odrębną włość, której właściciel sprawował urząd wójtowski. Części mniejsze zwykle przyłączane były do wsi przyległych bądź położonych niedaleko, a należących do tego samego właściciela. W przypadku, gdy wsie podzielone były na części nie mające wymaganej liczby 10 dymów, ich właściciele wybierali spośród siebie kandydata na wójta przedstawiając go komisji wojewódzkiej.[3] Gdy porozumienie nie było możliwe, decyzję podejmowała komisja kierując się „zdolnością i moralnością kandydata” przedstawianego do nominacji rządowej.

Postanowienie namiestnika z 30 V 1818 roku rozwijało przepisy o zwierzchności wiejskiej i de facto oznaczało powrót do zasady patrymonialnej, łączącej na najwyższym szczeblu administracji sprawowanie władzy państwowej z własnością dóbr ziemskich (zbieżność z praktyką czasów Księstwa Warszawskiego)[4]. Wprost określano, że właściciele wsi są wójtami z prawa i mogą sprawować swą funkcję osobiście lub za pośrednictwem zastępcy. Rząd zachowywał jednak prawo mianowania wójtów i odmowy zatwierdzenia kandydata podanego przez komisję wojewódzką. Szczegółowych uzupełnień tych przepisów dokonywały poszczególne komisje wojewódzkie (rozporządzenia wykonawcze w rodzaju ustalenia cenzusu wieku dla kandydatów na wójta np. 21 lat). Zarówno wójtów jak też ich zastępców nie obowiązywał egzamin urzędniczy.

Wsie, które podlegały wójtowi stanowiły gminę wiejską, a jej wielkość wahała się od 10 dymów do kilku czy kilkunastu wsi należących do tego samego dominium. Osady, które liczyły mniej niż 10 dymów dołączano do sąsiedniej gminy. Właściciele kilku wsi mogli zadecydować o czasowym połączeniu ich pod zwierzchnictwem jednego wójta. Właściciel nie ponosił odpowiedzialności z tytułu sprawowania urzędu wójta jedynie wówczas, gdy osoba wybrana przezeń na wójta i opłacana przyjęła protokolarnie taką odpowiedzialność na siebie. Pełnomocnikami wójta byli sołtysi, których wójt mógł mianować dla każdej z podległych wsi. Wójt miał obowiązek pilnować wykonywania praw, zarządzeń i przepisów rządowych, podawać je do wiadomości mieszkańców gminy. Należało do niego także rozkładanie podatków i powinności publicznych, opieka nad porządkiem i bezpieczeństwem ludności i jej własności, poza tym utrzymanie w dobrym stanie dróg, mostów i przepraw. Kompetencje wójta w dziedzinie sprawowania opieki regulował Kodeks Cywilny Królestwa Polskiego z 1825 roku (art. 374 nn.). Wójt m.in. w określonych sytuacjach zwoływał tzw. radę familijną i jej przewodniczył[5]. Sądził on także w drobnych sprawach cywilnych w I instancji, przestępstwa i wykroczenia mniejszej wagi (te przekazane im już były w czasach Księstwa Warszawskiego postanowieniami królewskimi z 26 VII 1810 i 22 V 1812 roku). Od 1847 roku na podstawie ustawy przechodniej do Kodeksu Kar Głównych i Poprawczych wójt był upoważniony do wyrokowania w sprawach, w których winnemu groziła według kodeksu [karnego] kara napomnienia, nagany wobec sądu, grzywny pieniężnej do 10 rubli srebrnych (dalej r.s.), aresztu do 7 dni, lub chłosty do 20 razów.[6] Instancją odwoławczą od wyroków wójta były sądy policji poprawczej. Odtąd też spod kompetencji karno – sądowych wójta wyłączeni byli duchowni wyznań chrześcijańskich, szlachta dziedziczna i osobista, żony i dzieci szlachty osobistej sprawującej urzędy VII i VIII klasy, obywatele honorowi (tzw. pocześni), jak również osoby odznaczone orderami lub znakami honorowymi (art. 19-21, 23).[7] Istotne znaczenie wśród funkcji wójtowskich miała ewidencja ruchu ludności (prowadzenie księgi gminnej ludności). Już od 1810 istniały one w Księstwie Warszawskim obejmując oddzielnie ludność wsi i miast. W Królestwie Polskim wprowadzone zostały postanowieniem namiestnika z 27 I 1818 roku[8]. Księga ludności miała być prowadzona dla każdej gminy obejmowała bezwzględnie wszystkich jej mieszkańców Po ukończeniu 14 roku życia każdy mieszkaniec otrzymywał od wójta świadectwo zapisania w księdze. Dokument ten był wymagany również w wypadku czasowego przeniesienia się do innej gminy. Z tej racji, że wystawiającym był wójt a zarazem dziedzic wsi, zwiększało to w oczywisty sposób zależność chłopów od dworu. Ponadto wójt był zobowiązany do odstawiania rekrutów do wojska, chwytania dezerterów i włóczęgów i przekazywania ich właściwej władzy.

Pewne zmiany w organizacji samorządu gminnego przyniósł ukaz Aleksandra II z 3/15 III 1859 roku. Po pierwsze zarządzono powiększenie obszaru minimalnego dla gminy wiejskiej do 50 dymów.[9] Oznaczając obszar gminy brano pod uwagę dobro służby, potrzeby miejscowe i życzenia właścicieli ziemskich. Ukaz bezpośrednio określał, że: „urząd wójta gminy przywiązany jest do dominium tj. do tytułu dziedzictwa”.[10] Modyfikacji uległy uregulowania dotyczące sprawowania funkcji wójta majętnościach należących do kilku właścicieli (poprzez podniesienie minimum do 50 dymów zwiększyła się liczba gmin składających się z kilku małych wsi). W myśl nowych ustaleń właściciele „cząstek” wybierali spośród siebie jednego wójta, lecz gdy jedna z cząstek miała nie mniej niż 10 dymów lub 150 dziesięcin jej właściciel zostawał wójtem z mocy prawa.[11] Poza tym ukaz przewidywał powołanie organu doradczego wójta zatwierdzanego przez naczelników powiatowych, czyli rady gminnej. Miała ona pomagać wójtowi w sprawach zaspokajania potrzeb miejscowych. Kandydatów na sołtysów mieli zaś wyłaniać w wyborach osiadli mieszkańcy, jednakże te narzędzia ograniczonego samorządu nie zostały wprowadzone w życie. Ustawa z 24 V / 5 VI 1860 roku zapowiadała zniesienie arbitralnych funkcji wójta.[12] Przewidywano powołanie sądów gminnych z wójtem jako sędzią oraz 2 ławnikami powołanymi w dwustopniowych wyborach przez wszystkich posiadaczy nieruchomości w gminie. Sąd taki miał kompetencje w sprawach karnych i cywilnych (wyroki w sprawach o czynsz i pańszczyznę, o szkody polne i leśne, o najem sług i robotników itp.) a jego właściwość rozciągała się na wszystkich mieszkańców gminy. W sądzie gminnym, co warto zaznaczyć, możliwy był udział chłopów, o ile zostaliby wybrani na ławników. Ustawa z 1860 roku jednakże umacniała pozycję dziedzica – wójta gminy, a sądy gminne w praktyce nie zostały wówczas wprowadzone.

Administracja miejska w początkach bytu Królestwa była nadal sprawowana tymczasowo przez prezydentów municypalnych i rady municypalne w miastach największych (Warszawa, Kalisz, Lublin, Sandomierz) oraz przez burmistrzów i rady miejskie w pozostałych. Małe miasteczka jak wcześniej zarządzane były jak gminy wiejskie przez wójtów.

[1] Ibidem, s. 357.

[2] Ibidem, s. 357 nn.

[3] Ibidem, s.358.

[4] Ibidem, s. 359.

[5] Ibidem, s. 358 nn..

[6] Ibidem, s.359.

[7] Ibidem, s.359.

[8] Ibidem, s.359.

[9] K. Grzybowski, Historia państwa i prawa Polski, t. 4, Od uwłaszczenia do odrodzenia państwa, Warszawa 1982, s. 78.

[10] Ibidem, s. 79.

[11] H. Izdebski, op. cit., s. 92.

[12] Historia państwa i prawa, t. 3, s.359 nn.

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki w latach 1870-1914. Rozdział 1.

Przystępując do analizy rozwoju samorządu gminnego w Królestwie Polskim w okresie pouwłaszczeniowym przedstawić należy ogólny zarys wcześniejszych uregulowań w tej kwestii.

Rozdział I

Samorząd w Królestwie Polskim w okresie 1864 – 1914

  1. Gmina dominialna w czasach Księstwa Warszawskiego

Przystępując do analizy rozwoju samorządu gminnego w Królestwie Polskim w okresie pouwłaszczeniowym przedstawić należy ogólny zarys wcześniejszych uregulowań w tej kwestii.

Konstytucja Księstwa Warszawskiego ustanawiała jako najniższą jednostkę w administracji tzw. municypalność, która zarządzać miał burmistrz lub prezydent[1]. Nie istniał podział na miasta i wsie, lecz istnieć miały gminy obejmujące jedną lub kilka miejscowości, co wynikało z przyjętego wzoru francuskiego. Dekretem z 10 II 1809 roku za osobne municypalności uznano jedynie 4 największe miasta: Warszawę, Poznań, Toruń i Kalisz, a od 1812 roku też Kraków, Lublin i Sandomierz[2]. W miastach tych powoływani byli przez króla prezydenci municypalni. Do pomocy mieli oni zawodowych urzędników (ławników i intendentów policji). Prefekt miał sprawować kontrolę nad władzami tych miast. Wyjątek stanowiła Warszawa, gdzie powołano osobnego prezydenta policji, który bezpośrednio podlegał ministrowi policji. Władza samorządowa w miastach spoczywała w rękach rad municypalnych, których skład kreował król spośród podwójnej liczby kandydatów przedstawionej przez zgromadzenie gminne.[3] Rady te miały uprawnienia w dziedzinie decyzji dotyczących majątku i urządzeń miejskich oraz rozkładu ciężarów państwowych. Uprawnione były poza tym do wyrażania opinii na temat działalności administracji i składania zażaleń na urzędników miejskich do prefekta. Dekret z 23 II 1809 roku wprowadzał tymczasową organizację, odbiegającą od przepisów konstytucji, która miała obowiązywać w pozostałych miastach i we wszystkich wsiach Księstwa. Na jego podstawie każde miasto i wieś stanowić miały odrębną gminę.[4] W mieście administracja należała do burmistrza, którego mianował król. Burmistrze miast departamentalnych podlegali prefektom a pozostałych – podprefektom. Ławnicy byli pomocnikami burmistrza i pełnili swe funkcje bezpłatnie. Rada miejska stanowiła organ samorządowy, jej członków mianował prefekt z listy kandydatów sporządzonej przez zebranie posesjonatów miejskich. Rady miejskie miały kompetencje w podobnych dziedzinach jak rady municypalne, ale bardziej ograniczone. Zaznaczyć należy, że taki ustrój miast narzucono także miastom prywatnym – ich właścicielom, których pozbawiono prawa wpływu na obsadę władz miejskich.[5] 19 X 1811 roku wydany został dekret, który zezwalał, aby miasteczka nieposiadające funduszu na utrzymanie burmistrza mogły być tymczasowo administrowane jak gminy wiejskie. W ten sposób wiele małych miasteczek nie uzyskało w praktyce ustroju miejskiego.

Gminy wiejskie jako jednostki administracji państwowej najniższego rzędu a jednocześnie komórki samorządu terytorialnego powstały na mocy dekretu z dnia 28 II 1809r.[6]. Na czele tej gminy stał wójt, wyznaczany przez prefekta a zatwierdzany przez ministra spraw wewnętrznych, który był zobowiązany do wykonywania poleceń państwowych, opieki nad majątkiem gminy, jej instytucjami i zakładami, troski o bezpieczeństwo, porządek i zdrowie mieszkańców wsi. Miał on także obowiązek nadzorować pracę sołtysów, których sam mianował na swoich zastępców w gromadach – wsiach tworzących gminę. Decyzja ta wymagała jednak zatwierdzenia ze strony podprefekta. Jedna osoba pełniła urząd wójta zazwyczaj w kilku podległych wsiach. Tą drogą usankcjonowano istnienie dotychczasowych jednostek administracji wiejskiej obejmujące dobra jednego właściciela złożone z jednej lub kilku wsi[7]. Instrukcja ministra spraw wewnętrznych z 28 VII 1809 roku zalecała, wprost, aby powierzać stanowiska wójtowskie właścicielom wsi, którzy początkowo wzbraniali się przed ich przyjmowaniem ze względu na duży zakres obowiązków, jakie się wiązały ze sprawowaniem tej funkcji.[8] Sołtysami byli najczęściej rządcy folwarków. Wójt podlegający podprefektowi nie otrzymywał wynagrodzenia, co wskazywało bezpośrednio, że władzę sprawował we własnym interesie. Poza tym mimo bezpłatności urzędu wymagano od wójta opłaty patentowej z racji nominacji. Jej celowość motywowano tym, że wójt dzięki sprawowaniu swej funkcji osiągał duże korzyści. Wójt był poza tym organem policji dla ludności zamieszkałej w jego majątku – miał tym samym utrzymywać ją w posłuszeństwie, a w razie potrzeby mógł wezwać pomoc policyjną lub wojskową.

Przewidziane przepisami rady wiejskie i gminne utworzone zostały jedynie w północno – zachodnich departamentach Księstwa[9]. Miały one debatować nad potrzebami lokalnymi ( opieka nad majątkiem gminy, jej instytucjami i zakładami, czuwanie nad bezpieczeństwem, porządkiem i zdrowiem mieszkańców wsi, nadzór nad pracą sołtysów przewodzących gromadom, na które dzieliły się gminy), kwestiami budżetowymi, podatkami gminnymi (zatwierdzał je minister bądź prefekt), nad rozkładem ciężarów państwowych, nad zażaleniami na władze wiejskie. Mimo tego, że w praktyce rady wiejskie istniały tylko na papierze, podkreślić należy ówczesny znaczny rozwój i usprawnienie administracji, a także wprowadzenie na stanowiska kierownicze i wykonawcze zawodowych urzędników, których zaczęto odpowiednio kształcić.[10]

W omawianym okresie nastąpiło zniesienie sądownictwa stanowego, w tym dominialnego, zrównanie wobec prawa i sądu, co okazało się ważne dla przyszłości. W sprawach karnych sądziły: sądy policji prostej (wykroczenia), gdzie sądził jednoosobowo podsędek, a tam gdzie nie powołano, podsędka – burmistrz lub wójt; sądy policji poprawczej, po 2 lub 3 w każdym departamencie (występki zagrożone karą do 2 lat więzienia); sądy sprawiedliwości kryminalnej – po jednym na 2 departamenty (zbrodnie i apelacje od wyroków sądów policji prostej i poprawczej).[11] W sprawach cywilnych orzekały sądy pokoju utworzone w powiatach i miastach. W postępowaniu pojednawczym i niespornym sądzili – pełniący swój urząd honorowo – sędziowie pokoju. Sąd apelacyjny był jeden na całe Księstwo. Instancją kasacyjną w sprawach cywilnych i karnych była Rada Stanu. Funkcjonował przy nim Prokurator Sądu Kasacyjnego, który mógł wnosić skargi kasacyjne z urzędu, gdy wydano wyrok z pogwałceniem prawa [12].

Pomimo trudności i niedociągnięć nowe zasady organizacji władzy państwowej, administracji i wymiaru sprawiedliwości, wraz ze wzrostem aktywności społecznej, służyły rozwojowi kraju objętego granicami Księstwa, oddziaływały też na ziemie polskie pod zaborami.[13] Z systemu prawnego Księstwa przetrwał ustrój sądów, a także prawo cywilne i handlowe oraz zasady administracji.[14]

[1] Historia państwa i prawa Polski pod red. J. Bardach, t. 3, Warszawa 1981, s. 104 – 105.

[2] W. Ćwik, T. Reder, Lubelszczyzna. Dzieje rozwoju administracyjno – terytorialnego, Lublin 1977, s. 79.

[3] Historia państwa i prawa, t. 3, s.361.

[4] W. Ćwik, T. Reder, op. cit., s. 79 – 80.

[5] Historia państwa i prawa, t. 3, s. 104.

[6] Ibidem, s.105.

[7] H. Izdebski, Historia administracji, Warszawa 1984, s.92.

[8] Historia państwa i prawa, t.3, s.105.

[9] Ibidem, s. 359.

[10] Ibidem, s. 105 – 106.

[11] W. Ćwik , T. Reder , op.cit. , s.80.

[12] Sobociński W., Historia ustroju i prawa Księstwa Warszawskiego, Roczniki Towarzystwa Naukowego w Toruniu, R. 70, 1965, z. 1, s. 18 nn.,

[13] H. Izdebski, op.cit., s. 97.

[14] Historia państwa i prawa, t. 3, s. 364.

Kategorie
Jeziorzany

Gmina Łysobyki w latach 1870-1914. Wstęp.

Jak wyglądało życie w naszej gminie w latach 1870-1914? Czasy jakże odległe. Nie ma, bo nie może być nikogo kto pamiętałby tamte lata. Ten czas przeminął a jedynymi świadkami „prawdziwości” wydarzeń minionych pozostały dokumenty, mapy czy szkice w wielu państwowych i prywatnych archiwach.

Temat ten będzie pojawiał się na naszych stronach długo gdyż materiał jakim dysponujemy nie jest możliwy do publikacji „na jeden raz”. Zatem zaczynamy naszą opowieść w odcinkach…

Tak naprawdę historia, która tutaj jest opisana a w zasadzie fakty historyczne przytoczone przeze mnie pochodzą z pracy magisterskiej jednego z mieszkańców naszej gminy. Pewnie nawet niektórzy z Was mieli już okazję ją albo widzieć albo i nawet czytać. Zanim jednak o publikacji słów kilka jak to się stało, że będziecie mogli to przeczytać właśnie na naszej stronie.

Kopię pracy posiadam już dosyć długo jednak aby móc ją przedstawić publicznie potrzeba było zgody autora. Trochę wysiłku to wymagało ale udało się odnaleźć autora pracy i porozmawiać z Nim o moim pomyśle i ogólnie o tym co, kto i dlaczego. Przychylił się do mojego pomysłu i dał zgodę na publikację. Serdecznie dziękuję Panie Arturze.

A zatem zaczynajmy.

Jak zawsze na początek wstęp, więc i tutaj nie może być inaczej. Wstęp merytoryczny a zarazem początek, część pierwsza naszej opowieści.

UNIWERSYTET MARII CURIE – SKŁODOWSKIEJ W LUBLINIE WYDZIAŁ HUMANISTYCZNY

Artur Jóźwik

GMINA ŁYSOBYKI W LATACH 1870 – 1914

Praca magisterska napisana w Zakładzie Historii Nowożytnej pod kierunkiem

prof. dr hab. Bronisława Mikulca


WSTĘP

Historią gminy Łysobyki[1] zająłem się, ponieważ chciałem poznać bliżej przeszłość rodzinnych stron. Jak dotąd brak syntetycznego opracowania dziejów tej gminy nawet w okresie XIX wieku. Dlatego właśnie podjąłem próbę ujęcia w swej pracy dziejów tego terytorium w latach 1870 – 1914. Ramy czasowe obejmują okres, gdy po degradacji miasta Łysobyki do rangi osady, stworzono na tym terenie gminę. Data końcowa to rok wybuchu I wojny światowej. Dobór jej jest zasadny o tyle, że stanowi ona cezurę w dziejach oraz zmienia sytuację i warunki życia ludności.

W skład gminy wchodziły w tym czasie: wieś i folwark Blizocin, wieś Walentynów, wieś Wola Blizocka, folwark Wojciechów, wieś Zielony Kąt, folwark Kawęczyn, wieś Kalinowy Dół, wieś Krępa, folwark Lendo Wielkie, osada Łysobyki, folwark Mściska, wieś Natalin, wieś Niedźwiedź, folwark Podlodów, wieś Podlodówka, wieś i folwark Przytoczno, oraz wieś Ferdynandów i kolonia Poznań.[2]

Dotychczas na temat gminy Łysobyki nie ukazało się zbyt wiele publikacji.

Kwestię początków miasta i jego lokacji poruszył profesor Ryszard Szczygieł podczas obchodów 500 – lecia nadania praw miejskich Łysobykom.[3]

W formie artykułu opracowano tzw. wyprawę łysobycką z 1831 roku.[4]

Ogólnie kwestię historii, w tym częściowo XIX – wiecznej miasta ujęto w opracowaniu sporządzonym przez Państwowego Konserwatora Zabytków z racji objęcia ochroną konserwatorską zabytkowej zabudowy tej miejscowości.[5]

Ponadto cenne informacje na podstawie archiwum parafialnego zebrał w postaci broszury proboszcz parafii w Łysobykach, ksiądz Piotr Denejko.[6]

Pracę swoją oparłem w głównej mierze na materiałach archiwalnych przechowywanych w Archiwum Państwowym w Lublinie.

Korzystałem przede wszystkim z zespołu Zarządu Powiatowego Łukowskiego 1866 – 1917, który zawiera 665 jednostek archiwalnych. W szczególności dostarczył on informacji dotyczących działalności władz gminnych, ich finansów, a także danych liczbowych na temat dynamiki rozwoju demograficznego, gospodarki (obszerne zestawienia w postaci tabel przedstawiające zbiory i zasiewy zbóż, hodowlę zwierząt, rozwój przemysłu itp.).

Istotną rolę miały dane zawarte w zespole Naczelnika Powiatu

Radzyńskiego (dane dotyczące okresu przed 1866 rokiem).

Dla charakterystyki własności ziemi w gminie posłużyłem się informacjami zamieszczonymi w Tabelach Likwidacyjnych.

Bardzo przydatne okazały się akta Dyrekcji Szkolnej Siedleckiej, gdyż dostarczyły szczegółowych danych dotyczących szkół istniejących w gminie.

Dzięki informacjom zawartym w zespole Siedleckiego Urzędu Gubernialnego do spraw stowarzyszeń możliwe było przedstawienie aktywności społecznej na terenie gminy.

Istotne znaczenie dla analizy podziału wyznaniowego ludności gminy miały wzmianki zawarte w zespole Rządu Gubernialnego Lubelskiego.

Poza tym korzystałem z zasobów oddziału terenowego APL w Radzyniu Podlaskim. W przechowywanych tam Aktach Gminy Łysobyki natrafiłem na istotne informacje dotyczące liczby ludności gminy i jej profesji.

Dane odnoszące się do majątków ziemiańskich i ich właścicieli na terenie gminy odnalazłem w księgach hipotecznych poszczególnych dóbr, znajdujących się w Archiwum Sądu Rejonowego w Lubartowie.

Uzupełnieniem dla archiwaliów były źródła drukowane. „Pamiatnaja Kniżka Sedleckoj guberni” była pomocna dla opracowania wykazu imiennego wójtów i pisarzy gminnych, nauczycieli szkolnych oraz duchownych.

Bardzo istotnych informacji dostarczył drukowany „Catalogus universi cleri saecularis et regularis dioecesis lublinensis” za lata: 1870, 1880, 1889, 1904 i 1912. Prezentuje on dane odnośnie liczebności parafii, księży w niej posługujących oraz zabudowań kościelnych.

Z kolei opierałem się także na informacjach zawartych w literaturze i czasopismach.

Bardzo przydatne okazały się tomy 3 i 4 Historii państwa i prawa Polski.[7] Informacje w nich zawarte posłużyły jako podbudowa teoretyczna dla rozważań na temat ustroju, struktury własności gospodarczej, a nawet organizacji szkolnictwa. Bardzo wartościowa okazała się praca zbiorowa pod redakcją Heleny Brodowskiej. Szczególnie przydatny był zamieszczony Kukulskiego niej artykuł Jerzego Kukulskiego.[8]

Przy charakterystyce okresu przed rokiem 1870 posłużyłem się informacjami ze wspomnianego Studium historyczno – urbanistycznego, zaś uzupełniającą rolę przy prezentacji parafii miała praca księdza P. Denejko.

Przy omawianiu aspektów gospodarki gminy wykorzystałem szczególnie opracowania R. Chomać[9], K. Groniowskiego[10] i A. Kierka.[11]

Dla analizy kwestii aktywności społeczno – politycznej gminy pożyteczne były prace T. Wolszy[12] oraz artykuły z pracy zbiorowej pod redakcją. Turkowskiego dotyczącej regionu łukowskiego.[13]

Na podstawie wyżej wymienionych pozycji podjąłem próbę przedstawienia głównych tendencji rozwojowych gminy Łysobyki. Stan źródeł nie zawsze pozwalał na jednakowo dokładne opracowanie wszystkich kwestii.

Praca niniejsza ma układ problemowo – chronologiczny. Składa się z pięciu rozdziałów.

Pierwszy z nich traktuje na temat samorządu gminnego w Królestwie Polskim. Zawiera on genezę ustroju gminy stworzonego w 1864 roku.

Drugi z kolei unaocznia jak wspomniany samorząd był realizowany w konkretnych realiach gminy Łysobyki. Poprzedzone jest to pobieżnym oglądem rozwoju Łysobyk od czasu lokacji do utraty praw miejskich.

Rozdział trzeci dotyczy ludności zamieszkującej w gminie. Wprowadzając różne podziały i obrazując je za pomocą wykresów, zmierzałem do możliwie wszechstronnego ujęcia tej złożonej kwestii.

W następnym rozdziale analizowane są zagadnienia gospodarcze przy podziale na rolnictwo (w tym uprawę i hodowlę), przemysł, a także handel i rzemiosło.

Ostatni rozdział analizuje rozwój szkolnictwa w gminie, a także przejawy aktywności społeczno – politycznej ludności gminy.

Aneks zawiera dodatkowe materiały źródłowe i zestawienia. Z kolei w załącznikach znajdują się mapy i plany ilustrujące treści zawarte w tekście pracy.

Na końcu zamieszczony jest także wykaz bibliografii z podziałem na źródła archiwalne, drukowane, opracowania i czasopisma.

[1] W 1965 roku nazwę tę zmieniono na Jeziorzany.
[2] APL, ZPŁ, sygn.153.
[3] R. Szczygieł, Kiedy Jeziorzany powinny obchodzić jubileusz swojej miejskości? Panorama Gminy Jeziorzany. Czasopismo Towarzystwa Regionalnego, nr 5, IV 1999, s. 3 – 4.
[4] J. Danielewicz, Bitwa pod Łysobykami [w:] Z przeszłości ziemi łukowskiej, pod red. J. Orłowskiego i R. Szaflika, Lublin 1959.
[5] Studium historyczno – urbanistyczne. Jeziorzany, woj. lubelskie, Lublin 1986.
[6] Ks. P. Denejko, Pamiątka. Opracowanie na podstawie zbiorów archiwum parafialnego, Łysobyki 1947.
[7] Historia państwa i prawa Polski pod red, J. Bardacha, t.3, Warszawa 1981; K. Grzybowski, Historia państwa i prawa Polski, t.4, Warszawa 1982.
[8] J. Kukulski, Realizacja reformy gminnej w 1864 roku w Królestwie Polskim [w:] Gmina wiejska i jej samorząd praca zbiorowa pod red. H. Brodowskiej, Warszawa 1989, s. 151 – 193.
[9] R. Chomać, Struktura agrarna Królestwa Polskiego na przełomie XIX i XX wieku, Warszawa 1970.
[10] K. Groniowski, Realizacja reformy uwłaszczeniowej 1864 roku, Warszawa 1963.
[11] A. Kierek, Rozwój kapitalizmu w rolnictwie regionu lubelskiego w latach 1864 – 1913, Warszawa 1964.
[12] T. Wolsza, Narodowa demokracja wobec chłopów w latach 1887 – 1914. Programy, polityka, działalność, Warszawa 1992.
[13] Łuków i okolice w XIX i XX wieku praca zbiorowa pod red. R. Turkowskiego, Warszawa 1989.

Kategorie
Przytoczno

„Baśka”

Oto świadek i jego relacja -Powstanie Warszawskie1 sierpnia 1944r.

Materiał pochodzi z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego – www.1944.pl

Barbara Kuszell – pseudonim „Baśka”
stopień – sanitariuszka
formacja – Batalion „Gustaw-Harnaś”
dzielnica – Stare Miasto, Śródmieście

Nazywam się Barbara Kuszell. Urodziłam się w 1926 roku. Do konspiracji wstąpiłam w 1942 roku i szkoliłam się na sanitariuszkę. Potem w czasie Powstania byłam sobie taką sanitariuszką, która nosiła rannych, potem pracowałam w szpitalu w naszym batalionie.

  • Proszę opowiedzieć trochę o swojej rodzinie.

Moja rodzina wywodzi się z Podlasia. Moi rodzice mieli tam tak zwany majątek ziemski. Rodzina była liczna, bo nas było siedmioro rodzeństwa. Mój brat był w partyzantce, zginął w 1944 roku. Mój ojciec był zaangażowany też w czasie wojny w konspiracji. Był kwatermistrzem okręgu lubelskiego. Moja matka również. Także cała rodzina była… Moje siostry były po prostu młodsze ode mnie, także już nie… Chociaż dwie z nich były zaangażowane w harcerstwie. A ja uczyłam się handlu w Warszawie w 1942 roku i bardzo szybko się zetknęłam z tą organizacją, stąd moja obecność tutaj. Ja bardzo sobie cenię, że to podlegało AK. No i odłam. Kursy sanitarne. Takie praktyki w szpitalu. Wszystko to, co potrzebne było do pracy, a co potem trudno było wykorzystać. Praktyki szpitalne miały się nijak do tego, co było potem w szpitalu…

  • Proszę powiedzieć o samym momencie zwerbowania Pani do organizacji.

Mieszkałam na stancji u mojej ciotki, która była właśnie bardzo zaangażowana.

  • Gdzie to było?

Na Chopina. I ona mi zaproponowała. No a ja oczywiście z entuzjazmem się zgodziłam. Chciało się coś robić, działać, żeby się temu przeciwstawić.

  • Czyli takie rodzinne zaangażowanie w konspirację?

No przez rodzinę… Tak się zaczęło. Równocześnie szkoliła szkoła. Matura.

  • Proszę opowiedzieć o szkole. Gdzie się pani uczyła?

Chodziłam do gimnazjum… jest teraz na Klonowej… tam zrobiłam trzecią i czwartą klasę. Przedtem uczyłam się w domu. Do drugiej gimnazjalnej byłam uczniem, uczyłam się w domu. Potem trzecią i czwartą w gimnazjum. I potem już było konspiracyjne liceum, a ja się zapisałam do liceum ogrodniczego. Było takie liceum ogrodnicze Wiśniewskiego. No i tam… Ale potem żal mi się zrobiło, że nie będę miała zwykłej matury i zapisałam się równocześnie na komplety. I zyskałam na tym, bo w 1944 roku zdałam maturę, a egzaminy maturalne z tego liceum miały być dopiero we wrześniu. No więc do nich nie doszło. Potem moje koleżanki miały różne kłopoty, żeby zdobyć maturę, a ja już miałam sprawę załatwioną. Potem, po Powstaniu znalazłam się w Częstochowie, tam się zapisałam na kursy akademickie, bo tam był Uniwersytet Ziem Zachodnich… No i to też było tajne… aż do końca wojny. A potem przeniosłam się do Poznania i tam już kończyłam studia.

  • W czasie od 1942 roku do Powstania mieszkała pani tylko z ciotką?

Tak… To był taki kołchoz. Tam mieszkało bardzo dużo młodzieży, bo to było takie stare, przedwojenne, duże mieszkanie. No i wszyscy tam mieszkali, mieszkałam z siostrą, kuzynami, z bratem…

  • Proszę powiedzieć o działalności konspiracyjnej właśnie od 1942 roku. Jak wyglądały te wszystkie kursy?

Były zebrania… Byliśmy podzieleni na tak zwane „piątki”. Znaliśmy się tylko z numerów, nie było znajomości po imieniu… W tej najbliższej piątce to znaliśmy się, bo były kontakty, wiedzieliśmy o sobie, ale już potem, dalej to już nie. Były tylko numery. Były piątki, była „piątkowa”, która się opiekowała tą grupą i raz na tydzień, czy może częściej, były zebrania. To zależało. A potem były kursy sanitarne. To już były kursy w szpitalach. Przeważnie były w Szpitalu Czerwonego Krzyża, bo tam było dużo lekarzy bardzo zaangażowanych w pracę konspiracyjną i pielęgniarki. I tam odbywały się kursy. Potem był egzamin. A w tym były jeszcze szpitalne praktyki. Odbywałam tę praktykę w szpitalu na Kopernika. To były [praktyki] w ambulatorium, potem na salach. To wszystko trwało wiele miesięcy, zanim myśmy się nauczyły.

  • Czy zebrania odbywały się w prywatnych domach?

Tak, w prywatnych domach.

  • Zawsze gdzie indziej?

Raczej się nie powtarzały. Raczej w różnych mieszkaniach. Chodziło o to, żeby to nie było w jednym miejscu, żeby nie zwracać uwagi, że te same osoby przychodzą… jakoś regularnie.

  • Jak zapamiętała pani wybuch Powstania?

Wybuch Powstania. To było tak, że po maturze pojechałam do mojego rodzinnego domu, ale miałam polecenie wrócić 24 lipca, bo już było wiadomo, że coś się szykuje. I wróciłam. Zresztą ostatnim pociągiem, bo Dęblin już był w rękach sowieckich i ostatnim pociągiem, który jechał tylko do Dęblina, dojechałam do Warszawy. I chyba 29 [lipca] byliśmy zmobilizowani. Na Powiślu, w mieszkaniu naszej piątkowej. Byliśmy tam przez te kilka dni. Równocześnie my w jednym pokoju, [a] w drugim pokoju była zmobilizowana grupa jej brata. Było nas bardzo dużo. A potem już, jeszcze przed wybuchem Powstania, objęłyśmy placówkę w Poczcie Saskiej na Krakowskim Przedmieściu. I tam nas zastało Powstanie. Byliśmy tam uwięzieni dlatego, że całe Krakowskie Przedmieście było w rękach niemieckich. Właściwie wszystko było naokoło [pod obstrzałem], tak że dopiero po dwóch dniach nawiązaliśmy kontakt ze Starym Miastem i piwnicami, takimi przejściami przeszłyśmy na Stare Miasto. Objęłyśmy placówkę w obecnym Ministerstwie Zdrowia. […] Barykada była na rogu Miodowej i… nie Krakowskiego, ale bliżej trochę trasy. Trudno powiedzieć, bo jest ta trasa WZ. A myśmy byli pierwszą placówką sanitarną. Nam tam przynoszono, przyprowadzano rannych i opatrywałyśmy ich na miejscu. Tych ciężej rannych odnosiło się do szpitala świętego Ducha, wtedy jeszcze. Potem nawiązałyśmy kontakt z naszym batalionem, z naszym dowódcą. I przenieśliśmy się na Kilińskiego, do szpitala polowego już związanego z naszym batalionem.

  • Jakie warunki panowały w szpitalu?

Szalenie prymitywne. Nie było mowy o słaniu łóżek, jak to nas uczono w [szkole]… o zmianie pościeli i tak dalej, bo tego wszystkiego nie było. Były materace, było trochę łóżek. Ludzie przynosili… udostępniali… To było w ogóle w prywatnym domu, w mieszkaniach. Część była w piwnicy, a część na parterze, a wyżej były kwatery powstańcze.

  • Jak było z zaopatrzeniem medycznym?

Zaopatrzenie medyczne było zgromadzone jeszcze przed Powstaniem. Było to, co potrzeba. Poza tym w ręce powstańców dostały się Stawki. Tam były niemieckie magazyny. No i tam były duże magazyny żywnościowe, były tam leki i umundurowania; sławne panterki niemieckie. To było szczytem elegancji, mieć taką panterkę.

  • Do kiedy była pani na Kilińskiego?

Na Kilińskiego… 29 był nalot i ten szpital został zniszczony. Ja zresztą też byłam przysypana, odkopali mnie spod tego… Miałam szczęście, bo to był taki pokój, gdzie leżały ranne sanitariuszki. Byłam po nocnym dyżurze, bo przeważnie miałam nocny dyżur… Przyszłam, usiadłam przy łóżku mojej bliskiej koleżanki i tak sobie rozmawiałyśmy. Miałam pójść się położyć spać, ale rozmawiałyśmy, siedziałam w pozycji oparta o ramę łóżka. I jak nagle się zaczęło, zrobiło się ciemno, zatrzęsło się i wszystko się zawaliło. Mnie uratowało to, że taka… szyna metalowa, która podtrzymywała strop zatrzymała się nade mną i nie przysypało mnie to całkiem. A ponieważ siedziałam w tej pozycji, to miałam trochę powietrza i wobec tego się nie dusiłam. Jakoś się do mnie dobrali. Bardzo szybko mnie wyciągnęli. Nikogo więcej z tego pokoju nie wyciągnęli. Wszyscy zginęli. Nie można było odsypywać, bo to był stary dom i te cegły… co się ruszyło, to leciały następne. Jeszcze długo się odzywali, wołali. Jeszcze tam pracowali, ale nie dało się…

  • Miała pani jakieś obrażenia?

Byłam poobijana. Ponieważ na rękę ucisnął taki blok… miałam taką [ściśniętą pięść]… i tej ręki nie mogłam rozprostować, a poza tym byłam poobijana, [miałam] poobdzieraną skórę, ale w zasadzie wszystko było w porządku. Potem przeszłam… Wezwał mnie dowódca i powiedział, że ewakuujemy się kanałami. W pierwszym rzędzie ranni… i że ja też mam z nimi iść. Ja się strasznie buntowałam, nie chciałam iść, zostawiać, ale powiedział: „No już, to jest rozkaz!” Jak rozkaz, to rozkaz. „Zresztą będziesz się opiekowała tymi rannymi.” Rzeczywiście cały czas w kanałach na plecach ciągałam takiego rannego. Przeszliśmy kanałami, weszliśmy na placu Krasińskich, a wyszliśmy na Wareckiej. Przechodziło się pod Krakowskim Przedmieściem. Na Krakowskim Przedmieściu byli Niemcy. Słychać było, jak oni chodzą, przy włazach musieliśmy się zachowywać cicho, żeby nas nie usłyszeli. Na szczęście te kanały nie były takie [niskie]… Szło się w pochylonej pozycji, nie można się było wyprostować, ale nie trzeba się było czołgać… Trwało to kilka godzin, zanim żeśmy wyszli. I ten Nowy Świat, cały dom, światła, szyby w oknach… Ja poszłam na Okólnik, na Okólniku mieliśmy zbiórkę. I tam na trzecim piętrze mieszkała ta moja piątkowa, ale jej nie było, tylko była jej ciotka. Przyjęła mnie bardzo serdecznie. Napuściła nawet wody do wanny i mogłam się wykąpać… Spałam. Potem byłam świadkiem, jak ludzie wychodzili z kanałów, to był taki straszliwy zapach. Coś nieprawdopodobnego. No i w łóżku z pościelą, to była rzecz niesłychana. Potem… wyszłam z tego ze straszną gorączką. To się nazywało grypa żołądkowa. Dotarłam potem na Chopina do mojej ciotki, która mnie nie poznała, jak mnie zobaczyła. Patrzyła na mnie. Ja mówię: „Ciociu”. Nie poznała mnie. Parę dni leżałam prawie zupełnie nieprzytomna. No i jakoś z tego wyszłam. Potem już nawiązałam kontakt z [moimi]… Ja przeszłam 29, a oni przeszli 31. Próbowali się najpierw przebić przez Ogród Saski. To było niemożliwe, wobec tego przeszli kanałami. Już miałam trochę ograniczone działanie przez tą rękę, bo miałam ją niesprawną. Wszyscy mówili: „A jakie ty masz szczęście, że to lewa ręka”. A ja jestem właśnie mańkut. Tak się działo do 2 października, z tym, że… to Śródmieście, tak prawda wspaniałe jak w sierpniu, to po tym wszystko zaczęło się walić.

  • Czy to od momentu, kiedy pani wróciła do ciotki do mieszkania?

Tak, ja już tam wtedy nocowałam, w dzień chodziłam tam do szpitala.

  • Do którego szpitala?

Potem były na Hożej i na Pięknej. Te same szpitale naszego batalionu. Potem wyszłam z ludnością cywilną. Dlatego, że jakoś… nie wyszłam z wojskiem tylko wyszłam z [cywilami]… Tam były malutkie dzieci, moja kuzynka. Stwierdziłam, że jednak powinnam im pomóc i wyszłam z nimi. Wywieźli nas do Bochni. Jeszcze jak nas zaprowadzili… bo [przyprowadzili nas] do Ursusa do Pruszkowa, do warsztatów kolejowych, takie wielkie hale, to mnie od razu oczywiście wygarnęli, no bo młoda dziewczyna, na roboty. No to ja [poszłam] do takiej hali, gdzie przyjmuje lekarz. Do godziny trzeciej. Jest godzina druga, w pół do trzeciej. Jakoś się dostałam do tego lekarza. Podeszłam. Taki chłopak, który wpuszczał, jakoś się widocznie zlitował nade mną. W każdym razie wpuścił mnie. No i lekarz – Niemiec pyta, co jest? Ja mu pokazuję tę rękę. On się pyta: Sind Sie mit Familie? A lekarka Polka, która siedziała tak patrzyła na mnie, takim wzrokiem. Mówi: „Pani jest z rodziną, prawda”? Ja mówię: „Tak, jestem z rodziną”. To był taki poczciwy starszy pan, ten lekarz. Też mu się zrobiło żal, dał mi taką kartkę zwalniającą mnie z tego, że mogę przejść do innej… Wychodzimy, taki żandarm chodzi i wyczytuje nazwiska tych, którzy mają wyjść, a tutaj zamiast trzydziestu osób, zjawia się sto. Ten machnął ręką i czyta od początku. No znowu te… Ach, wszystkich przeprowadził. Nie dociekał. No i nas wywieźli do Bochni, ale to są już losy popowstaniowe.

  • Chciałabym jeszcze wrócić do Powstania, też do szpitala. Mówiła pani o warunkach, że wszystko dobrze było zorganizowane przed Powstaniem.

Bo mieliśmy znakomitego lekarza – doktór Morwa. To był chirurg. Ale on był świetnym organizatorem, świetnym szefem. Wszystko trzymał bardzo krótko.

  • I do końca Powstania, jak pani służyła w szpitalu, to nie było żadnych problemów z zaopatrzeniem, z opatrunkami?

Były. To jakoś to było… Oczywiście, że to nie było tak, że leżało w szafce i brało się, a jak nie było, to się zamawiało i… tak jak jest teraz. Ale jakoś sobie radziliśmy… Ja na przykład nie potrafię powiedzieć, co myśmy jedli. Wiem, że była ta „kasza-pluj” sławna, ale nie mam zupełnie w pamięci tego, co się jadło i jak się jadło. Wiem, że się dostawało jakieś zupy, jakieś miski, czy coś, ale to jakieś takie było nieistotne, nieważne. Wiem, żeśmy zawsze nosiły w kieszeniach kostki cukru. Cukier ze Stawek. To bardzo pomagało, bo to podtrzymywało.

  • A nie pamięta pani, żeby pani chodziła głodna?

Nie. Tak głodna ze świadomością, że nie będę miała co jeść, to nie. Głodna byłam, bywałam, tylko… To jest wtedy, jak jest się głodnym i nie ma się możliwości. A tam zawsze jakieś jedzenie było.

  • Jak było z wodą?

Chodziło się po wodę do studni. Na Starym Mieście nie było już wodociągów. Trzeba było przynosić wodę.

  • Mówiła pani, że miała pani głównie dyżury nocne.

W szpitalu miałam nocne. Ale przedtem, jak pracowaliśmy w tym punkcie, to nie były nocne dyżury. Było różnie, no bo było dwadzieścia cztery godziny. Ten punkt, te barykady były czynne całą dobę. Takie przeżycie, naprawdę, na samym początku Powstania to było wielkie przeżycie, jak na ulicy Koziej, Niemcy wpadli do kamienicy, wyciągnęli wszystkich mężczyzn i rozstrzelali ich. Ale nie wszystkich zabili i myśmy potem, jak Niemcy się wycofali, to myśmy tam poszły żeby ratować tych ludzi. I było masę osób ciężko rannych, postrzelonych. To było makabryczne.

  • Pamięta pani swoje koleżanki, z kim się pani najbardziej przyjaźniła?

Myśmy były zżyte jeszcze z czasów przedpowstaniowych. Myśmy stanowiły jedną grupę. Najbliżej byłam z Krysią, z którą do dzisiaj utrzymujemy bliskie stosunki. Ale było też trochę takich osób, które po prostu przyszły, jakoś się dołączyły i potem się straciło z nimi kontakt. Miałam taką koleżankę, z którą nosiłam [nosze]. Byłyśmy mniej więcej jednego wzrostu, wiec łatwo nam było te nosze nosić. Nie wiem w tej chwili, co się potem z nią stało. Gdzieś się zagubiła. Aleśmy bardzo dużo nosiły. […] Właśnie tam na Koziej, przymierzyłyśmy się do noszy we dwie… Ten pan ważył… to był lekarz, bardzo miły, postrzelony, zresztą nie przeżył. On ważył ponad sto kilo. Tak, że myśmy musiały go nieść we cztery.

  • A przejście kanałami, pani wtedy sama była osłabiona, jeszcze musiała pani pomagać…

No tak, właśnie całą drogę… na mnie, na moich plecach… niezupełnie leżał, bo on szedł, tylko tak się na mnie podpierał.

  • Ile to godzin trwało?

To trwało chyba cztery, czy pięć godzin. A to jest taki nieduży kawałek, z placu Krasińskiego na Warecką.

  • Kiedy były dyżury nocne, to była praca, a co pani robiła poza dyżurami?

Pomagałam w ambulatorium, na sali opatrunkowej. Co mi tam wyznaczyli. Tam było parę godzin odpoczynku. No a w nocy też było dużo [pracy]… Przyszli ranni, to trzeba było a to [dać] pić, a to to, a to tamto. A to trzeba było opatrunki zmieniać, a to robić zastrzyki.

  • Jaka atmosfera panowała w szpitalu? Czy były takie momenty, że na przykład się siedziało wieczorami, śpiewało się jakieś pieśni patriotyczne?

Z tymi pieśniami patriotycznymi… Oczywiście śpiewało się pieśni patriotyczne, ale wtedy najmodniejszą piosenką w tamtych czasach były „Złociste chryzantemy”. I bardzo chętnie myśmy te „Złociste…” [śpiewali]. To był taki szlagier, tak jak teraz są różne modne. Różne piosenki [się śpiewało], całkiem cywilne, normalne. Ale oczywiście były tam jakieś wieczornice, jakieś takie bardzo podniosłe [momenty]. Poza tym była też opieka duszpasterska. Mianowicie ojciec Tomasz Rostworowski był naszym kapelanem i codziennie odprawiał msze święte na podwórku.

  • Codziennie? Nie tylko w niedziele?

Nie. Codziennie.

  • Czy były jakieś uroczystości, oprócz mszy świętych? I oprócz tych śpiewów?

Myśmy były w takiej trochę wydzielonej [strefie]… bo w szpitalu nie było bardzo czasu na to. Ja nie bardzo sobie przypominam. Ale były, na pewno były, bo potem słyszałam od koleżanek i od kolegów, że tam sobie [organizowali] na kwaterze, na wyższych piętrach.

  • Rozumiem, że nie miała pani żadnego kontaktu z bronią?

Nie, nigdy tego nie chciałam.

  • Czy zetknęła się pani bezpośrednio z żołnierzami hitlerowskimi?

Owszem. Znaczy nie, z rannymi. Kiedyś szłyśmy właśnie z Marysią ulicą Długą. Wyszli do nas żołnierze z jakiegoś innego zgrupowania i widzieli, że my jesteśmy z opaskami. „To chodźcie, bo mamy tu rannego Niemca.” No to myśmy poszły, opatrzyłyśmy go i potem wróciłyśmy. Wtedy jeszcze nie byłyśmy u doktora Morwy, tylko taki doktór Roman… Nieciekawa figura. No i opowiadamy, jaką miałyśmy przygodę. A on: „Jak rzesz mogłyście?! Niemca”?! „Jak rzesz Niemca? To nie był Niemiec, to był ranny człowiek i obowiązkiem naszym było mu pomóc.” Nie ma znaczenia, kim jest człowiek, który potrzebuje pomocy. Mieliśmy też u nas wśród rannych Ślązaka, Polaka, który był włączony do armii pod przymusem. […] Bardzo miły chłopak.

  • Czy były jeszcze jakieś kontakty z hitlerowcami?

Jak wychodziliśmy z [Warszawy] no i jak nas wyrzucali tam z Chopina: Raus, raus! I tak dalej. Kazali wychodzić. Potem nas prowadzili z psami i z bronią.

  • Czy zapamiętała pani żołnierzy jakiś innych narodowości, którzy walczyli albo tłumiąc Powstanie, albo ramię w ramię z powstańcami?

Była armia Kamińskiego, oni [byli] na Starym Mieście, tylko mnie już wtedy nie było, jak Stare Miasto upadło i oni tam szaleli. Przeszłam to Powstanie właściwie sama osobiście nie mając dramatycznych przeżyć takich, że mnie stawiali pod ścianą i rozstrzelali, czy coś takiego. Takich przeżyć nie miałam.

  • Jak zapamiętała pani kontakty z ludnością cywilną?

Bardzo życzliwe. W Śródmieściu przecież potem przechodziło się tymi piwnicami, które były pełne ludzi, którzy tam się ukrywali przed bombardowaniem. Ale nie spotkałam się z [nieprzyjemnościami], chociaż słyszałam potem, że były takie jakieś [incydenty], ale ja się z tym nie zetknęłam. Zawsze [było] bardzo życzliwie. Przynosili nam różne rzeczy dawali, pomagali.

  • Czy przez okres Powstania miała pani dostęp może do prasy podziemnej?

Tak. Były różne wydawnictwa, komunikaty… Jakieś takiej ideologicznej prasy nie.

  • Pamięta pani tytuły tych gazet?

Ja już nie odtworzę… No przed Powstaniem był ten najważniejszy „Biuletyn Informacyjny”, który się czytało i przekazywało dalej. W czasie Powstania dużo było takich różnych ulotnych druków i wydawnictw, ale już nie odtworzę.

  • Czy pani, albo pani koleżanki może pisały pamiętnik podczas Powstania? Czy zwyczajnie nie było na to czasu?

W czasie Powstania to nie było na to czasu. Chyba potem pisały wspomnienia. Ale i takie krótkie notatki z czasów Powstania tak. Ja nie, ja w ogóle nie mam sympatii pisania, przychodzi mi to z trudem.

  • Czy w czasie Powstania był dostęp do radia?

Było radio, tak. Tylko myśmy nie miały czasu, żeby słuchać. Ale było.

  • Jakie było pani najlepsze wspomnienie z Powstania?

Najlepsze wspomnienie z Powstania… Może trochę zabawne… Nie wiem, czy najlepsze, ale takie, co mi utkwiło. Jak zdobyli Stawki, to nam chłopcy tam na Miodową właśnie przynieśli jajka. Jajka… nie widziane tyle czasu. Radość, zrobimy sobie omlet. A jeszcze taka pani, która się opiekowała (ona chyba była woźną), dała nam słoik konfitur własnej roboty, ze swojej spiżarni. No i postanowiliśmy, że zrobimy sobie omlet z konfiturami. Do kuchni nie ma wstępu. Hasło: omlet. Omlet – konfitury. Nikt nie może wejść. No i mamy już ten omlet gotowy, a tutaj z tej barykady wycofywał się taki dowódca, zmieniał [miejsce] i zaszedł do nas. Usiadł sobie pogadać. Był szary, zupełnie szara twarz. Tak potwornie zmęczony. Myśmy tylko spojrzały po sobie i dałyśmy mu ten omlet.

  • To piękne.

Fajne.

  • Czy pamięta pani jeszcze jakieś anegdoty?

No były takie. W szpitalu na Kilińskiego był taki pokoik gospodarczy, gdzie jedna z moich bliskich koleżanek była tam szefem. Tam było łóżko. Więc ja po nocnym dyżurze szłam do Janki, Janka mówi: „No połóż się…” Ona była starsza od nas, więc się nami opiekowała. Myśmy były smarkate, przecież miałyśmy po osiemnaście lat.

  • Nazwisko Janki pani pamięta?

Pawłowska. Nie żyje już. Kilka lat temu umarła. A ona już była taka starsza, taka doświadczona. Kładła mnie tam…. No, ale był też taki oficer, który też po dyżurze filował na to łóżko. Kto pierwszy, ten był wygrany. Jak on się nazywał, to już nie pamiętam. Ale to była jedna z takich zabawnych sytuacji. Przynieśliśmy kiedyś rannego do szpitala, lekarz przyjmował go i tak spojrzał na nas i mówi: „Ile ty masz lat dziecko?” Ja mówię: „Osiemnaście i pół.” A on tak mnie poklepało ramieniu i mówi: „Oj dzieci, dzieci”.

  • Ale nie obraziła się pani?

Nie, nie. To było takie bardzo ojcowskie. On sobie lepiej zdawał sprawę z tego, co to jest i co się dzieje, niż my. Myśmy byli pełni entuzjazmu. To wejście na Stare Miasto w pierwszych dniach sierpnia, to było coś cudownego! Tutaj „Warszawianka”! Tutaj absolutna wolność! To było coś zupełnie nie do opisania. Ta szalona radość, że nareszcie jesteśmy u siebie. Wydawało się, że to już na pewno jest koniec tej okropności.

  • Czy najgorszym wspomnieniem był właśnie moment bombardowania?

Nie wiem. Ja sobie leżąc tam… najpierw rozmawiałam z tą Irką i żeśmy sobie przekazywały swoje dane. Jeżeli któraś z nas się uratuje to żeby [przekazać]. A potem to już marzyłam o tym, żeby stracić przytomność i żeby nie [oglądać tego]. W takich sytuacjach to człowiek sobie tak przeżywa całe swoje życie. Pomyślałam sobie – nie musiałaś, bo przecież mogłaś zostać tam… Ale nie żałuję. To było coś tak… trudno to wyrazić. To było coś bardzo wspaniałego, to przeżycie. To zresztą tkwi w nas wszystkich do dzisiaj. My się spotykamy i jest taka serdeczna więź między nami mimo, że nie znaliśmy się tak bardzo blisko, poza kilkoma osobami.

  • Czy zetknęła się pani może z jakimiś przypadkami okrutnych zbrodni popełnionych przez Niemców podczas Powstania?

Bezpośrednio nie. Są takie wspomnienia Basi Piotrowskiej, o tym jak szpital na Długiej, ale nie ten nasz, tylko w Archiwum Akt Dawnych, na rogu Długiej i Kilińskiego. No to oni tam mordowali… mordowali straszliwie.

  • Pani wiedziała o tym podczas Powstania, czy dopiero potem się dowiedziała?

Potem się dowiedziałam. Bo to było już po moim wyjściu. Ale o tym, że mordują [się wiedziało], chociażby tam na tej Koziej. Myśmy poszły ratować tych ludzi, którzy jeszcze żyli. Przecież to była zbrodnia. Wyciąganie tych ludzi z tej [kamienicy]… A jeszcze to ten czołg, ten sławny goliat. To przecież było przy naszej kwaterze.

  • Pani to widziała na własne oczy?

W tym momencie, kiedy ten czołg był, to ja wchodziłam, otwierałam drzwi i te drzwi ze mną, na dwie strony się tak [otworzyły]. Tak jak normalnie przecież nie można drzwi otworzyć w odwrotną stronę. To ten szalony wybuch tak te drzwi przekręcił. A potem jak nam zaczęli przynosić rannych, to było coś niesamowitego, to było aż straszliwe. Tam kilkadziesiąt czy kilkaset (teraz już nie wiem) [ludzi] zginęło. Także na drzewach były ich części. To coś potwornego. A masę osób było rannych i przecież nie było gdzie kłaść, nie było w ogóle… No nie wiadomo było co robić. To było przerażające.

  • Pamięta pani jak najdłużej pani pracowała w szpitalu bez snu? Ile to mogło być godzin?

Trudno mi powiedzieć. Bo jednak zawsze jakaś godzina czy coś, jakiegoś odpoczynku była. Trudno [mówić] o takim normalnym przespaniu osiem godzin, to nigdy nie było mowy. Spało się tam dwie, trzy godziny. Nie potrafię powiedzieć [dokładnie].

  • Wróćmy teraz do momentu, kiedy już pani wyszła z Powstania. Po Pruszkowie.

Po Pruszkowie nas wywieźli takimi bydlęcymi wagonami, wsadzili nas i wywieźli nas do Bochni, to kawał drogi za Kraków. I tam nas wysadzili na takim ryneczku i tamci mieszkańcy Bochni między sobą podzielili uchodźców. Myśmy trafili właśnie z ciotką i z moimi kuzynkami do urzędników tych żup solnych. Bardzo sympatyczni, bardzo [miło] nas przyjęli. Myśmy były tam chyba tydzień. Potem pojechałyśmy razem z ciotką już do Częstochowy, bo tam miałyśmy kuzyna i tam się dowiedziałam, że są kursy akademickie, że mogę [pójść]. Znałam takiego jednego Paulina z Jasnej Góry, który w czasie okupacji prowadził rekolekcje i on poświadczył, bo nie miałam żadnych dowodów po temu, że zdałam maturę i zapisałam się na te kursy akademickie. Też oczywiście tajne, to się chodziło do mieszkań. To się nazywało wydział rolniczy. Sympatyczne były te [czasy]. Z tym, że ciągle były łapanki, bo szukali na roboty. Tak było do stycznia. W styczniu przyszli Sowieci.

  • Co się później z panią działo?

Mieszkałam wtedy już u takich moich kolegów, koleżanki właściwie, małżeństwa kolegów z konspiracji. I tam zakwaterowali takich dwóch oficerów. Po całym mieście [chodzili] ci ranni ze szpitali, w takich piżamach, obandażowani. Siedzieli wszędzie pod płotami, zwykle pijani. My się ich pytamy: „Co wy robicie z tymi swoimi ludźmi?” [niezrozumiałe – niem.]. Kursy trwały do maja. W międzyczasie jeszcze odnalazłam rodzinę, pojechałam i znalazłam mamę i moje rodzeństwo. I potem wróciłam. Ponieważ to był Uniwersytet Ziem Zachodnich, więc się przeniosłam do Poznania. I już tam od 1945 roku zaliczyli mi te wykłady, tylko musiałam zrobić ćwiczenia. I już kończyłam studia w Poznaniu.

  • I już tam pani została?

Zostałam w Poznaniu do końca studiów. Potem dopiero przeniosłam się do Warszawy.

  • Czy miała pani kiedykolwiek jakieś nieprzyjemności z racji tego, że brała pani udział w Powstaniu?

Byłam tym obywatelem drugiej kategorii. Pewne rzeczy miałam niedostępne. Nie zapisałam się do żadnej organizacji. Ani do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, ani nawet do Ligi Kobiet. A kiedyś była bardzo zabawna sytuacja, bo mnie wybrano jako wiceprzewodniczącą Ligi Kobiet. Ja nie należałam, więc poszłam do tych pań i powiedziałam, że czuję się ogromnie zaszczycona żeście mnie wybrały, tylko niestety jest jeden szkopuł, ja nie należę. Nie mam zamiaru się zapisać. Takie były śmieszne historie.

  • A jakiś większych nieprzyjemności nie było?

Miałam jakieś kłopoty z awansem. Takie dokuczliwe, ale nie jakieś [straszne]…

  • Mówiła pani o swojej przyjaciółce, Krysi bodajże. Jak ona się nazywała?

Krysia Mieczkowska. […]

  • Pani rodzina na pewno się bardzo o panią martwiła, wiedząc co się dzieje w Warszawie…

Moja rodzina w ogóle nie wiedziała, co się ze mną dzieje. Dopiero jak w styczniu Sowieci zajęli Częstochowę, to można dopiero było nawiązać jakiś kontakt, więc ja wtedy pojechałam do Warszawy. Dowiedziałam się, gdzie jest moja rodzina, bo ich wyrzucili, bo to przecież było w domu. Moją mamę z dziećmi, z całą rodziną wyrzucili, pozwalając zabrać niewielką ilość rzeczy. No i dotarłam do mamy. A potem wróciłam, żeby kontynuować studia.

  • Jak pani teraz myśli o Powstaniu, mając doświadczenie i wiedzę, jaką pani w tej chwili ma, to jakie refleksje przychodzą pani do głowy?

To jest bardzo trudno, bo trudno powiedzieć, bo… jest wielu przeciwników Powstania, którzy uważają, że to był nonsens. Mnie jest trudno [oceniać]. Według mnie to było nie do opanowania. To musiało wybuchnąć. Każdy, który był w Warszawie, nie mógł inaczej myśleć. To były cztery lata, czy tam pięć lat takiego przygotowywania się. I ci Niemcy uciekający, wycofujący się ze wschodu. Po prostu to nie mogło nie wybuchnąć. Nie mogło. To lepiej chyba, że było [w] zorganizowany sposób, niż gdyby to miałoby być takie… A dla mnie to było wielkie przeżycie. Właściwie takie jedyne, absolutnie niepowtarzalne. Trudno mi mieć obiektywny sąd o tym, czy to było dobrze, czy to było źle. Zginęło strasznie dużo ludzi, ale ja nie jestem wcale pewna czy nie zginęliby… Czy porównywalna ilość osób nie wyjechałaby na daleki wschód, nie znalazłaby się przypadkiem w Związku Radzieckim. Dlatego, że oni mieli tak bardzo dobre rozpoznanie i potem szukali ludzi. NKWD szukało potem ludzi i jak ich dopadało to aresztowali, zamykali w więzieniach.

Warszawa, 31 marca 2006 roku
Rozmowę prowadziła Aleksandra Żaczek

Opublikowano za zgodą właściciela praw autorskich.

Kategorie
Przytoczno

Barbara Kuszell

Niestety nie dowiedziałem się o pogrzebie na czas. Prawdę mówiąc, o śmierci pani Barbary Jełowickiej z d. Kuszell dowiedziałem się zupełnie przypadkiem, dopiero kilka miesięcy temu. Tym bardziej jest mi przykro, że nie mogłem towarzyszyć Jej w ostatniej drodze. Niech to, co tutaj przeczytacie będzie formą podziękowania. Za to, że była…

Z panią Barbarą, podobnie jak z innymi siostrami Kuszell spotkałem się dwa razy. Tak naprawdę drugie spotkanie było w okrojonym „składzie”. Spotkaliśmy się w mieszkaniu pani Katarzyny i Heleny, towarzyszyła nam jeszcze właśnie pani Barbara. Jednak najpierw wróćmy do naszego pierwszego wspólnego spotkania. Wszystkie siostry i nas dwóch (Marcin i ja). Wyprawiliśmy się do Warszawy wówczas nie tylko pełni nadziei ale i obaw. Obaw, o to czy nie tyle ta wizyta przyniesie nam jakieś korzyści ile o to, czy zrobimy właściwe wrażenie. Czy staniemy się godni (choć to brzmi mocno) tego, aby powierzyć nam historię swojego życia, może nie całą ale chociaż jej fragmenty związane z Przytocznem? To wówczas ogólnie brzmiało bardzo abstrakcyjnie – my, taka wielka i bądź co bądź tragiczna historia. W istocie to było wyzwanie aby nie dać się ponieść i nie zadawać pytań z prędkością strzelającego karabinu maszynowego. I tak było, pytań niewiele, po prostu rozmawialiśmy.

Pani Barbara, mieszkała w Warszawie, na Żoliborzu, a spotkania jak już wspomniałem miały miejsce w mieszkaniu pani Heleny i Katarzyny. Wtedy, podczas rozmowy dowiedzieliśmy się o jej powstańczych losach, jak to się stało, że w Powstaniu Warszawskim wzięła udział, jak to się stało, że jej udało się to powstanie przeżyć. Człowiek wychowany w czasach pokoju i z zasadzie nie znający czym jest wojna, czym jest zabijanie, czym jest cierpienie po stracie rodziny, całej rodziny, nie jest sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Ja zawsze jestem pełen podziwu dla takich ludzi, którzy przedkładali dobro ojczyzny ponad wszystko. To nie jest łatwe, to jest niewyobrażalnie trudne aby walczyć, narażając i siebie i często swoich bliskich. I niech historycy dalej spierają się o to czy powstanie było potrzebne i co by było gdyby…Nam, żyjącym w pokoju pozostaje tylko to doceniać, że mamy okazję widzieć, słuchać i znać tych bezpośrednich uczestników tamtych strasznych czasów. I nade wszystko robić tak aby takie wydarzenia jak czas wojny i zniszczenia więcej w naszej ojczyźnie nie miał miejsca. Niedługo żyjących świadków tych wydarzeń już nie będzie, upływający czas zabierze ich i pamięć o tym co było zacznie zacierać się. Póki Ci ludzie, świadkowie historii żyją wygląda to wszystko inaczej, potem zostaną tylko wspomnienia, te mówione, pisane czy utrwalone w postaci filmów. Nic więcej.

Ja mogę tylko dzisiaj wyrazić to co czuję i myślę – pani Barbarze Jełowickiej z d. Kuszell mogę tylko podziękować, za to, że w chwili próby nie wahała się, że chciała podzielić się swoim życiem, że chciała podzielić się swoją historią, historią swojej rodziny i w końcu podziękować za to, że miałem taką możliwość, że mogliśmy spotkać się i porozmawiać.

  • Pseudonim – „Basia”
  • Data urodzenia – 1926-01-16
  • Data śmierci -24-10-2016
  • Stopień – sanitariuszka
  • Stopień – strzelec
  • Miejsce urodzenia – Przytoczno, województwo lubelskie
  • Imiona rodziców – Kazimierz – Maria z domu Konic
  • Pseudonimy – „Basia”, „74”
  • Udział w konspiracji 1939-1944 – Narodowa Organizacja Wojskowa
  • Oddział – Armia Krajowa – Grupa „Północ” – zgrupowanie „Róg” – batalion „Gustaw” – sanitariat – szpital polowy ul. Kilińskiego 3; po przejściu do Śródmieścia szpitale polowe: ul. Hoża 8 i ul. Piusa 24
  • Szlak bojowy – Stare Miasto – kanały – Śródmieście Północ – Śródmieście Południe
  • Losy po Powstaniu – Wyszła z Warszawy z ludnością cywilną.

W następnym artykule poznacie powstańcze i nie tylko losy pani Barbary.

Kategorie
Przytoczno

Na Marszałkowskiej.

Historia ta, jest tak naprawdę zwyczajna, o spotkaniu kilku osób.  Historia zwyczajna, choć ludzie zupełnie niezwyczajni…

O tym kim dla mnie, dla nas i dla naszej społeczności, dla naszej historii jest rodzina Kuszllów mogliście przeczytać w tym artykule – „Z wizytą u rodziny Kuszllów”). Niemniej jednak tutaj chciałbym nie tyle to powtórzyć co uzupełnić o nowe myśli.

Zapewne jest wiele więcej osób, które siostry Kuszell znają i dłużej i lepiej niż ja. Tak naprawdę miałem okazję spotkać się z Nimi tylko dwa razy. W żaden sposób nie uprawnia mnie to do tego aby powiedzieć, że znam siostry Kuszell. Nasze wzajemne relacje, mimo, że jak najbardziej nacechowane pozytywnymi emocjami, ograniczyły się w zasadzie do tych dwóch spotkań.

Jak więc opowiedzieć historię rodziny, choć znając ją osobiście, nie wiedząc o niej wiele? Bo tak naprawdę to nie będzie opowieść o rodzinie, czy biografia, to będzie wspomnienie o tym co było, co powoli przemija…

POCZĄTEK

Pierwszy raz o rodzinie Kuszllów usłyszałem kiedy byłem małym chłopcem. Wtedy właśnie pierwszy raz słuchałem opowieści mojego dziadka Adama o dziedzicu Kuszllu, o tym jakim był człowiekiem, jakim gospodarzem i jak to się stało, że historia nagle urywa się i majątek i dobra należące do dziedzica niejako przestają istnieć. Dla mnie to było jak mityczna opowieść, o wspaniałym człowieku, który kiedyś tutaj rządził. Czasy te wydawały mi się wtedy tak odległe, że samą opowieść przyjmowałem „na wiarę”, bo i dlaczego nie, przecież historię tą opowiedział mi mój dziadek, dlaczego miałby koloryzować. Oczywiście dziadek też dużo rzeczy usłyszał od innych, sam pojawiał się we dworze ale jako młody chłopiec jeśli pracował tam to tylko dorywczo. Wtedy również mimo, iż odwiedzałem miejscowy cmentarz w Przytocznie nie zwróciłem uwagi na nagrobki rodziny Kuszllów, tak więc moja wiedza o tej rodzinie była szczątkowa.

KUSZELL

Od początku zamysł był taki, że to będzie nasz główny temat, rodzina Kuszllów. Czy trzeba przypominać nadal dlaczego? Jeśli ktoś nie wie, a chciałby wiedzieć, w innych artykułach znajdzie odpowiedź.

Historię naszego pierwszego spotkania – w 2010 roku – już opisywałem (link powyżej). Teraz z perspektywy czasu mogę tylko snuć wyobrażenia, przywoływać wspomnienia o tej wizycie, myśleć co można było jeszcze powiedzieć, o co zapytać, może zrobić więcej zdjęć. Jednak to już się nie wydarzy, czas kiedy ta wizyta była, już dawno przeminął i nie powróci. Zdjęcie, które widzicie poniżej to być może ostatnie zdjęcie, na którym siostry Kuszell są razem. Ja dzisiaj wiem, że to zdjęcie powstało dzięki Nam. To zdjęcie i to co tu piszę zostanie jako ślad, że nasze wspólne spotkanie miało miejsce. Tyle i aż tyle.

Dnia 29 maja 2017r. zmarła Katarzyna Kuszell – najmłodsza z sióstr.

9 czerwca w Kościele pw. św. Karola Boromeusza na warszawskich Powązkach została odprawiona msza św. pogrzebowa.

Siedząc w kościele, jeszcze przed rozpoczęciem nabożeństwa myślami wracałem do naszego pierwszego spotkania. Emocje jakie nam (razem z Marcinem) towarzyszyły przekraczając próg mieszkania pani Katarzyny i Heleny (mieszkały razem) trudno mi nawet opisać. Myślę, wierzę, chociaż nie, mam pewność, że takie same emocje i chwile refleksji towarzyszyły wtedy właśnie wszystkim siostrom Kuszell. Nagle, w zasadzie bez zapowiedzi, odłożona gdzieś na daleką półkę historia ich młodości wraca do nich w postaci nas dwóch, zafascynowanych losami rodziny Kuszllów mieszkańców Przytoczna. Jak wiele by nie pisać i mówić, nie sposób w pełni oddać tych chwil.

Fot. Siedzą od lewej: Janina, Barbara, Katarzyna, Jadwiga, Helena.

Nagle spojrzenie na urnę z prochami śp. Katarzyny przypomina mi, że nie będzie już takiego spotkania, że takie zdjęcie nie powstanie…

Nie wszyscy wierzą w symbolikę pewnych zachować czy gestów jednak moją uwagę zwrócił fakt, iż kwiaty, które przyniosłem zostały położone obok urny z prochami, a później gdy ów urna spoczęła na płycie nagrobnej znowu kwiaty były obok. Może to zbieg okoliczności, może coś więcej…

Poniżej kilka zdjęć, które udało mi się zrobić.

Pani Janina Kuszell, jako jedyna siostra wzięła udział w nabożeństwie.

Kiedy składaliśmy kondolencje na ręce jedynej obecnej na pogrzebie siostry w myślach powtarzałem sobie – czy aby pani Janina mnie pamięta…?

…przedstawiłem się, powiedziałem , że jestem z Przytoczna, że kilka lat temu spotkaliśmy się (ja i Marcin) z wszystkimi siostrami Kuszell, czy w ogóle pamięta to spotkanie…?

…Pani Janina spojrzała na mnie – jej oczy, nie były pełne łez, raczej wesołe jak mniemam z powodu, że ktoś z tak dalekiego Przytoczna pamiętał i przyjechał – i  nie zapomnę tej chwili, mimo iż trwała ledwie sekund kilka – odpowiedziała:

– Na Marszałkowskiej!- powiedziała, a zabrzmiało to jakby chciała dokończyć moje pytanie, z takim przekonaniem i radością jakby ta wizyta była ledwie wczoraj…

Pomyślałem sobie, jednak pamiętała naszą wizytę, pamiętała nas. Warto było wtedy tam być, trzeba było teraz tutaj być. Nie tyle dla historii, ile po prostu dla drugiej osoby.

 

Dziękuję pani Marysi za wspólną podróż.

Myślę, że godnie reprezentowaliśmy Przytoczno na mszy pogrzebowej za duszę śp. Katarzyny Kuszell.

Kategorie
Przytoczno

186. Rocznica Bitwy pod Łysobykami – relacja.

Minęło już kilkanaście dni od obchodów 186. Rocznicy Bitwy pod Łysobykami. Czas aby to opisać, podsumować i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Tekst będzie jak najbardziej subiektywny, więc jeśli ktoś miałby inne zdanie to ma takie prawo a polemika, byle rzeczowa i „na temat” mile widziana.

Przy okazji muszę wspomnieć, że ostatnio mieliśmy również kłopoty z dostępem do strony, stąd też duże opóźnienie w publikacji tego i innych artykułów. W tej chwili wykorzystujemy tylko nasz profil aby publikować nowe materiały. Mam nadzieję, że problemy techniczne zostały zażegnane i spokojnie będziemy kontynuować naszą przygodę z historią.

Cóż, zawsze mam kłopot jak zacząć ów artykuł – pomimo tego, że krótki wstęp powyżej już jest. Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o to co się wydarzyło. Do tego przejdziemy za chwilę ale najpierw troszkę spraw, które z kronikarskiego obowiązku należy przedstawić.

Jak to bywało w ostatnich latach tak i w tym roku (uroczyste?) obchody 186. Rocznicy Bitwy pod Łysobykami, które odbyły się 18 czerwca 2017r. zostały zorganizowane przez Stowarzyszenie OSP Przytoczno Osiedle. Logistycznie i merytorycznie za przygotowania w największym stopniu odpowiadał autor niniejszego tekstu. Wiele osób brało udział w przygotowaniach, ale o tym w końcowej części artykułu, gdzie szerzej to opiszę.

Uroczyste? Chyba tak, skoro:

  1. innych obchodów nie było;
  2. w jakiś sposób było to wydarzenie podniosłe i ważne.

Jak co roku same przygotowania zaczęły się wiele dni przed 18. czerwca. W tym miejscu chciałbym tylko powiedzieć, że mimo, iż sam program obchodów może nie był bardzo okazały jednak wymagał sporo pracy i zaangażowania. To nie jest tak, że można zrobić to w jeden dzień. To po prostu nie jest możliwe. Sam zaś program po części wynikał z posiadanych przez nas środków finansowych. Bo tu kolejny fakt warty odnotowania – takie nawet skromne obchody wymagają zaangażowania pewnych środków finansowych. Trzeba zatem starannie zaplanować co podczas takiego wydarzenia należy w programie umieścić. Oczywiście, że mając dużo więcej pieniędzy można zrobić dużo więcej ale mając niewiele pieniędzy zrobić coś takiego jak tutaj… no cóż ocenę pozostawiam raczej będącym na miejscu.

Trudno recenzować siebie, swoje pomysły i swoją pracę choć spróbuję. Na początek coś „na minus” czyli co nie do końca się udało. Zawiodło nagłośnienie –  organy choć połowicznie działały, co w tamtej chwili wydawało się sukcesem należy uznać jednak za minus. To na pewno w jakiś sposób skomplikowało i umniejszyło „donośne brzmienie” tej uroczystości. Dla nas to lekcja na przyszłość. Poza tym trudno mi wskazać jakieś inne „wpadki”. Chyba ta jedna, w tym roku wystarczy.

Fot. W tym roku wydarzenie reklamowane było tym o to plakatem.

Meritum czyli o czym to było.

Ci, którzy uczestniczyli w tych obchodach, wiedzą jak było. Dla nich poniższe zdjęcia i moja relacja będzie tylko przypomnieniem. Dla tych, którzy z różnych względów nie byli, krótkie przypomnienie:

Bitwa pod Łysobykami – jedna z wielu bitew Powstania Listopadowego. Wydarzenia z dnia 19 czerwca 1831r. chcemy co roku upamiętniać jako nie tylko wydarzenie historyczne, które miało miejsce obok naszych domów ale nade wszystko pokazywać, że ta nasza historia nie może być zapomniana. Że, człowiek, każdy człowiek bez szacunku dla historii…(tutaj niech każdy sobie odpowie czym historia dla niego jest – w ten sposób zdanie dokończy). Słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego, które możecie przeczytać na stronie głównej doskonale wyjaśniają czym jest historia. Ja jeszcze często słucham tych słów, które niekoniecznie może mówią o historii ale ogólnie o sprawach ważnych.

Może i przesadzam z patosem, próbując z nieistotnej rzeczy zrobić coś wielkiego. Ale czy nieistotnej?

Program obchodów.

Sam program nie był obszerny – jak zawsze zaczęliśmy od mszy świętej. Potem krótką mowę o tej treści wygłosiłem ja, czyli autor tego artykułu:

(…) Dzięki naszej inicjatywie i w zasadzie uporowi to wydarzenie jakim jest uroczysta msza święta, tutaj w lesie za poległych w Bitwie pod Łysobykami ma miejsce. Chcemy aby te obchody były czymś więcej, stały się takim swoistym świętem, dniem w którym o naszej lokalnej historii pamięta się lepiej, wyraźniej, z większym zainteresowaniem. Dzisiaj i w minionych latach, dzięki naszemu zaangażowaniu i Waszej obecności to się udaje. Bo przecież bitwa pod Łysobykami to tylko jedna z naszych lokalnych historii. Jest dużo więcej ciekawych opowieści z przeszłości, które warto znać i pamiętać. Każdy kto miał okazję odwiedzić naszą stronę – przytoczno.pl – wie jak wiele ciekawych opowieści już opisaliśmy. Te już są znane, przed nami jeszcze wiele nieopowiedzianych. My ze swojej strony chcemy zrobić wszystko co jest możliwe, aby tak się stało, aby to miejsce i ten czas były jeszcze lepsze, godniejsze. Aby to się powiodło potrzeba czegoś więcej – zainteresowania ze strony innych, mieszkańców i nie tylko. Inaczej to miejsce będzie tylko posprzątanym lub nie placem z kamieniem po środku. Niczym więcej (…)

W tym roku do aktywnego uczestnictwa w obchodach włączyliśmy znanego historyka z Kocka, Pana Jacka Pożarowszczyka. Wygłosił on ciekawy referat na temat tej bitwy. Skąd wiem, że ciekawy? Każdy z uczestników, wspominając uroczystości nie omieszkał wspomnieć, że właśnie ten referat zrobił na nim pozytywne wrażenie – przy czym zarówno treść jak i sam prowadzący, który mówił w sposób ciekawy. Myślę, że to tylko początek i Pan Jacek jeszcze nie raz pojawi się na naszych uroczystościach z równie ciekawym referatem.

W zasadzie nieoficjalna część obchodów za chwilę się zacznie – co widać na zdjęciach. Nim jednak spróbujemy tradycyjnej grochówki i ciast, złóżmy podziękowania:

  1. przede wszystkim za pogodę – Panu Bogu – pogoda dopisała, mimo prognoz, które przepowiadały jednak deszcz.
  2. proboszczowi Mieczysławowi Mikulskiemu oraz ks. wikariuszowi Tomaszowi Mikołajczukowi za możliwość modlitwy w tym miejscu. Ponadto ks. wikariuszowi za wygłoszoną homilię – zarówno ciekawa, jak i w sposób godny wygłoszona.
  3. Pani Eli – za śpiew i grę w trakcie nabożeństwa.
  4. Za przybycie zaprzyjaźnionym jednostkom OSP – OSP KSRG Jeziorzany, OSP Krępa, OSP Stoczek Kocki.
  5. Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie za wypożyczenie mundurów z epoki, a Piotrkowi Kowalczykowi za ich odebranie i przywiezienie.
  6. Za przygotowanie posiłku – tradycyjnej grochówki Pani Małgorzacie Gomole.
  7. Za przygotowanie materiałów promocyjnych – plakatu i pamiątkowego magnesu dla Rafała.
  8. Dla wszystkich członków stowarzyszenia, naszych druhów, którzy aktywnie włączyli się w przygotowania tej uroczystości, zarówno tym młodszym jak i tym starszym. Bez naszej wspólnej pracy nie byłoby tego.

W sposób szczególny, wręczając symboliczną statuetką z dedykacją podziękowaliśmy: Wspólnocie Gruntowej wsi Jeziorzany oraz Wspólnocie Gruntowej wsi Przytoczno za okazaną pomoc – przekazanie środków finansowych, dzięki którym udało się przygotować tę uroczystość. Za wygłoszenie referatu również specjalne podziękowania dla Pana Jacka Pożarowszczyka z Kocka, który sposób interesujący przedstawił kilka faktów znanych i mniej znanych o bitwie pod Łysobykami.

Cóż, zbliżamy się do końca. Pozostaje obejrzeć zdjęcia zamieszczone obok.

Wnioski.

Przygotowywanie nawet tak niedużej imprezy okolicznościowej wymaga wiele pracy. W toku realizacji poszczególnych etapów, wszelkie niedociągnięcia, powstające na kolejnych odcinkach staraliśmy się eliminować. Jednak mimo to nie wszystko wyszło tak jak było zamierzone. Było również wiele pomysłów, których nie udało się zrealizować. Z różnych przyczyn. Przy realizacji tych obchodów powstało wiele nowych pomysłów i jest już wstępny plan jak ma to wyglądać za rok. Powiem tylko tyle, że warto czekać. Czas płynie szybko…

Nie będę oceniał kto i dlaczego przyszedł na te obchody albo kto i dlaczego nie przyszedł. Nie moja w tym rola jako organizatora. Wzorem lat ubiegłych, w tym roku i zapewne w latach przyszłych zaproszony jest każdy kto zaproszenie odczyta(ł).

Proszę o umieszczanie komentarzy poniżej.

Kategorie
Przytoczno

Trzeci raz o Przytocznie…Wielkanoc i nie tylko…

Wstęp.

Nie sądzę abym kiedykolwiek miał dosyć, mówiąc kolokwialnie czytania tych czy tym podobnych opowieści. Odkrywania coraz nowszych historii – choć przecież zdarzyły się wiele dziesiątek lat temu. Dlaczego? Odpowiedź zapewne wyda się trywialna ale i tak warto to powiedzieć: nie ma i nie będzie tego czasu, który minął, nie ma i nie będzie wielu „opowiedzianych” tu ludzi, panta rhei…

Zapraszam na kolejną opowieść Pani Krystyny. Jak zapamiętała czas Wielkiej Nocy w Przytocznie oraz inne wydarzenia, których świadkiem była?

Natomiast Wielkanoc w Przytocznie pozostawiła w mojej pamięci wzory kolorowych pisanek, grube pajdy puszystej baby i słodycz cieniutkich plasterków sękacza, ale przede wszystkim emocje wielkiego leja w drugi dzień świąt. Śmiechy, gonitwy, piski dziewcząt oblewanych kubłami zimnej wody, moczonych w stawie lub pod studnią. Długim korytarzem domu płynęły mokre strugi, aż zdenerwowana pani Maria mówiła swoje stanowcze „dość tego dobrego” i uczestnicy zabawy pierzchali w popłochu. Kończyły się Święta Wielkanocne, nadchodziła wiosna, a nią inne atrakcje. Pamiętam jeden jedyny raz podczas wojny, kiedy wszystkie pięć sióstr Kuszllówien dostało takie same nowe sukienki. Były różowe, z krótkim rękawkiem i dekoltem „w karo”. Jak pięknie w nich wyglądały, jakże im zazdrościłam! Ale i ja doczekałam pięknego krakowskiego stroju – uszytego nocami po kryjomu (żeby była niespodzianka) przez mamę i panią Marysię. Jeszcze tego samego dnia skąpałam się w nim w stawie, mimo że zabronione było się do niego zbliżać. Wybaczono mi tylko z powodu imienin, na które strój był prezentem. Odtąd z bezpiecznej odległości obserwowałam jesienne połowy, kiedy spuszczano wodę, i rybacy, a z nimi Antek, gołymi rękami wyciągali z błotnistego dna wielkie karpie. Podziwiałam dzielność Antka, gdy zanurzony po pas w brązowej mazi, trzymał w objęciach wielką rybę, która szamotała się, próbując czmychnąć.

Wiele mniej lub bardziej przyjemnych przytockich szczegółów utkwiło w mojej pamięci tylko fragmentarycznie. Zapamiętałam na przykład jak kucharka Wrzosowa – ku mojemu zgorszeniu – przedrzeźniała westchnienia pani Marii „O, Boże, bożycku”, dodając: „bodaj to przy cycku”. Albo jak przekleństwa pana Kazika, żeby „przyszli wreszcie ci bolszewicy” i zabrali sobie wszystkie jego kłopoty, woźnica Teodor komentował z politowaniem: „ale ten dziedzic głupi, ale głupi, chce, żeby bolszewicy tu przyszli!” Oboje państwo Kuszllowie byli gościnni, opiekuńczy i pomocni każdemu, kto był w potrzebie. A takich podczas wojny było wielu. Prześladowani czy głodni znajdowali w ich domu jadło i schronienie. Pamiętam, jak przedłużano stół w pokoju jadalnym, by pomieścić wszystkich domowników. A byli wśród nich uciekinierzy z Warszawy i Krakowa, np. adwokat Piechowicz z żoną i synem Jędrkiem, prof. Bartel z żoną, Jurek Łępicki, przyjaciel Andrzeja, przyjechał z Warszawy jak i Staszek Kłopotowski, narzeczony Basi, który wkrótce zginął w partyzantce. Trzynastoletnia Halszka Englertówna przybyła ze Śląska. W walizce przywiozła całą wyprawę, którą pokazywała mi z dumą, a ja oglądałam z podziwem. I wielu, wielu innych było przez Przytoczno przygarniętych, karmionych i pocieszanych. Zresztą nie byli to tylko przybysze z daleka. Państwo Kuszllowie, wychowani na ideach polskiego pozytywizmu i niepodległej II Rzeczpospolitej, wierzyli w postęp społeczny, mieli bardzo życzliwy stosunek do ludzi ze wsi i dbali  o ich potrzeby. Pani Maria chodziła do kobiet w połogu. Podczas wojny zorganizowała ośrodek zdrowia, do którego sprowadziła lekarza i pielęgniarki. Kiedy po zbadaniu całej przytockiej młodzieży doktor Snarski stwierdził niedożywienie, dla starszych z niej pani Maria zorganizowała pożywne drugie śniadania. Ja w ramach dożywiania dostałam kurę,  która codziennie znosiła mi jajko na mój ulubiony, słodki kogel-mogel. Kręceniem mojego przysmaku zajmowali się wszyscy domownicy po kolei. Nawet pan Kazimierz kręcił, a ja liczyłam do stu, myląc się często, co pan Kazik kwitował karcącym „oj, Krysiu, ta twoja arytmetyka…”

Oboje państwo Kuszllowie przed wojną walnie przyczynili się do budowy szkoły w Przytocznie. Do tej szkoły Antek i ja byliśmy zapisani, bo Niemcy wymagali od Polaków kształcenia na poziomie podstawowym. Uczyliśmy się wprawdzie w domu pod kierunkiem pani Heleny Małkowej i Tadeusza Nieśpiałowskiego, ale do szkoły biegaliśmy w te pędy, gdy tylko ze wsi przychodziła wiadomość, że będzie niemiecka wizytacja. Starsza młodzież uczyła się pod kierunkiem mego ojca (historia, łacina, francuski, niemiecki) i pani Konicowej (angielski), a kształcona tajnym sposobem młodzież z okolicy, kończąc kolejne klasy, przed nimi zdawała egzaminy.  Urządzała je na poczcie w Łysobykach pani dr. Rojszykowa, dentystka.

Ale najszczęśliwszym z moich przytockich dni był 15 maja 1942 roku. Wiedzieliśmy już, że starania mamy skutkowały i ojciec ma być zwolniony. Ale czy na pewno? Wielu wątpiło, bo nie słyszało się o zwolnieniach z Oświęcimia. Jednakże tego dnia już z samego rana nadeszła wiadomość z poczty w Łysobykach: ”Janina Serejska z mężem zawiadamiają, że wyjechali dzisiaj (piątek) autobusem z Dęblina do Przytoczna.”

Po południu we dworze było pełno gości – imieniny pani Zofii, (siostry  pani Marii),
pianistki, która podczas powstania warszawskiego, straciła nogę. Sprzątaliśmy z Leszkiem nasz pokój na przyjęcie rodziców, gdy niespodziewanie mama weszła mówiąc: „Może byście przyszli przywitać się z ojcem?”. Pognaliśmy w te pędy do jadalni, gdzie zobaczyłam ojca stojącego na środku stołu, a wszyscy goście i domownicy bili mu brawo. Patrzyłam na niego widząc, że uśmiecha się z zażenowaniem i rozgląda jakby za nami. Wtedy ktoś zapytał; „Krysiu poznajesz tatusia?” „Tak – odpowiedziałam – po spodniach”. Były to sportowe pumpy, zapinane na klamerki pod kolanem. Dziewiętnaście miesięcy wcześniej widziałam go w tych spodniach przed sklepem Lemieszków na krzyżówce w momencie, gdy gestapowiec, któremu ojciec próbował tłumaczyć, że aresztowani są niewinni, wymownym gestem zaprosił jego i księdza Kazimierczaka do ciężarówki pełnej wcześniej aresztowanych mieszkańców Przytoczna. O ile dobrze pamiętam młodych aresztowanych wywieźli na roboty do Niemiec, ale mego ojca i ks. Kazimierczaka do Lublina, a stamtąd do Oświęcimia.

Kategorie
Jeziorzany

Leon.

Mimo, iż Leon Wyczółkowski spędził tutaj niewiele czasu (tutaj, znaczy Ostrów nad Wieprzem) warto poznać tego artystę, jego życie i twórczość. To mini-kompendium ma przybliżyć Wam postać tego wybitnego polskiego malarza i rysownika. Opis, który znajdziecie poniżej to tylko niektóre wybrane etapy życia i twórczości Leona Wyczółkowskiego. Nie było moją intencją powielanie materiałów ogólnie dostępnych w internecie, które każdy z Was mógłby znaleźć bez trudu. Zapewne fakty opisane poniżej znajdziecie gdzie indziej, w innych opracowaniach, trudno tego uniknąć. Przeglądając informacje w internecie na temat Wyczółkowskiego nigdzie nie natknąłem się na informację, że dzieciństwo swoje spędził właśnie tutaj, nieopodal nas, w Ostrowie. Jakie ślady pozostały po rodzinie Wyczółkowskich na naszych ziemiach? Na pewno na cmentarzu w Przytocznie pochowani są krewni malarza (zdjęcia w galerii). Faktem jest również, że Wyczółkowski namalował obraz „Chrystusa na krzyżu”, który znajduje się w kościele p.w. Chrystusa Zbawiciela w Rykach. Wraz ze śmiercią ojca Wyczółkowski opuścił  Ostrów. Jednak zostały tutaj osoby z rodziny Leona, w rodzinnym Ostrowie pozostał jego krewny – Ksawery Wyczółkowski, ożenił się on z córką właściciela majątku w Kawęczynie – Marią Barthold i otrzymał w posiadanie dwa folwarki Mściska i Zalesie. Z wujostwem utrzymywał kontakty utrzymywał kontakty, a dla kościoła Św. Trójcy w Łysobykach namalował w 1882 r. obraz „Chrystus Pan w grobie”. Dzisiaj tego obrazu u nas już nie ma, został podarowany przez miejscowego proboszcza biskupowi siedleckiemu.

Czy Leon, jako dorosły człowiek odwiedził nasze strony? Odpowiedzi nie znam, na pewno był w Lublinie gdzie powstał cykl litografii „Lublin”. Może w owym czasie zdarzyło się, że Wyczółkowski również odbywał podróże sentymentalne do miejsc, w których się wychował. Wszelkie informacje jakie odnajdziemy, na pewno Wam przedstawimy.

Choć żył tutaj tylko chwilę, warto wiedzieć, pamiętać i być dumnym.

Na zdjęciu: Nagrobek krewnych Leona Wyczółkowskiego, Ksawerego i Marii. Cmentarz w Przytocznie.

Twórczość Leona Wyczółkowskiego rozwijała się współcześnie z malarstwem Aleksandra Gierymskiego. Obydwaj Ci artyści byli u nas prekursorami, a później wraz z młodszymi Podkowińskim i Pankiewiczem – pionierami impresjonizmu, który wówczas stał się już we Francji kierunkiem niemal akademickim.

Wyczółkowski urodził się 11kwietnia 1852r. w Hucie Miastkowskiej, w powiecie garwolińskim, w domu dziadka. Ojciec, Mateusz Wyczółkowski i dziadek ze strony matki, Jan Faliński, gospodarowali na roli. Ojciec miał Ostrów nad Wieprzem, cztery do pięciu włók z dworkiem pod strzechą. Był to szlachcic chodaczkowy rodem ze wsi Wyczółki na Podlasiu, posiadłości Krasińskich, pieczętujący się herbem Ślepowron.

Przyszły malarz chodził z Ostrowa do szkoły ludowej w Kamionce (pod Lubartowem). Źródłem najsilniejszych wrażeń dzieciństwa była przyroda – rzeka i las; rzeka Wieprz o zmiennym korycie między łąkami, mnóstwo ptactwa; wylewy rzeki, które sprawiały, że dom rodziców nagle znajdował się na wyspie. W lesie Wyczółkowski szukal tajemniczości, mroku, halucynacji, strachu i to pociągało go nieodparcie.

W dwa lata po śmierci ojca, w roku 1863 (powstanie styczniowe, nie znalazło odbicia w twórczości malarza, zapewne ze względu na wiek, ledwie 11 lat) spotykamy nazwisko Leona Wyczółkowskiego na liście uczniów gimnazjum w Siedlcach, okres powstania spędził w domu dziadków.

Śmierć ojca, a potem upadek powstania zamknęły dzieciństwo Wyczółkowskiego. Lata młodzieńcze, niezbyt szczęśliwe, ze względu na powtórne, nieudane małżeństwo matki(Antonina Falińska), spędził w Warszawie. Po ukończeniu gimnazjum siedemnastoletni Wyczółkowski wstąpił w roku 1869 do „klasy rysunkowej”, ówczesnej Szkoły Malarstwa i Rysunku. Po skończeniu szkoły młodemu malarzowi udała się wyprawa przez zieloną granicę na pięć dni na Wystawę Powszechną 1873r. do Wiednia. Gdy od poboru do wojska uwolnił go stryj łapówką, artysta zwrócił dług (sprzedając obraz Św.Kazimierz) i zaczął myśleć o wyjeździe na dalsze studia do Monachium. Co w owym czasie dawała Akademia Monachijska? Niewątpliwie uczyła solidnego malarskiego rzemiosła. W Polsce, w tym czasie nie było praktycznie handlu dziełami sztuki. Inaczej rzecz miała się w Monachium i na rynku europejskim, gdzie bogate społeczeństwo chętnie inwestowało w sztukę. Z pragnieniem malarzy przejścia przez Monachium  wiązały się więc i nadzieje na pozyskanie nabywców na rynkach europejskich.

Wyczółkowski trafił do Monachium w 1875r. Jego zetknięcie się z atmosferą rynku monachijskiego, a równocześnie nędza jakiej zaznał po wyczerpaniu środków pieniężnych, zdają się tłumaczyć nierówności jego działalności malarskiej : z jednej strony dzieła odpowiadające twórczemu zamysłowi autora, z drugiej zaś sztuka kierowana do odbiorcy (malarstwo pod gusta klienta, na sprzedaż). Wyczółkowski studiował w akademii monachijskiej 2 lata.

Wprost z Monachium udał się do Krakowa, do Matejki. Doznawszy od mistrza krakowskiego życzliwego przyjęcia, spędził Wyczółkowski w majsterszuli Matejki dwa i pół roku: 1877-1879. Mieszkał w domu Matejki, przy ulicy Floriańskiej razem z Kazimierzem Pochwalskim. Uczniem Matejki był też wtedy Jacek Malczewski, z którym Wyczółkowski zaprzyjaźnił się.

Zetknięcie z Matejką pozostawiło pewne ślady w Wyczółkowskim. Stąd powstał później cykl „Skarbca wawelskiego” gdzie widać wyraźny wpływ mistrza Matejki na prace artysty. W 1877 Wyczółkowski otrzymał po dziadku niewielki spadek w gotówce i w roku 1878 wybrał się z Antonim Piotrowskim do Paryża. Tam zwiedził Wystawę Powszechną i oglądał zbiory muzealne, zapoznawał się bliżej z wielką sztuką. Lata 1879-1880 spędził we Lwowie, gdzie zaprzyjaźnił się ze starszym od siebie Adamem Chmielowskim. Chmielowski dał Wyczółkowskiemu impuls do namalowania obrazu „Alina” według „Balladyny” Słowackiego. W roku 1881 powrócił do Warszawy. Ten okres życia to przede wszystkim portrety i modne sceny salonowe. Równocześnie rozwija swój talent kolorysty. Ukraina – to kolejny kierunek, czy może etap twórczości Leona Wyczółkowskiego. Modny wśród ówczesnych malarzy, a także literatów. Artysta malował wtedy głównie obrazy przedstawiające ludzi i przyrodę. Niemniej jednak ludzie pojawiali się zawsze przed przyrodą. Na pierwszym miejscu z ludem, na drugim z przyrodą – nie odwrotnie. Znaczna liczba obrazów z cyklu ukraińskiego, zakupiona na wystawach zagranicznych, rozeszła się po świecie. Dużo dzieł zaginęło w czasie wojny.

W 1895 roku Wyczółkowski na propozycję Fałata, nowego dyrektora Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie, objął w niej stanowisko wykładowcy.

  • Historyczne zabytki i pamiątki Krakowa zafascynowały Wyczółkowskiego  – byłego ucznia Matejki. Już w 1895r. zabrał się do malowania Wawelu. Malował nie tylko Wawel jako budowlę, ale i poszczególne przedmioty ze skarbca wawelskiego,
  • Portrety przyjaciół ze świata artystycznego lub twórców, na których indywidualność Wyczółkowski żywo reagował uczuciowo, są uderzająco trafne, głęboko wnikliwe. I nie tylko przedstawiają różnych ludzi, ale i jako obrazy są całkowicie różne,
  • Wielką popularność u klienteli mieszczańskiej zyskiwały „kwiaty” Wyczółkowskiego i właśnie powodzenie u tej publiczności nie pozwoliło mu w tej dziedzinie na osiągnięcie szczerego i odkrywczego artyzmu. Zmarnowała je produkcja seryjna, niemal fabryczna,
  • Wyczółkowski odnajdywał siebie i najpełniej rozwijał wielki artyzm w pejzażu. Przede wszystkim – w Tatrach. W Tatry jeździł wiele razy w ciągu dziesięciu lat, począwszy od roku 1904,
  • Za granicę Wyczółkowski jeździł na ogół na krótko i nie po to by malować, lecz by oglądać i rozszerzać swój widnokrąg artystyczny przez zetknięcie się z dziełami mistrzów.

Wyczółkowski mówił: „…moje rzeczy graficzne zostaną. Więcej przywiązuję do tego wagi, niż do wszystkich moich obrazów”. Grafika Wyczółkowskiego starczyłaby za całe i wielkie dzieło życia innego artysty. Poświęcił jej wiele energii twórczej w ciągu trzydziestu pięciu lat.

Wyczółkowski ustąpił ze stanowiska profesora Akademii (wcześniej Szkoła) Sztuk Pięknych już w 1911r. Wybuch wojny w roku 1914 zastał Wyczółkowskiego w majątku Malinowszczyzna koło Mińska, gdzie spędził lato i skąd przedostanie się do Warszawy kosztowało go sporo wysiłków. Do Krakowa artyście udało się wrócić w 1915r. Pierwszą tekę powojenną wypełnił cykl „Lublin” (17 litografii – Kraków 1918/1919).

W 1922 roku spełniło się wieloletnie marzenie Wyczółkowskiego, Poznański Wydział Krajowy w zamian za ofiarowanie swojej bogatej kolekcji ofiarował resztówkę pod Bydgoszczą – Gościeradz, nieopodal Puszczy Tucholskiej. Od 1929r. Wyczółkowski mieszkał na przemian w Poznaniu i Gościeradzu.

W ostatnim okresie życia Wyczółkowski tworzył cenne studia i arcydzieła graficzne. Gdy przekraczał osiemdziesiątkę, Wyczółkowski powiedział: „Szkoda, żem przy urodzeniu nie postarał się od razu o bilet powrotny na koleje życia, bo mi go wciąż za mało, by podołać wszystkiemu, co jeszcze miałbym w sztuce do powiedzenia”

Osiemdziesięciodwuletni artysta został powołany na stanowisko profesora warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Uczył grafiki w ciągu dwóch lat i tu, w Warszawie, po parodniowej chorobie zmarł 27 grudnia 1936r.

Na zdjęciu: Nagrobek artysty – Wtelno, dawne woj. bydgoskie, obecnie: województwo kujawsko-pomorskie, powiat bydgoski, gmina Koronowo, 16 km na północny zachód od centrum Bydgoszczy.

Bibliografia: „Leon Wyczółkowski” napisała Maria Twardowska. wyd.1962r. AURIGA. (Marcin dzięki za wypożyczenie książki:)

Ilustracje: internet.

Wpisany pierwotnie przez Administrator | 12 listopada 2009

Kategorie
Przytoczno

Wycieczka. Lublin i Lubartów.

Pogoda miała być lepsza (przynajmniej nie padało) jednak organizacyjnie wszystko ustalone, nie ma możliwości na zmiany, więc ruszyliśmy. Tym razem troszkę bliżej, bo tylko Lublin i Lubartów (ostatnio byliśmy w Warszawie – relacja tutaj). Pewnie dla niektórych żadna wielka atrakcja być w Lublinie czy Lubartowie jednak znaleźliśmy ciekawy powód aby te dwa miasta odwiedzić. Zapewne gdyby i czas i pogoda pozwoliły na więcej pewnie program byłby szerszy jednak to co zostało zaplanowane udało się zrealizować.

Wyjazd 8.30 do Lublina. Droga minęła szybko (kierowca jechał przepisowo), na miejscu byliśmy jeszcze przed otwarciem kina. Chwila czasu na odpoczynek, krótkie rozmowy i załatwianie formalności (to akurat dla nas). Aha, słów kilka o filmie, chociaż za chwilę krótka moja recenzja. Troszkę czytałem opinie innych osób, które już oglądały ten film i w znakomitej większości dominowały pozytywne recenzje. Zdać sobie trzeba sprawę, że to polski film, bez wielkiego budżetu a i historia ukazana w tym filmie nie każdego zainteresuje. Więc po przebrnięciu przez długi blok reklam czas rozpocząć seans filmowy.

O czym jest film „Wyklęty” w reżyserii Konrada Łęckiego?

To nie jest film o żołnierzach wyklętych, o ich historii (zwłaszcza historii jednego z nich), choć w opisie przeczytacie, że tak jest. I rzeczywiście jest pokazane kilka akcji przeprowadzonych przez żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Sceny całkiem fajnie nakręcone, realistyczne, jest głośno i aż gęsto od dymu. Od strony technicznej to się może podobać i jak dla mnie to mocny punkt tego filmu. Dużo w filmie jest przywoływania scen minionych – minionych zdarzeń. Główny bohater Franciszek Józefczyk „Lolo” często „wraca myślami” do minionych dni. Zabieg ten m.in. w kinematografii określa się jako „retrospekcja”. Na pewno reżyser w swojej koncepcji słusznie użył tego środka, jednak jak dla mnie w zbyt dużej ilości. Miejscami historia mocno się rozciąga i staje się po prostu monotonna, żeby nie powiedzieć nudna. Nie będę jednak opowiadał Wam filmu, proponuję go obejrzeć. Na pytanie czy warto poświęcić 105 minut na „Wyklętego”? Odpowiem, że tak bo film pokazuje coś więcej – że Ci żołnierze byli ludźmi i wybory jakich musieli dokonywać były tak trudne, że trudno to nawet ocenić nie będąc w ich położeniu. Bo mimo całego etosu o bohaterstwie żołnierzy wyklętych byli to przecież zwykli ludzie, tak jak my. Mieli tylko nieszczęście żyć w gorszych czasach. Ocenę postaw głównych bohaterów pozostawiam każdemu z Was. Uwaga! Film dosyć mocno najeżony wulgaryzmami. Czy młodzież ma jakieś przemyślenia po tym filmie? Zapraszam do dodania swojej opinii w komentarzach.

Lekko po godzinie 12:00 resztki popcornu wylądowały w śmietniku. Chwila wolnego czasu, kto głodny i spragniony to do restauracji na „M” reszta ma wolny czas. Napisałem chwila, więc chwila. Szybko do autobusu i już czeka kolejny punkt wycieczki, a mianowicie wizyta w Komendzie Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie.

GALERIA zdjęć poniżej.

Dla młodych adeptów, rozpoczynających (niektórzy w zasadzie należą do OSP kilka lat), może raczej kontynuujących swoją przygodę z pożarnictwem zetknięcie się z zawodową jednostką ratowniczo-gaśniczą jest czymś wyjątkowym. Nie tylko można z bliska obejrzeć nowoczesny sprzęt, którego w jednostkach OSP próżno szukać ale co ważniejsze można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy od odbywających służbę w tejże jednostce strażaków ratowników. Dla nas „starszych” strażaków to również cenna lekcja, mimo, że szansę na zawodowstwo raczej niewielu z nas ma. Sprzęt, którym dysponuje Komenda PSP w Lubartowie robi wrażenie, rzec można są przygotowani na każdy rodzaj zagrożenia. Zapoznaliśmy się i ze sprzętem osobistym strażaków, jak również ze sprzętem, który znajduje się na/w samochodach. Na zdjęciach macie możliwość obejrzenia jak dużo tego jest. Każdy zawodowy strażak ratownik musi wiedzieć kiedy i jak użyć konkretnego sprzętu. Od tego zależy często zdrowie a nawet życie zagrożonych osób. Będący na służbie strażacy odpowiadali na każde nasze pytania, zapoznali nas z procedurami związanymi ze zgłoszeniem zagrożenia, pokazali i opisali sprzęt na jakim pracują. Na koniec pamiątkowe zdjęcie.

Na zdjęciu grupa młodzieży MDP OSP Przytoczno Osiedle, opiekunowie oraz pełniący w tym dniu służbę strażacy – nasi przewodnicy.

Serdecznie dziękujemy za życzliwe przyjęcie.

To koniec naszej kolejnej wycieczki, myślę że nie ostatniej.

Serdecznie dziękujemy Wszystkim, którzy przyczynili się do tego aby ta krótka wycieczka odbyła się, a w szczególności podziękowania dla kierownictwa Komendy czyli :

Komendanta Powiatowego
Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie
mł.  bryg.  mgr  inż.  Tomasza  Podkańskiego

oraz

Zastępcy Komendanta
Powiatowego Państwowej Straży Pożarnej w Lubartowie
st. bryg. mgr inż. Jarosława Malugi

 

Ze strażackim pozdrowieniem, Zarząd OSP Przytoczno Osiedle.

Kategorie
Przytoczno

Kolejne wspomnienie o Przytocznie…

Kolejna część wspomnień Pani Krystyny.

Na początek wspomnienia małej Krysi, potem dorosłej Pani Krystyny.

Nie wiem jakie będą Wasze wrażenia po przeczytaniu tego tekstu ale dla mnie, po tych wspomnieniach, Przytoczno, to miejsce znaczy więcej…

Zapraszam do przeczytania, a po przeczytaniu mam dla Was KONKURS. Zachęcam do wzięcia udziału.

Urodziłam się w Warszawie, ale lata wojny, lata mego świadomego dzieciństwa między piątym a dziesiątym rokiem życia, spędziłam w Przytocznie. Była jesień 1939 roku, pierwsze miesiące okupacji niemieckiej. Pośród wczesnych niemieckich represji jedną z pierwszych była likwidacja polskich szkół średnich i wyższych. Fakt ten miał ścisły związek z wojennymi losami mojej rodziny. Przed samą wojną przeprowadziliśmy się do pięknej willi na warszawskiej Sadybie, gdzie od września miały z nami zamieszkać dwie siostry Kuszell – Wisia (Jadwiga) i Janka. Miały rozpocząć naukę w szkole średniej. Najstarszy – Andrzej, już od roku mieszkał z nami,  powierzony opiece moich rodziców. Cieszyłam się na przyjazd dwu „dużych dziewczynek”. Znałam je ze spędzanych w Przytocznie przedwojennych wakacji. Nowa sytuacja w okupowanej Warszawie unicestwiła te plany. Szkoły przestały istnieć, w tym gimnazjum i liceum im. Mikołaja Reja, gdzie chodził Leszek, mój starszy brat  i Andrzej Kuszell. Ojciec, historyk i docent Uniwersytetu Warszawskiego stracił pracę. Jeszcze, póki Niemcy się nie zorientowali, niszczył tajne dokumenty w Wojskowym Biurze Historycznym, gdy nadszedł list od pana Kazimierza Kuszlla z zaproszeniem: „Przyjeżdżajcie do nas.”

Na zdjęciu: Dwór w Przytocznie.

W rezultacie jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1939 roku, znaleźliśmy się w przytockim dworze. Państwo Kuszllowie – Kazimierz i Maria i moi rodzice przyjaźnili się od czasów studenckich. Dwór był stary, zagrzybiony i już wtedy pękał w szwach, ledwo mieszcząc gospodarzy z gromadką siedmiorga dzieci i licznych domowników, których z biegiem czasu ciągle przybywało. Plany nowego domu, przygotowane przez zaprzyjaźnionego architekta, od lat leżały w biurku pana Kuszlla, daremnie czekając na realizację, bo majątek i wieś stale wymagały innych inwestycji. We dworze zakwaterowano nas w tak zwanym „pokoju szkolnym”, gdzie przed wojną uczyli się młodzi Kuszllowie. Znajdował się w samym końcu długiego korytarza, był duży, narożny, z widokiem na ogród. Skonfundowana, ale ciekawa, przyglądałam się wszystkiemu ze zdziwieniem i urządzałam swój kącik między oknem a toaletka z miską do mycia i dzbankiem zimnej wody, bo we dworze nie było elektryczności, a bieżąca woda, którą pompował zaprzężony do kieratu koń, docierała tylko do kuchni i łazienki. W rogu naszego pokoju stał biały kaflowy piec, a obok skrzynka z torfem, który kopano na pobliskich mokradłach. Na zewnątrz, tuż przy drzwiach  były schody prowadzące na strych i do jednego dodatkowego pokoju. To w nim, pod kierunkiem mego taty, rozpoczęło się wkrótce tajne nauczanie dzieci i młodzieży. Analogiczne schody i pokój znajdowały się we frontowej, reprezentacyjnej części domu, nad gabinetem i pokojem pana Kuszlla. Prowadziły do niej frontowe drzwi, przed które brama od drogi zajeżdżały bryczki z domownikami, interesantami czy gośćmi. Centralną część domu stanowił długi pokój jadalny z oknami na zajazd i pobliskie zabudowania gospodarcze oraz salon zwrócony w stronę ogrodu. Część mieszkalną i gospodarczą dzielił długi korytarz. Po lewej stronie, za jadalnią, była łazienka, kredens, spiżarnia i kuchnia, a po prawej, za salonem, pokoje mieszkalne pani Marii, dziewczynek i ze trzy inne; na końcu ten nasz. Z salonu wychodziło się na ganek. Rozpościerał się przed nim duży trawnik z królującym nad nim ogromnym jesionem, otoczonym zapraszającą do spoczynku ławką. Na jednej z zachowanych fotografii siedzi na niej Leszek ze mną na kolanach, na innej (poniżej) stoją moje zabawki, a ja z Antkiem (najmłodszym Kuszllem), Januszkiem Kościukiem (synem rządcy) oraz  psem Smykiem siedzimy pod jesionem.

W Przytocznie byłam prawie najmłodsza –  tylko Antek urodził się kilka miesięcy po mnie, był za to dużo większy, więc często kłóciliśmy się, co ważniejsze „starszeństwo” czy „większeństwo”. Pamiętam, że od trawnika szło się ścieżką w dół do stawu, natomiast za trawnikiem był maliniak i ogródek warzywny, gdzie w sezonie biegaliśmy patrzeć, jak z minuty na minutę ze stożków czarnej gleby wyrastały białe szparagi. Dalej był sad; pyszne jabłka z tego sadu dzieci dostawały – po jednym dziennie – aż do Wielkanocy. Jeszcze dalej ciągnęła się leszczynowa alejka, która była świadkiem moich z tatą spacerów i planów robionych na powojenne czasy. Ale zanim te  czasy nadeszły, wiele musiało się wydarzyć.

Najpierw 15 października 1940 roku ojciec został aresztowany i wysłany do Oświęcimia, skąd cudem wrócił po 19 miesiącach. Sprawę tę opisałam dokładniej w wydanej w roku 2007 przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Berkenau książeczce pt. „Jestem zdrów i czuję się dobrze. Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego”. Był to ciężki czas dla naszej rodziny, a ja choć nie w pełni rozumiałam grozę sytuacji – tęskniłam za ojcem i bałam się słysząc pełne niepokoju szepty na temat jego losu. Mama z pełną determinacją podjęła walkę o zwolnienie go z Oświęcimia i nigdy nie pozwoliła mi wątpić, że”tatuś wróci”. W tym czasie często była nieobecna w Przytocznie, bo musiała wyjeżdżać do Lublina albo Warszawy z podaniami do gestapo o zwolnienie ojca z obozu, czego konieczność uzasadniała tym, że jest niezbędny w majątku, który produkuje żywność dla niemieckiej armii”. To dzięki jej staraniom ojciec wrócił, ale pod jego nieobecność i później w Przytocznie wydarzyły się rzeczy, które głęboko zapadły w moją pamięć  i napełniły lękiem  – trwałym śladem wojny.

Najpierw umarła babcia, potem Helusia – najstarsza z Kuszllówien – miała tragiczny wypadek na przybudowie któregoś z folwarcznych zabudowań (przygotowywała się do architektonicznych studiów) i utraciła na zawsze władzę w nogach. Do dziś na inwalidzkim wózku maluje i rzeźbi, a w mojej sypialni wisi zrobiona przez nią malutka i bardzo bolesna główka Chrystusa. Najstraszniejsza była dramatyczna śmierć pana Kazimierza, postrzelonego w brzuch 18 grudnia 1942 roku podczas nocnego napadu bandytów, kiedy stanął w obronie jednej z córek. Bandyci uciekli, a on męczył się w strasznych bólach przez wiele godzin napełniając dom rozdzierającym krzykiem, który dotąd mam w uszach. Kolejną tragedią rodziny Kuszllów była śmierć najstarszego syna. Andrzej poległ w jednej z ostatnich partyzanckich walk z Niemcami na Lubelszczyźnie 24 lipca 1944 roku. Pamiętam zalaną łzami twarz Antka, najmłodszego z Kuszllów, i kamienny spokój pani Marii, gdy prosto z warszawskiego szpitala, gdzie zostawiła  świeżo operowaną Helusie, przyjechała na pogrzeb męża do Przytoczna. W 1944 roku wokół Przytoczna toczyły się już walki, nadciągała Armia Czerwona, a z nią przemiany, które nie wróżyły nic dobrego przytockiemu dworowi i nie były końcem tragedii. Moi rodzice ze mną przenieśli się wtedy na pobliski folwark, a Leszek przyłączył się do partyzanckiego oddziału i brał udział w kilku ostatnich bitwach. Spełniły się jego marzenia walki Niemcami, ale nowa władza natychmiast aresztowała go pod zarzutem strzelania do żołnierzy radzieckich. Podobny los spotkał wielu młodych chłopców z Przytoczna. O ile wiem, zostali wywiezieni na długie lata na Syberię. Leszek uniknął tego losu dzięki ojcu, który najpierw całą noc czuwał przed chlewikiem w Łysobykach, gdzie Leszka zamknięto, a potem jechał wszędzie tam, gdzie go wieźli, aż do Lublina. W Lublinie powstawał już wtedy PKWN. Ojciec miał w nim przyjaciół, przedwojennych socjalistów, którzy dotarli do samego Bieruta i na jego interwencje, Leszek został zwolniony. Na Lubelszczyźnie przeprowadzano już reformę rolna. Przytoczno zostało rozparcelowane. Nie widziałam wyjazdu Kuszllów z całym dobytkiem na jednym wozie. Podobno ludzie na wsi płakali nad losem dawnych „wyzyskiwaczy”, którym chyba jednak wiele zawdzięczali.

My mieszkaliśmy już wtedy na Brzozowej, gdzie Leszek zdawał maturę, ja miałam nowe koleżanki (ich wpisy mam dotąd w swoim starym pamiętniku), a rodzice odszukiwali dawne kontakty,by zdecydować, co dalej. Dowiedzieli się, że do Warszawy nie ma co wracać – ruiny i zgliszcza. Nawet nie było jeszcze decyzji, że będzie odbudowywana. Nadeszło zaproszenie z Łodzi, w którym powstawał nowy uniwersytet. Pojechaliśmy tam i zamieszkaliśmy najpierw u kuzyna lekarza, a potem dostaliśmy mieszkanie blisko uniwersytetu. Ja zaczęłam chodzić do szkoły, tata na uniwersytet, gdzie był profesorem i kierownikiem katedry historii powszechnej, Leszek przygotowywał się do studiów medycznych, a mama organizowała nasze życie od zera. Nie mieliśmy wtedy nic, przysłowiową jedną koszulę na grzbiecie i dużo dobrych chęci.  Pamiętam pierwsze amerykańskie paczki UNRRA, które wyposażyły nasza kuchnie w garnki, a mnie w niebieską sukienkę. Ale to już nie przytockie wspomnienia.

Dalsze życie toczyło się normalnym torem. Rodzice pracowali, ja i brat uczyliśmy się, studiowali, zawarli w Łodzi związki małżeńskie, zanim w roku 1959 wszyscy wróciliśmy do Warszawy, do domku na Mokotowie, który wybudował ojciec. W Warszawie urodziła się Monika, nasza jedyna córka. Ryszard – mój mąż, zrobił doktorat z chemii fizycznej, a ja pracowałam jako polonistka w Liceum im. Jana Kochanowskiego.

W 1970 roku rozpoczęła się trwająca do dziś nasza amerykańska historia, która jeszcze bardziej oddaliła mnie od Przytoczna. Trwa już więcej niż połowę mego życia, a mimo to nie stałam się Amerykanką. Przez 30 lat wykładałam  język i literaturę polską na amerykańskich uczelniach, pisałam o polszczyźnie w nowojorskim „Przeglądzie Polskim”, wygłaszałam odczyty na polskie tematy. Cały czas kultywuje dawne zwyczaje, styl życia, tradycje i język – w domu zawsze mówimy po polsku.

Intensywny tryb środka życia i Ameryki przygasił wspomnienia z przeszłości i Przytoczno nie często do mnie wracało w tym okresie. Trzeba się było porządnie postarzeć, żeby znów pojawiło się w myślach, wspomnieniach i nawet chęci powrotu. Już z Ameryki nawiązałam bardziej regularny kontakt z Kuszllównymi, ale tera żałuję, że stało się to dopiero po śmierci pani Marii (1986) i Antka. Na fotografiach z 2001 roku widzę, że po latach odwiedzałam Kasie i Helusie nawet z moimi wnuczkami –Mikołajkiem i Majusią, którym podobały się haftowane przez panią Marysię kolorowe wspomnienia z Przytoczna (na zdjęciu poniżej – dwór w Przytocznie).

Leszek bywał u Kuszllów wcześniej, ale te kontakty były mu z jakiegoś powodu przykre; nawzajem nie akceptowali swoich poglądów, kłócili się, a on nie chciał im wybaczyć usunięcia się na boczny tor życia w Polsce.

Jak już wspomniałam, w roku 1992 byłam przejazdem w Przytocznie, gdzie zupełnie przypadkiem spotkałam panią Felicję Olszak. Zobaczyła mnie wysiadająca z samochodu i wykrzyknęła: „Krysia Serejska?” Niespodzianka i wielka radość. To Fela! Odzyskałam część Przytoczna! Z  jej pomocą próbowałam rozpoznać miejsca pamiętane z dzieciństwa. Mimo, że ich nie odnalazłam, zapewne pod wpływem tego spotkania, Przytoczno ożyło we mnie. Powracało odtąd w słodko-gorzkich wspomnieniach wojennego dzieciństwa, w których rzadkie chwile radości przeplatały się ze strachem i zagubieniem w przerastającym mnie świecie wojny, konspiracji i częstych tragedii.

Słów kilka ode mnie.

Nie sposób nie zauważyć, że to Przytoczno, ze wspomnień Pani Krystyny czy raczej młodej wówczas Krysi dawno już nie istnieje, że przeminęło, że nigdy nie wróci. Nie ma już nie tylko ówczesnych zabudowań, układu komunikacyjnego, dawnych pól a na nich upraw (zaskoczyły mnie szparagi uprawiane przy dworskich zabudowaniach), nie ma przede wszystkim ludzi, świadków tamtych chwil, dni i wydarzeń.

Tym cenniejsze jest dla mnie wspomnienie (czy raczej wszystkie wspomnienia) Pani Krystyny o moim Przytocznie. Zbierane, skrupulatnie składane fragmenty zdarzeń, pełne emocji i tęsknoty, często żalu i bólu. Czasu wojny nie umiem sobie wyobrazić, żaden epicki obraz czy hollywoodzki scenariusz, choćby najlepiej wyreżyserowany nie opowie tych strasznych czasów „gdzie ludzie ludziom ten los zgotowali”. Nie da się.

Nie umiem ocenić wagi żadnych wspomnień. Te minione i każde kolejne służą nam do budowania „naszej przytockiej tożsamości”. Są krótsze lub dłuższe, pełniejsze a często fragmentaryczne, opowiadają ważne a często błahe zdarzenia ale zawsze należą do kogoś. To ich wartość i siła. Wierzę też, że dzięki Nam zostają ocalone od zapomnienia…

KONKURS.

  1. Konkurs polega na przesłaniu do Nas zdjęcia (lub zdjęć) przedstawiającego Przytoczno (najlepiej jakiś fragment, konkretne zabudowania, jakaś scenka, może jakaś uroczystość). Zdjęcie koniecznie musi pochodzić z okresu: od początku fotografii do maksymalnie roku 1989.
  2. Zdjęcie najlepiej po prostu zrobić telefonem lub aparatem fotograficznym, najlepiej w największej rozdzielczości (czyli zrobić zdjęcie zdjęcia) i przesłać na nasz adres przytoczno@gmail.com
  3. Konkurs trwa do 25 marca 2017r.
  4. Wyniki konkursu ogłosimy 26 marca 2017r. Zwycięzca konkursu, jeśli zastrzeże swoje dane pozostanie anonimowy.
  5. Wszelkie koszty ewentualnej przesyłki pokrywa Organizator konkursu.
  6. Nagroda – książka autorki powyższych wspomnień Pani Krystyny „Jestem zdrów i czuję się dobrze. Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego”.
  7. Osoby, które może nie mają żadnych fotografii ale mają wspomnienia o Przytocznie (czy to własne, czy zasłyszane od rodziców czy dziadków) mogą opisać je w komentarzach poniżej. Dla autorów najciekawszych również przygotowaliśmy nagrodę.
  8. O zwycięstwie w konkursie decyduje komisja złożona z autorów strony.

Na koniec:

Wiem, że sporo osób tylko czyta nasze teksty ale proszę również o zamieszczanie komentarzy, branie czynny udział w życiu strony, wtedy wiemy, że ta praca ma jakiś sens, że ten trud jest tego warty. Kiedyś, na samym początku, kiedy strona miała inną szatę graficzną jej siłą były komentarze (komentarze nie pojawiają się od razu, żeby uniknąć spamu, a dane o adresie mail również nie pojawiają się bez zgody autora komentarza).

Czy nadal tak będzie zależy od Was.

Kategorie
Przytoczno

Święta Bożego Narodzenia w Przytocznie.

Mimo, iż Święta Bożego Narodzenia prawie za nami, pozostańmy jeszcze chwilę myślami przy tych dniach, a to za sprawą pewnej opowieści…

Po raz kolejny otrzymałem od Pani Krystyny list, a w nim wiele ciekawych informacji. Są to wspomnienia dni, które minęły. Ich obraz pozostał tylko w postaci często fragmentarycznych opowieści, składających się w całość pod wpływem wspomnień, niewielkich wydarzeń będących częścią obecnego życia, czy też w zwykłych rozmowach.

Są to też wspomnienia o chwilach, które pozostały, o czasach dzieciństwa, które mimo, iż nie było w istocie beztroskie wspomina się z sentymentem, o przyjaciołach, których nie ma ale i o tych, którzy ciągle przecież sprawiają, iż karty wspomnień o „przytockich” czasach zapełniają się na nowo…

Zapraszam.

Boże Narodzenie w przytockim dworze na całe życie pozostało dla mnie wzorcem. Tak właśnie powinno się je obchodzić pod każdą szerokością geograficzną – w Łodzi, Warszawie czy Nowym Jorku. Każdego roku pamięć przywodzi mi te święta: zamknięte szczelnie drzwi do salonu, do którego nie wolno zaglądać nawet przez szparkę. Nerwowa krzątanina domowników, zapachy wigilijnych potraw z kuchni, oczekiwanie…. Wreszcie pierwsza gwiazdka i podwójne drzwi otwierają się szeroko. Choinka! Pod sam sufit, a na niej kolorowe łańcuchy, kunsztownie splatane gwiazdki, bombki i inne cacka, wszystko robione ręcznie w długie zimowe wieczory pod artystycznym okiem pani Marii Kuszllowej. Choinkę oświetlają prawdziwe świeczki ze stearyny w metalowych obsadkach. Trzeba uważać, żeby się nie zapaliła! A pod choinką – prezenty! Po jednym dla każdego, w skromnych opakowaniach, ale jakże tajemnicze i wyczekiwane. Dla mnie książka — „Robinson Crusoe”! Będę go czytać przez następne pół roku. Dla Antka drewniana strzelba. Musiał przez wiele tygodni „wysiadywać” ją, jak kwoka, na koszu pełnym jabłek. Mój brat uważał, że to głupi pomysł, że zrobili z niego idiotę, ale ja mu zazdrościłam. Dzielenie się opłatkiem, życzenia (zakończenia wojny!), tradycyjna postna kolacja z barszczem, rybą i makowcem. Nie lubiłam wigilijnych potraw, więc dla mnie była to najmniej atrakcyjna część wieczerzy. Za to potem – kolędy. We wczesnych latach, przed aresztowaniami i wywózkami, pan Tadeusz Nieśpiałowski przygrywał na skrzypkach, panna Zofia Konicówna (siostra pani Marii) grała na fortepianie, a wszyscy domownicy z kuchnią i pokojówkami włącznie śpiewali „Jezus malusieńki,” „Bóg się rodzi,” „Przybieżeli do Betlejem pasterze”. Kolędowanie ciągnęło się długo w noc. Rano — wyjazd do kościoła w Łysobykach. Ta nazwa do dziś pobudza moją wyobraźnię, zwłaszcza z dodatkiem „nad Wieprzem”. Szkoda, że zmieniono ją na eleganckie, ale pospolite Jeziorzany. Pamiętam jak lata później, podczas studenckich spływów kajakowych zachwycały nas takie nazwy miejscowości jak Sworne Gacie czy Mącikały, z których zawsze wysyłało się kartki z wakacyjnymi pozdrowieniami. Żal mi staropolskich nazw, nazwisk i słów, które wymogi współczesnego życia rugują z naszej mowy.

Podczas Wigilii czy sylwestrowej nocy zjawiali się przeróżni goście, na których zawsze czekały przygotowane talerze i najlepsze życzenia. Bywał z nimi Andrzej Kuszell, który większość wojny spędzi w partyzantce. Brudni i głodni chłopcy z lasu szybko zaspakajali wilcze apetyty i rzucali się na byle czyje łóżka, by choć chwilę normalnie się przespać. Zostawiali po sobie zapach lasu, brudną pościel i wszy, które były jedną z wojennych plag. Dorośli do wczesnych godzin porannych czekali na te wizyty z jedzeniem, lekarstwami i innymi darami, albo z okupem dla bandytów również napadających dwór  nocą. Bandytów bardzo się bałam od kiedy, przetrząsając nasz pokój w poszukiwaniu pieniędzy, rozpruli brzuch mojej lalce węsząc ukryte w nim skarby. Gdy w późniejszych latach we dworze stacjonował oddział Kozaków, których Niemcy osadzili rzekomo dla zabezpieczenie go przed napadami, hojnie częstowano ich wódką, która skutecznie absorbowała uwagę i pozwalała wymknąć się innym nocnym gościom. Pamiętam ich piękne dumki kozackie, które nocami rozbrzmiewały tęsknotą za odległą Ukrainą, Donem i życiem na połoninach.

Krystyna Serejska.

Kategorie
Przytoczno

Wspomnienie o Przytocznie…

W artykule „Co łączy Przytoczno i Oświęcim?” napisałem, że ta historia będzie mieć dalszy ciąg. Chwilę to trwało, więc aby specjalnie nie przedłużać proponuję po raz kolejny usłyszeć opowieść o Przytocznie, o miejscu, którego już nie ma. Istnieje tylko w pamięci ludzi, na kartach książek czy zdjęciach.

Od razu mogę zdradzić, że ten tekst poniżej to tylko 1. część opowieści p. Krystyny. Mogę też z dużą dozą pewności postawić tezy:
– że ta opowieść Was zaciekawi;
– że historia mojej znajomości z autorką (po części i Waszej znajomości poprzez te artykuły) jest niezwykle ważna i cenna dla mnie;
– że powinna być ważna dla Was; zainteresowanych losami naszego regionu, przypadkowych czytelników, mieszkańców i kiedyś związanych z tymi stronami.

Dlaczego? O tym na samym końcu artykułu…

Wspomnienie – «obraz przeszłości wywołany w pamięci; też: pamięć o tym, co było» – za stroną sjp.pwn.pl.
Każdy z nas ma jakieś wspomnienia, w miarę upływu lat jest ich coraz więcej. Część z nich zaciera się, inne nie wiedzieć dlaczego, mimo iż nie były przesadnie ważne pamiętamy bardzo dobrze. Kwestie psychologiczno i filozoficzne dotyczące wspomnień świadomie pominę. Dla mnie w takich historiach, które mogę czy to posłuchać czy przeczytać istotne jest w zasadzie wszystko – jak ktoś zapamiętał dane miejsce, osoby, czy sytuację, dlaczego to pamięta i jeszcze wiele innych. Po prostu wszystko w takiej historii jest ważne, z bardzo prostej przyczyny: takich historii nie jest wiele. W dzisiejszych czasach, w dobie wszechobecnej elektroniki „zapisywanie historii” człowieka czy określonego zdarzenia jest niezwykle proste. Przy nawet niedużym wysiłku możliwe jest w zasadzie nieprzerwane obserwowanie i zapisywanie czyjegoś życia, czy zdarzenia. Czy jednak o to właśnie nam chodzi?
Ile dałbym aby mieć relacje, zdjęcia czy opisy jakiegoś konkretnego wydarzenia? Każdy z Was pewnie ma jakieś wydarzenie, może nawet ze swojego życia, które chciałby lepiej poznać i zapamiętać. Niestety prawie zawsze jest to niemożliwe. Tym bardziej powinniśmy doceniać wspomnienia, choćby i krótkie.
Przeczytajcie jak autorka, p. Krystyna zapamiętała Przytoczno. Może wśród Was są też osoby, który chcą podzielić się wspomnieniami? Piszcie i opisujcie w komentarzach poniżej.

PRZYTOCZNO No. 1

W liście pana Mariusza z Przytoczna, pierwsze pytanie brzmi: ”Co Pani czuła kiedy otrzymała wiadomość ode mnie, czy było to dla Pani duże zaskoczenie? Czy wróciła Pani przy tej okazji do wspomnień związanych z Przytocznem?”
Bez wahana, odpowiadam – tak. Przytoczno to moje dzieciństwo i im jestem starsza, tym częściej wracam do wspomnień o nim — w rozmowach z przyjaciółmi, rozmyślaniach o wojnie, opowieściach, którym chętnie przysłuchują się moje wnuki, nawet we snach.
W 1992 roku kuzynki z Lublina zawiozły mnie z mężem do Przytoczna. Jechaliśmy bitą drogą, a po obu stronach ciągnęły się wiejskie zabudowania w niczym nie przypominające Przytoczna z moich wspomnień; aż do momentu, gdy pojawił się młyn! Przecież to w chatce obok niego mieszkała przez krótki czas, a potem umarła, moja babcia. Nie byłam na jej pogrzebie, bo Leszek, starszy brat, powiedział, że jestem za smarkata. To on organizował pogrzeb pod nieobecność ojca (w Oświęcimiu) i matki, która akurat miała w Warszawie bardzo ważne spotkanie w sprawie zwolnienia ojca z obozu. Dorzucił mi tylko na pocieszenie, że babci będzie lepiej w niebie niż tutaj.
Jadąc dalej, przypomniałam sobie, że z głównej drogi do dworu skręcało się w lewo. Wiedziałam, że dwór spalił się wkrótce po wojnie, że część ziemi rozparcelowano, a z części stworzono PGR. Wjechawszy na PGR-owski teren, nic jednak nie rozpoznawałam. Gdzie dawniej była stodoła, stajnie i obora stały nowe zabudowania i kręcili się obcy ludzie. Ale kobieta, zapytana o miejsce, gdzie kiedyś stał dwór, tylko na mnie popatrzyła i wykrzyknęła: „Krysia Serejska?” To była Fela, dawniej dworska pokojówka, teraz rencistka, pani Felicja Olszak. Powitanie było serdeczne i natychmiast posypały się pytania: kto żyje, kto już umarł, gdzie stał dwór, gdzie były stawy rybne, sad, którędy biegła leszczynowa alejka? Gdzie rosły maliny a gdzie szparagi? Którędy droga do przytockiego lasu, do którego biegało się przez już nieistniejący żydowski kirkut.
Mój mąż zrobił kilka pamiątkowych zdjęć i trzeba było jechać dalej, obiecawszy utrzymać nawiązany kontakt. Odtąd przez dobrych kilka lat wymieniałyśmy świąteczne życzenia, a raz pani Felicja przesłała mi swoją fotografię z dedykacją „Pamiętającej Krysi, Felicja”. W pamiętniku, który przechowuję do dziś, znajduję wpisy: „Na pamiątkę Krysi, piszę wierszyk mały. Od końca do końca, przez pamiętniki cały, Fela. 10/1944 r.” I drugi: „Pada deszczyk pada i rosi i rosi, Krysia do pamiętnika parę słówek prosi. Józefa”. I jeszcze trzeci: „Kto na wieczność pracuje, drogo czas szacuje. Bo kiedy czas ustanie, skończy się działanie. Miłej Krysi na pamiątkę, Lotka. Przytoczno 9/1944”.
Wtedy, po spotkaniu z Felą, pojechaliśmy jeszcze na cmentarz, gdzie kiedyś leżała moja babcia, dopóki Leszek nie przewiózł jej szczątków do rodzinnego grobu na warszawskie Powązki. Kwatera Kuszllów, w której podczas wojny pochowano pana Kazimierza, zamordowanego w18 grudnia 1942 roku przez leśnych bandytów (którzy udawali partyzantów, a nocą rabowali) i Andrzeja, jego najstarszego syna, poległego podczas jednej z ostatnich powstańczych bitew z Niemcami 24 lipca 1944 roku. Kwatera wyglądała na zapomnianą. W czasach reformy rolnej Kuszllom nie wolno było pojawiać się w okolicy. I wydaje mi się, że tego zakazu trzymają się dotąd. Czy ktoś we wsi o nich i ich grobie pamięta?
Życzenia świąteczne i sporadyczne wizyty wymieniam z siostrami Kuszell, ale nie zaczęłam od razu po wojnie. Dopóki żyła pani Maria i Antek — najmłodszy Kuszell, to moi rodzice utrzymywali kontakt „z Przytocznem”. Później Leszek, który miał wojennych przyjaciół również we wsi (pamiętam jednego, Heńka Brońka, który po wojnie bywał u nas w domu). Gdy ich wszystkich nie stało, ja zbliżyłam się do Kuszllówien. Najpierw korespondowałam z Helusią — najstarszą i jedyną niepracującą, bo kaleką od czasu tragicznego wypadku przy konstrukcji któregoś z folwarcznych zabudowań w 1941 roku. Ilekroć byłam w Warszawie odwiedzałam je w mieszkaniu Kasi, przy Marszałkowskiej róg Wspólnej, a ostatnio na Lwowskiej. W roku dwutysięcznym przedstawiłam siostrom mego męża i wnuki. Spotkaniom zawsze towarzyszyły wspomnienia. Ku mojemu zdziwieniu, nie wyczuwałam w nich śladu goryczy czy skargi na los, który tak surowo potraktował rodzinę Kuszllów. Zawsze skromne, pogodne i pobożne, żyją w swoim świecie, który jakby ignorował i „dworską” przeszłość i PRL-owską teraźniejszość. Wszystkie siostry i Antek pokończyli wyższe studia, choć nie było to proste, bo pochodzenie społeczne liczyło się wtedy przy przyjmowaniu na uniwersytety. Widocznie przeważyły wybitne zdolności Kuszllów, a może i dyskretna pomoc wdzięcznych za pomoc podczas okupacji przyjaciół. Wszystkie siostry i Antek, póki żył, pracowali i byli aktywni w Kościele, ale tylko jedna, Basia, wyszła za mąż i ma dzieci i wnuki. Helusia, przywiązana do inwalidzkiego wózka, do dziś rzeźbi w glinie kolorowe scenki biblijne. Jedna z nich wisi w mojej sypialni. Kiedy ostatniego lata będąc w Warszawie, siedziałam przy podwieczorkowym stole z czterema siostrami Kuszell, naszło mnie wspomnienie długiego stołu jadalnego w Przytocznie. Siadało do niego nie raz i dwadzieścia osób, a ja uważnie przyglądałam się gościom, starając usłyszeć strzępy rozmów dorosłych i ze strachem myśląc, co dziś trzeba będzie zjeść (nie lubiłam wiejskiego jedzenia) do ostatniego kęsa, „bo jest wojna i nie wolno grymasić”.
Krystyna Serejska Olszer

Wiecie już dlaczego?…

Ciąg dalszy nastąpi – zapraszam jeszcze w tym tygodniu.

Kategorie
Przytoczno

11 listopada – Narodowe Święto Niepodległości?

Artykuł poniższy napisałem kilka lat temu, w 2009 roku. Jak bardzo jego treść jest aktualna w roku 2016? Na to pytanie odpowiecie sobie sami po lekturze tego artykułu.
Swoje przemyślenia proszę piszcie w komentarzach poniżej.

Blog.11 listopad – Święto Niepodległości
Wpisany przez Administrator | 11 listopada 2009
Dzisiaj Święto Niepodległości. Pogoda nie sprzyja świętowaniu to fakt. Widoczne to było szczególnie na Mszy św. w kościele. Frekwencja, żeby nie powiedzieć żenująca, powiem niska. Nadspodziewanie niska. Zapewne pogoda przyczyniła się do takiego stanu. Jednak to chyba tylko jedna z przyczyn małej liczby osób przybyłych do kościoła.

I tu rodzą się pytania: czy dzisiejszy dzień jest dla Ciebie dniem szczególnym, ważnym? czy czujesz się patriotą? czy masz poczucie więzi z Polską jako ojczyzną? Odpowiem za Was. Tylko garstka, niewielki odsetek osób w naszej gminie świadomie obchodzi to święto. Dla reszty jest to tylko kolejny wolny dzień. Wywieszenie flagi: czy to jakiś problem? Chyba nie skoro kilka! osób umiało to zrobić. Nie pomagają kolejne zachęty z różnych stron aby pamiętać o tym widocznym znaku patriotyzmu. Wywieszenie flagi nie zrobi z nikogo prawdziwego patrioty, jednak jeśli nie pamięta się choćby o tym, to marny będzie los narodu nie szanującego swojej historii. Niestety tak to wygląda.

W relacjach telewizyjnych co roku pojawiają się informacje, że rośnie świadomość Polaków jeśli chodzi o to czym jest Święto Niepodległości i dlaczego musimy o nim pamiętać. Pewnie i tak jest, ale chyba tylko w większych miastach, gdzie parady wojskowe, wystawy, czy festyny powodują, że święto to jest ciekawe i dociera do każdego, niezależnie od wieku. A nam co pozostaje? Przeważnie oglądanie relacji z uroczystości centralnych w Warszawie.

Chciałbym wierzyć, że w przyszłym roku będzie lepiej.Czy będzie? Opiszemy, mam nadzieję w przyszłym roku.
Musimy pamiętać o tym dniu. Dla wielu z nas to historia tak odległa, że gdyby nie fotografie i niewielu żyjących świadków tamtych dni, dzisiejsza data byłaby bez znaczenia.Historię trzeba znać i szanować. To banał, ale ja w niego wierzę.
Bycie patriotą nie kosztuje wiele. Polska to nie idealny kraj. Nigdy takim nie będzie.
Czy Polska może być dumna ze swoich obywateli? To zależy tylko od nas.

Kategorie
Przytoczno

Co łączy Przytoczno i Oświęcim?

Przytoczno, Oświęcim…
Rozwiązanie czyli dalszy ciąg artykułu…
…bo to jeszcze nie koniec…



Nie, to nie pomyłka, Przytoczno i Oświęcim (w zasadzie były niemiecki obóz zagłady Auschwitz-Birkenau) łączy wspólna historia – nie jakaś wielka, a historia mała, jednego człowieka…

W tym artykule opis wydarzeń, które sprawiły, że ta historia znalazła miejsce na naszej stronie. Zapraszamy, nie tylko mieszkańców Przytoczna…

Data (publikacji) 23 października jest wymowna dla tej historii, ale o tym przeczytacie w zasadzie na końcu artykułu…

Zabieg aby w tytule artykułu połączyć dwie nazwy – tak różne, ze względu na położenie geograficzne oraz kontekst historyczny jest być może lekko na wyrost jednak ocenę mojego pomysłu pozostawiam Wam.

W Oświęcimiu byłem raz, w Auschwitz – Birkenau byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym i zagłady (oficjalna nazwa) nie byłem nigdy. Co prawda będąc w Oświęcimiu przejeżdżałem obok tego miejsca, jednak zabrakło czasu aby choć na chwilę zatrzymać się. Pamiętam tylko, że przed samym obiektem jest czysto, ładnie, nowoczesne parkingi, dużo zieleni. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że była to brama do piekła.

Moje myślenie o obozie.
Choćbym przeczytał wszystkie publikacje i obejrzał wszystkie filmy o warunkach panujących w obozach nie będę w stanie ani zrozumieć, ani poczuć tego co przeżyli przebywający tam ludzie. Nie wiem czy jest to możliwe aby człowiek zrobił coś takiego innemu człowiekowi? Odpowiedź jest niestety jedna: było, jest i zapewne będzie. Nikt z nas nie chciałby tego przeżywać, to nie gra komputerowa, zły sen, czy reality show…

Eksperyment – wyobraź sobie teraz, że nigdy nie zobaczysz już swoich bliskich, za chwilę zginiesz, wcześniej cierpiąc głód, chłód, poniżenie i wszystko co umiesz złego sobie wyobrazić. Możesz to sobie wyobrazić? Myślę, że nie, bo po krótkim pomyśleniu wracasz do swojego bezpiecznego świata. Nie sposób jest mieć doświadczenie takiego zła w swojej świadomości, wcześniej nie przeżywając tego.

Oby nikt z nas nigdy nie musiał tego wyobrażenia przeżyć.

To był wstęp – bo historia nie będzie o mnie i moich podróżach po Polsce.

Historia zaczęła się w zeszłym roku (2015) – dokładnie nie pamiętam ale był to prawdopodobnie czerwiec. Marcin przeszukując serwis aukcyjny natrafił na książkę. Sprzedający w opisie wymienił nazwę Przytoczno, dodając, że chodzi o podlubelską wieś. Książka nieduża, format chyba połowa B5 i nazwisko (imiona również) w tytule. Powiem szczerze, że w tamtym momencie nijak mi to nie pasowało do Przytoczna, naszych okolic, choć nazwisko „jakbym gdzieś słyszał”. Jednak może to podobne nazwisko lub to samo nawet, o którym gdzieś kiedyś słyszałem lub czytałem nie musiało wcale być związane z tymi stronami. Powiedziałem wtedy – kupię i zobaczymy, zwłaszcza, że książka nie była kosztowna a potencjalny zysk chyba nieoceniony.

Uprzedzając, powiem tak: książka nie jest o Przytocznie, nawet bohater nie pochodzi z Przytoczna. Nadal ciekawi?

Przytoczno i Oświęcim łączy historia jednego człowieka. Marian Henryk Serejski – przyjaciel rodziny Kuszllów, nauczyciel, więzień obozu w Oświęcimiu. Kim był ten człowiek, jego życie i działalność i dlaczego ma szczególne miejsce w naszej małej historii – na te pytania odpowiem w kolejnych artykułach.

Ciąg dalszy historii…

serejski Przeczytałem książkę „Jestem zdrów i czuję się dobrze..Oświęcimskie listy Mariana Henryka Serejskiego” . W znakomitej większości opowiada ona o losach ojca autorki – Mariana Henryka Serejskiego. Poprzez jego relacje zawarte w listach z Oświęcimia dowiadujemy się o jego życiu w obozie, jego tęsknocie za rodziną, troską o los najbliższych, niepewności swojego „jutra”. Książka opowiada również o heroicznej walce matki autorki o uwolnienie męża z nazistowskiej niewoli. Książka również przybliża miejsca bliskie bohaterowi, jego córce i żonie. Jest tam też i Przytoczno…

Powyżej wspomniałem o dacie:
Data (publikacji) 23 października jest wymowna dla tej historii, ale o tym przeczytacie w zasadzie na końcu artykułu…
Wyjaśnienie – tego dnia przypada rocznica śmierci Mariana Henryka Serejskiego (w tym roku 41. rocznica)
O samej książce warto więcej napisać ale tylko to, że warto ją przeczytać.
A jeśli ktoś chciałby coś więcej to zachęcam do skorzystania z opisu na stronie księgarni Muzeum Auschwitz – Birkenau

Kiedy przeczytałem książkę (zdjęcie okładki powyżej) miałem nieodparte wrażenie, że to nie jest koniec tej historii, że zamknięcie książki nie jest zamknięciem tej sprawy. Inaczej, to początek nowej przygody. Postanowiłem, że zrobię wszystko co będzie możliwe aby skontaktować się z autorką książki. Ktoś mi powie, że w dobie internetu to żadna sztuka, nic trudnego a wymaga niewiele więcej ponad trochę lub dużo wolnego czasu. Jednak nie było to, aż tak proste: po pierwsze dlatego, że autorka – Pani Krystyna mieszka w Stanach Zjednoczonych, po drugie po prostu nigdzie nie mogłem odnaleźć do niej kontaktu, chociażby adresu email. Z pomocą przyszli współpracownicy Pani Krystyny, bo to oni przekazali wiadomość ode mnie. W tym miejscu szczególne podziękowania dla Pana Czesława Karkowskiego oraz dla Polish Institute of Arts and Sciences of America (PIASA).
Wysłałem wiadomość.
Powiem, że liczyłem na odpowiedź, nie mogłem się doczekać, często wyobrażałem sobie co przeczytam. Czy rzeczywiście Pani Krystyna będzie w ogóle chciała mi odpisać, a jeśli tak to co napisze, kim jest, czy pamięta Przytoczno, jak wspomina? Pytań mnóstwo, a odpowiedzi…

To zawsze coś innego, niezwykłego kiedy ktoś wspomina miejsce, w którym kiedyś był, ludzi których kiedyś poznał, wydarzenia, których był świadkiem. Dla mnie jakie jest Przytoczno – wiem, mieszkam tutaj całe życie. Jak zapamiętała je Pani Krystyna? Jestem bardzo ciekawy dalszego ciągu tej historii…

——————————————————————————————-
Dalsza część artykułu zostanie podzielona na:
– biografia Mariana Henryka Serejskiego
– losy Pani Krystyny Serejskiej Olszer (w tym wspomnienia o Przytocznie)
– Konkurs
– może coś więcej…

Kategorie
Przytoczno

Wycieczka.

Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.
Aktualizacja. Nowe zdjęcia. Zapraszamy.

 
Muzeum Powstania Warszawskiego plus PGE Narodowy – czyli coś dla ducha i coś dla ciała.
Chciałem napisać w tym artykule coś innego, patetycznego i wzniosłego jednak to chyba nie ten czas i miejsce…Tak więc tylko trochę na nutę patriotyczną reszta „normalnie”.

Zacznijmy więc…
Wycieczka, którą zorganizowaliśmy dla naszej młodzieży z MDP OSP Przytoczno Osiedle miała w zasadzie dwa cele – pierwszy to pokazać im, że warto w swoim życiu pamiętać o rzeczach ważnych, o bohaterach walczących za naszą wolność, o tych zwykłych ludziach, którzy robili coś niewymuszonego, spowodowanego nie tylko odruchem serca ale przede wszystkim troską o dobro wspólne, o dobro naszej ojczyzny. Wizyta w Muzeum Powstania Warszawskiego miała właśnie to na celu – przybliżyć nieznane fakty z tego okresu oraz dzięki tej opowieści wzmóc poczucie samoświadomości historycznej. Muzeum robi wrażenie, przedmioty z okresu powstania, ich ekspozycja, użycie nowoczesnej technologii w celu przedstawienia różnych wydarzeń – to robi wrażenie. Eksponatów jest dużo choć większość stanowią jednak „papierowe” wspomnienia tamtych czasów – plakaty, dokumenty, listy, opisy…

Na mnie największe wrażenie zrobił mały pokój, w którym prezentowano listy przyklejone na ścianach, listy do, i od powstańców. Kiedy się to czyta człowiek po raz kolejny może tylko dziękować, że żyje w czasie pokoju, bez wojny. Choćbym chciał, nie jestem w stanie zrozumieć co przeżywali Ci ludzie, te listy próbują mi to przekazać…ich emocje, ich myśli, ich niepewność jutra, ich żal i rozpacz, ich nie nazwane cierpienie…

”nie mam od Ciebie żadnych wieści…”

dlaczego warto pamiętać?
Najprostsza odpowiedź to nasze motto, naszej strony ale schodząc niżej, mniej patetycznie powiem, że historia magistra vitae czyli historia nauczycielką życia. Warto ją znać i pamiętać bo można, to co dobre powtórzyć a to co złe odrzucić. To proste słowa, wiem, choć ogromnie trudne w zastosowaniu, w tak przecież skomplikowanym życiu.

jak pamiętać?
Mniej smartfonów, więcej książek chciałoby się rzec. Chociaż dzisiaj technologia mocno pomaga w dotarciu do informacji. Warto to wykorzystać chociażby w celu poznania naszej historii.

czy zapamiętają?
Czas pokaże. My nie rezygnujemy z naszych zabiegów, które mają na celu bliższe zapoznanie się z naszą historią.

Wniosek, którym chciałbym się podzielić – do tego muzeum warto przyjść przygotowanym, nie tylko wiedzieć kiedy wybuchło powstanie ale przynajmniej przeczytać jedną książkę poświęconą historii tego wydarzenia…

W drodze do kolejnego punktu wycieczki – trasę z muzeum do stadionu pokonaliśmy pieszo, takie oto atrakcje nas spotkały…

Drugi cel, związany z kolejnym punktem wycieczki odnosi się rzecz jasna do stwierdzenia, że sport to zdrowie. Dla wielu osób spośród nas, wycieczka na PGE Narodowy (oficjalna nazwa stadionu narodowego) była pierwszym zetknięciem się z tą monumentalną budowlą. Tak właśnie należy rozpatrywać myślenie o tym obiekcie – bo to nie tylko arena zmagań sportowców (nie tylko piłkarzy), teatr marzeń, miejsce duchowego uniesienia bądź strefa bólu i goryczy po porażce. To także wspaniały pokaz myśli, technologii, inżynierii, miejsce niezwykłe i tylko Ci, którzy pamiętają co znajdowało się w tym miejscu wiele lat temu (inny stadion) mogą w pełni ocenić jak wielka praca została włożona aby to miejsce było takie jakie widzimy.
Co prawda na meczu piłkarskim nie byliśmy (jeszcze) ale może to i lepiej aby w pełni poznać obiekt. Po stadionie oprowadzała nas pani przewodnik, która opowiedziała nam co? gdzie? kiedy? dlaczego? – to tak w skrócie. Jak widać na zdjęciach odwiedziliśmy szatnię naszej drużyny narodowej, centrum konferencyjne, płytę boiska, tunel którym piłkarze wychodzą na mecz, najwyższy punkt na stadionie (oczywiście dostępny dla zwiedzających).
Zabrakło tylko koloru zielonego…dlaczego?

Jeszcze kilkanaście kolejnych zdjęć (poniżej) od uczestników wycieczki. Jak widać na zdjęciach nieplanowany punkt wycieczki – postój w Ogrodzie Saskim zaskoczył nas możliwością spotkania Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy wraz z małżonką. Było to co prawda całkiem przypadkowe ale jak widać spotkanie odbyło się w całkiem miłej atmosferze. Chyba, że to było zaaranżowane…nie wiem…kolega nie chciał zdradzić.

Może jakiś uczestnik chciałby podzielić się wrażeniami z wycieczki? Zapraszamy poniżej.
Jakieś pytania? Proszę zamieszczać w komentarzach.

Zapraszam.

Kategorie
Przytoczno

Bitwa pod Łysobykami

Tak blisko nas, nieopodal bo zaledwie kilka kilometrów stąd, dnia 19 czerwca roku 1831 rozegrała się Bitwa pod Łysobykami. Ten artykuł to próba odpowiedzi na kilka ważnych pytań związanych z tą datą, z tym miejscem. To historia, którą warto znać i warto ocalić od zapomnienia.
Dlaczego mimo przeważającej siły, bitwa zakończyła się porażką wojsk polskich? Czy „Bitwa pod Łysobykami” to tylko niewiele znaczący epizod? Czy rzeczywiście „pod Łysobykami”? Na te i inne pytania staramy się odpowiedzieć w tym artykule.

Przeciwko wojskom rosyjskim w województwie lubelskim skierowano korpus gen.A.Jankowskiego, który w dniu 19 czerwca miał się jeszcze połączyć w Kocku z grupą gen. Girolamo Ramoriny, a następnie rozpocząć „całą siłą i jak najczynniej działania zaczepne przeciwko Rudigerowi’. Z grupą gen. Jankowskiego miał także współdziałać korpus gen. W.Chrzanowskiego stojący pod Zamościem, którego zadaniem było dotarcie nad Wieprz i zamknięcie drogi odwrotu wojskom rosyjskim na południe.

Siły, które skierowano przeciwko Rosjanom okupującym województwo lubelskie były w pełni wystarczające do ich zniszczenia, ponieważ odosobniony korpus Rudigera nie miał zapewnionej łączności z armią główną pod Pułtuskiem, ale także z korpusem gen. Rosena i wojskami I Armii na Wołyniu.

W dniu 17 czerwca 1831r. korpus gen. Jankowskiego stanął pod Osinami, a Ramorino po przeprawie przez Wisłę pod Gołębiem, i przez Wieprz pod Bobrownikami – w Sobieszynie, ale łączność między obu grupami w tym dniu nie nawiązano, co jak się później okazało było poważnym błędem. W dniu 18 czerwca Jankowski wyruszył z Osin do Adamowa i w Gułowie otrzymał meldunek, że płk. Różycki opuścił ze swym oddziałem Kock z powodu naporu wojsk  nieprzyjaciela. Jak się później okazało były to czołowe odziały Rudigera, który w dniu 17 czerwca wyruszył z Lublina, przeciwko grupie, jak sądził, tylko gen. Ramoriny, ponieważ informacje o wyprawie Jankowskiego jeszcze nie dotarły do niego. W dniu 18 czerwca Rudiger przeszedł w bród Wieprz pod Łysobykami stając w Przytocznie , w miejscu gdzie krzyżowały się drogi  z Kocka i Łysobyk do Adamowa.

cytuję „17 czerwca Jankowski wyszedł z Wodyni i nocował w Osinach. 18 czerwca przybywszy do wsi Gułowa, otrzymał doniesienie, że oddział nieprzyjacielski złożony z 4 batalionów piechoty, 12 szwadronów  dragonów i 8 dział, w sile ogólnej 4000, przeszedł pod Łysobyki na północny brzeg Wieprza i rozłożył się pod wsią Krępa.”

Nadarzyła się okazja zupełnego zniszczenia korpusu Rudigera, który po przekroczeniu Wieprza wszedł w matnię. Rozmieszczenie oddziałów polskich była tak korzystna, że nie powinien wyjść z pogromu ani jeden żołnierz rosyjski, gdyż Kock zajęła na powrót grupa płk. S.Różyckiego, Jankowski maszerował ku Serokomli, Turno ku Budziskom, a Ramorino ku Łysobykom.

cyt.”Podjazd mjr. Kamińskiego, wysłany w stronę Serokomli i Kocka, natknął się po drodze na oddziałek dragonów rosyjskich, rozbił go i wziął paru jeńców, którzy potwierdzili tę wiadomość. Wówczas szef sztabu Jankowskiego płk Breza przypuszczając, że to straż przednia Rudigera weszła w zastawioną matnię, opracował razem z mjr. kwatermistrzostwa Butrymem następujący plan jej zniszczenia:
a) gen.Turno w 4 bataliony, 7 szwadronów  i 8 dział wyruszy przez Gułowską Wolę i Honoratkę pod Budziska, gdzie spędzi noc; 19 czerwca zaś o godzinie 2 pomaszeruje przez Przytoczno ku Łysobykom tak, aby odciąć nieprzyjaciela od przeprawy;
„w marszu tym wszystko, co tylko by mógł w drodze napotkać, miał atakować z największą natarczywością, nie zważając na nic, co by się na lewym jego skrzydle działo i nie zostawiając żadnej rezerwy”
b) do gen. Ramorina, z którym Jankowski nie zdołał jeszcze nawiązać bezpośredniej łączności i o którym od ludności miejscowej wiedział, że znajduje się w Sobieszynie, posłano rozkaz, aby przybył na prawe skrzydło Turny
c) sam Jankowski w 7 batalionów, 17 szwadronów i 22 działa miał udać się na noc do Serokomli, a nazajutrz o godz. 2 wyruszyć do Kocka z tym, że w razie usłyszenia huku dział od strony Budzisk i Przytoczna zawróci natychmiast ku zachodowi i uderzy w tył i bok walczącego z Turną nieprzyjaciela(…)

cyt.” W myśl rozkazu Turno ruszył pod Budziska, a Jankowski do Serokomli. W nocy „emisariusze” Turny przynieśli mu wiadomość, że obóz rosyjski, rozłożony nie pod Krępą, ale pod Przytocznem, jest jednak znacznie większy niż przypuszczano w sztabie Jankowskiego…”

Zawiodła jednak łączność i współdziałanie poszczególnych oddziałów w realizacji przyjętego planu rozegrania bitwy. Ramorino, który pierwszy zetknął się z nieprzyjacielem odskoczył od razu wstecz 20 kilometrów i stanął w Okrzei tracąc kontakt bojowy. W Kocku Samuel  Różycki przestraszony tym, że „nieprzyjaciel silnie atakuje”, wezwał pomocy Jankowskiego, który zbyt pochopnie wysłał mu brygadę jazdy z baterią artylerii konnej pod dowództwem gen.Bukowskiego.

Zatrzymał się on między Talczynem ,a Rudą i przeczekał tam całą bitwę, nie ruszając się z miejsca nawet wtedy, gdy przeciwnik zabrał tabory, kolumnę amunicyjną, kilkudziesięciu jeńców i kasę 3 pułku strzelców pieszych, pozostawione bez eskorty w Rudzie. Trzej kurierzy (adiutanci Naczelnego Wodza) wysłani do Bukowskiego w celu wezwania ich do marszu, dostali się do niewoli rosyjskiej, a z Jankowskim, Bukowski złączył się w Serokomli dopiero o godzinie 9-tej.

cyt.” Jankowski, przybywszy w nocy do Serokomli, otrzymał tu meldunek od płk. S.Różyckiego i mjr. Kamińskiego, że ,,nieprzyjaciel silnie atakuje Kock” drogą od Łysobyk(….) W drodze przekonał się, że nacisk na Kock już ustał; umocnił się jednak w przekonaniu, że nazajutrz należy koniecznie zająć Kock(…) Do takiego zatem rozproszenia sił na łuku od Kocka do Budzisk doprowadziła Jankowskiego chęć zamknięcia wszystkich dróg wyjścia kolumnie nieprzyjacielskiej oraz brak zdecydowania.”

W tym czasie walczący pod Przytocznem oddział gen. Turno, który od pięciu godzin powstrzymywał dzielnie główne siły Rudigera – bezskutecznie oczekiwał wejścia do walki pozostałych sił polskich.

O godz. 2 Turno, pozostawiwszy swoje tabory w Budziskach pod osłoną kompanii grenadierów, wyruszył w jednej kolumnie z Budzisk wprost do Przytoczna, gdyż rozkaz Jankowskiego nie doszedł go jeszcze. Na czele kolumny szedł gen. Jaraczewski z 4 pułkiem szaserów, batalionem 3 [pułku] strzelców pieszych i dwoma działami, za nim gen. Wroniecki z resztą piechoty i czterema działami, w końcu 7 pułk ułanów z dwoma działami.,,Po przejściu lasu – pisze kpt. kwatermistrzostwa Zabłocki – wysłani na lewo tyralierzy dali znać, iż mocna kolumna nieprzyjacielska postępuje drogą z Przytoczna do Charlejowa. Generał Turno, mając sobie zlecone nie zważać na to, co się dziać będzie na lewym skrzydle, kazał jeździe rozwinąć się i dalej ku Łysobykom postępował. Piechota, wychodząca z lasu, formowała się na polu. Wtem na prawo od naszego skrzydła pokazało się z lasu parę batalionów z 4 działami i paru szwadronami jazdy. Przekonawszy się, że to nieprzyjaciel, gen. Turno wstrzymał marsz kolumny i rozkazał rozpocząć ogień armatni. W tym momencie przybył adiutant gen. Jankowskiego”…

bitwa pod łysobykami_mapa

zdj. Mapa „Bitwa pod Łysobykami”.

Kolumna Turny została wzięta w dwa ognie. Rudiger, otrzymawszy w nocy doniesienie, że nieprzyjaciel zajmuje Budziska i sądząc w dalszym ciągu, że ma do czynienia jedynie z oddziałem Ramorino, postanowił związać go z frontu, a obejść z tyłu i zniszczyć. W tym celu nakazał gen. Dawidowowi wyruszyć bardzo wczesnym rankiem drogą z Podlodowa na północny wschód[4 bataliony, 4 szwadrony, 5 dział tj. 2400 bagnetów i szabel], a sam z 6 batalionami i 16 działami, tj. 4000 ludzi, pomaszerował drogą z Przytoczna do Charlejowa, aby zająć tył i odciąć odwrót nieprzyjacielowi. Równocześnie, wiedząc o zajęciu Kocka i o ruchu nieprzyjaciela na trakcie z Serokomli do Kocka, wyprawił  w tę stronę gen. Płachowa z 1 batalionem, 8 szwadronami i 4 działami, tj. w 1600 ludzi, dla ubezpieczenia swego skrzydła prawego(…)

Generał Turno, jeden z  najzdolniejszych dywizjonerów polskich w tej wojnie, zachował zimną krew i w tym położeniu: przyjął bitwę na dwa fronty – z myślą o tym, aby jak najdłużej wytrwać na stanowisku, związać nieprzyjaciela i wystawić go później na uderzenie z tyłu reszty grupy Jankowskiego(…)

Gdy jednak Jankowski nie dawał znaku życia, Turno, po 3 godzinach walki, musiał pomyśleć o odwrocie. Obawiając się, że nieprzyjaciel opanuje Krzówkę i przetnie mu odwrót z Budzisk do Serokomli, nakazał wreszcie piechocie Śmigielskiego przerwać walkę z Dawidowem, wycofać się poza frontem kawalerii i obsadzić wieś Krzówkę; wysłani naprzód grenadierzy zajęli Budziska.

Zbliżała się godz. 9. Dotychczasowe błędy początkowe Jankowskiego, rozrzucanie sił na skutek każdego meldunku, wahanie się z wydaniem rozkazów koncentracji, jego nieszczęście wreszcie naraziły nas na dotkliwe straty, uniemożliwiły podjęcie działań zaczepnych przeciwko zawanturowanej i o tyle słabszej grupie Rudigera”.

Samotnie walczący oddział ocalał – ponieważ gen. Rudiger na wiadomość od jeńców polskich, że ma do czynienia z całym korpusem gen.Jankowskiego, przerwał natychmiast walkę i rozpoczął odwrót za Wieprz, aby uniknąć zagłady i kompromitacji.

cyt.„W tej chwili dopiero zauważono, że nieprzyjaciel wstrzymał ogień działowy i gwałtownie odmienia swój front, zaginając prawe skrzydło w kierunku Serokomli. Spowodowało to pojawienie się tyralierów polskich na skraju zachodnim lasu,  ciągnącego się pomiędzy Serokomlą i Charlejowem(…)W dodatku Rudiger, który z zeznań jeńców dowiedział się, że walczył nie z Ramoriną, ale z oddziałami Jankowskiego, zdał sobie sprawę z położenia, w którym się znalazł i rozpoczął ruch odwrotny”

Równocześnie zamiast koncentrycznego ataku na rosyjski korpus (szansa na sukces wciąż była) o godzinie 9 rano najpierw gen.Turno, a potem Ramorino otrzymali rozkazy o wycofaniu się do Woli Gułowskiej.

cyt.„Zdawało się, że teraz dojdzie wreszcie do koncentrycznego natarcia przeważnych sił polskich na jego grupę i zniszczenia jej. Tymczasem najniespodziewaniej w świecie o godz.9 oddziały polskie otrzymały rozkaz Jankowskiego wycofania się przez Honoratkę i Czarną do Gułowskiej Woli, dokąd udał się i sam Jankowski z Serokomli”

Zwołana przez Jankowskiego rada wojenna biorąc pod uwagę rozkazy Naczalnego Wodza oraz odpowiedni komentarz dowódcy Korpusu – zdecydowała o odwrocie za Wisłę, mimo sprzeciwu niektórych członków rady. Deczja ta spowodowała rozprzężenie dyscypliny w korpusie, powszechnie zaczęto mówić o zdradzie generałów Jankowskiego i Bukowskiego ( byli szwagrami). W rzeczywistości byli to dowódcy małego formatu, bez wyobraźni, niezdolni do kierowania dużymi masami wojska i prowadzenia śmiałych działań przeciwko doświadczonym dywizjonem rosyjskim, a na domiar złego jeszcze poważnie schorowani.

Rzeczywistym winowajcą zaprzepaszczonej szansy zniszczenia korpusu Rudigera był gen. Jan Zygmunt Skrzynecki – Wódz Naczelny, ale okrutną karę za wykazane niedołęstwo na polu walki ponieśli obaj generałowie, których powieszono w czasie rewolucyjnych wydarzeń w stolicy w sierpniu 1831r.

Badając różne dokumenty historyczne, mówiące o tym wydarzeniu (bitwie pod Łysobykami) ukazuje nam się obraz bitwy jako epizodu, marginalnej potyczki, bez dużego znaczenia dla ogólnego stanu wojny w tym regionie. Faktycznie, jak wynika z powyższego opisu, potyczka (bitwa) ta trwała krótko i jako taka nie mogła odwrócić losów wojny choćby w naszym województwie. Jednak ta bitwa, tak jak wiele innych bitew w powstaniu listopadowym, przegranych lub wygranych, złożyła się na ogólny obraz całej wojny. Wygrana polskich wojsk w tej potyczce ( znanej również jako „sprawa łysobycka”) podniosłaby zapewne morale walczących żołnierzy. Czy to dałoby wystarczająco dużo energii do dalszych działań? Tego zapewne się nie dowiemy. Kilka miesięcy pozostało do upadku powstania i taka bitwa (sprawa) jak pod Łysobykami losów wojny odwrócić nie mogła.

Bitwa pod Łysobykami? Taki tytuł pierwotnie miał zapowiadać ten artykuł. Ze znakiem zapytania na końcu.Dlaczego? Nie chcemy prostować zakrętów historii. Dla wszystkich, którzy interesują się ,bardziej lub mniej tematem, oczywistym jest i tak pozostanie, że nazwa bitwy będzie najpierw kojarzona z Łysobykami (dzisiaj Jeziorzany). To fakt, z którym nie zamierzamy dyskutować. Jednak aby sprawiedliwości i prawdzie zadość się stało napisać musimy co następuje: jak widać na mapie faktyczne miejsce potyczki to obszar leśny pomiędzy Przytocznem, a Budziskami. Na zdjęciu obok widzimy obelisk poświęcony powstańcom, poległym w czasie tej bitwy, postawiony jak się powszechnie przypuszcza w miejscu gdzie walkę ów powstańcy stoczyli. Jednak warto jest poznać jeszcze jeden fakt (może „mocne przypuszczenie”): poszukując śladów tamtej bitwy udało się zawęzić i być może ustalić najdokładniejsze miejsce, gdzie rozegrały się główne działania militarne. Otóż faktycznym miejscem bitwy (koncentracja) mógł być obszar leśny położony w odległości ok. 1 km na północ od pomnika, który jest na zdjęciu. Dlaczego nazwa bitwy „pod Łysobykami”? Zapewne Łysobyki jako duża i położona nad Wieprzem miejscowość była bardziej znana od wszystkich innych wokół. Nadanie nazwy bitwie właśnie nazwą tej miejscowości być może było oczywiste.

180_rocznica

na zdjęciu: pomnik poświęcony Poległym Żołnierzom Powstańcom w 165 rocznicę Bitwy pod Łysobykami.

Jako, że wydarzenie to miało miejsce bardzo dawno temu, oczywistym jest, że brakuje świadków tamtej bitwy. Opierając się na materiałach źródłowych, a także publikacjach pozyskanych od osób znających ten temat przedstawiliśmy w tym artykule najważniejsze fakty dotyczące tej bitwy.Dla bardziej dociekliwych i tych, których temat intryguje polecamy zapoznać się z tym tekstem opublikowanym w gazecie  „Kuryer Polski” rok 1831. Czytamy tam o:

cyt.”  Wiadomość urzędowa do wojska.Do Rządu Narodowego.
Dnia 14 czerwca wojsko Narodowe rozpoczęło działania zaczepne przeciwko nieprzyjacielowi, zajmującemu województwo podlaskie i Lubelskie, a szczególniej w celu zniesienia korpusu Rϋdigera, stojącego w okolicach Lublina. Dnia 15 główna kwatera była w Siennicy, gdzie pozostałem z rezerwami, dla zabezpieczenia z jednej strony wypraw jenerałów Jankowskiego i Rybińskiego, a z drugiej strony Warszawy przeciwko zamachowi głównej armji nieprzyjacielskiej.

Jenerał Rybiński udał się przez Wodynie, Domanice i dnia 18 zajął Zbuczyn i Siedlce, gdzie zabrał dość znaczne magazyny. Szybkie ustąpienie nieprzyjaciela ku Bugowi, nie dozwoliło zadać mu klęski, ani też mógł jenerał Rybiński zapędzać się w dalszą pogoń i oddalać się przez to od reszty naszego wojska.

Jenerał Jankowski z dywizją pierwszą jen. Milberg konną pod dowództwem jen. Turno i korpusem oddzielnym jen. Ramorino, miał rozkaz udania się przez Kock  w Lubelskie, dla atakowania tą przemagającą siłą Rϋdigera i pobicia go.

Dnia 18 czerwca oddział jenerała Jankowskiego zajął Łuków, rozbiwszy częścią, a częścią zabrawszy w niewolą znajdujący się tam oddział kozaków, i zabrał dość znaczny magazyn. Tegoż samego dnia jenerał Jankowski przybywszy do Gułowa pod Adamowem, dowiedział się, że nieprzyjaciel przeszedł wbród na prawy brzeg Wieprza pod Łysobykami. W obawie tedy, ażeby mu ten nieprzyjaciel nie uszedł, podzielił cały swój korpus na małe oddziały, które rozstawił w Kocku, a na polu w Rudzie Serokomli. Jenerał zaś Turno wysłał z Adamowa na Gułowską Wolę i Budziska, ku Łysobykom z 3ma bataljonami 3go pułku strzelców pieszych, jednym bataljonem grenadjerów, pułkiem 4tym strzel. konnych, 3ma szwadronami 7go ułanów i z ośmiu działami.

Jenerał Turno z tą siłą, nie przechodzącą 3000 ludzi, już pod Budziskami spotkał o godzinie 3ej rano dnia 19 nieprzyjaciela, którego nie wahał się natychmiast atakować, rachując na zapowiedziane wsparcie jener. Jankowskiego , całemi siłami. Tymczasem żadna pomoc nie zjawiła się z naszej strony, gdy nieprzyjacielski korpus wzmógł się cząstkowo, do kilkunastu tysięcy. Był to albowiem cały korpus Rϋdigera, z którym jenerał Turno zwiódł sześciu godzinną walkę jak najzaszczytniejszą dla niego, jako też i dla wojska walczącego pod jego rozkazami.

Bój ustał o godzinie 9 rano i obiedwie strony zostały na swoich stanowiskach. Nakoniec jenerał Turno otrzymawszy wyraźnie rozkaz cofnienia się z pobojowiska, udał się do Czarny.

Straty jenerała Turno w tej chlubnej walce wynoszą 270 rannych i zabitych, między któremi jest 6ciu ofiicerów rannych, ale oprócz tego oddziały nieprzyjacielskie wkradłszy się między rozrzucone kolumny jenerała Jankowskiego, pojmały dwóch adiutantów wiozących jego rozkazy i majora z kwatermistrzostwa Butryma. Podobnież zabrały kilkanaście jaszczyków z amunicją i kassą jednego pułku, co wszystko bez eskorty były zostawione.

Po bitwie stoczonej przez jenerała Turno i tegoż samego dnia około południa wszystkie siły znajdujące się pod komendą jenerała Jankowskiego, były zebrane pod Gułowską Wolą, gdy Rydygier ściągał swoje siły pod Przytoczno.

Jenerał Jankowski rozpoczął ruch odwrotny ku Warszawie, a jenerał Rydygier podobnież się cofnął.Jenerał Jankowski i Bukowski powołani są do wytłómaczenia się z swojego postępowania. Na ostatnim cięży zarzut, że będąc ze swoją kolumną najbliżej jenerała Turno, na odgłos jego walki nie poszedł mu w pomoc. – W Warszawie dnia 24 czerwca 1831r. – Wódz Naczelny (podpisano) Skrzynecki

Kilka pytań

Wyprawa na Rydygera – Sprawdziły się więc smutne wieści o nieszczęśliwym wypadku wyprawy na Rudygera. Rapport Naczelnego Wodza przedstawia, jak zwykle , z całą otwartością kolej wydanych poleceń i faktów, które prawdziwą boleścią zaprawiają serce każdego Polaka. Wszystkie rachuby wzięte były rozważnie, już widzieliśmy korpus nieprzyjacielski zniesiony, już oczyszczone dwa województwa, już otwartą drogę na Wołyń i bohaterskie Padole, już mieliśmy zanieść pomoc drugim braciom, którzy wyciągają do nas skrwawione ręce, wołając „prędzej” już Toll zabłąkany przy granicy pruskiej stracił resztę nadziei; gdy wtem nie do pojęcia niedołężna exekucja ułożonego planu, wydarła nam z ręku zdobycz i oddaliła od kresu zbawienia ojczyzny. Śmiało bowiem wyrzec możemy, że zniesienie tak łatwe Rudygera, posunięcie się na Wohyń i Podole, poskromienie ostatków korpusu Rotha, który skutecznego nie mógł nam stawić oporu, byłoby zbawiło Polskę, a główną armią rosyjską uciekającą rzuciło za dawne granice. Żałować przychodzi, że Wódz Naczelny sam nie kierował osobiście tak ważnej wyprawy: jego talenta, jego przenikliwość, byłyby niezawodnie sprowadziły pomyślny skutek, i przysporzyły dla jego skroni laurowych wieńców; żałować przychodzi, że powierzył kierunek świeżo mianowanemu jenerałowi, który jako jenerał dowodzący, nie pokazał jeszcze dowodów wyższych usposobień; żałować przychodzi, że pozostawił tyle usposobionego wodza, jak jest Rybiński, na punkcie prawie li tylko obserwacyjnym. Czemu nie on dowodził tak świetną i tyle korzyści obiecującą wyprawą?… Któż z ludzi, najprostsze o rzeczy mających wyobrażenie pojmie, dlaczego jen.Jankowski porozdzielał całe swoje tak znaczne siły, na drobne oddziałki; dlaczego całą zapasową amunicją  i kasę zostawił na los o pół mili od pola bitwy, bez najmniejszej straży; dlaczego  szwagier jenerała Jankowskiego , Bukowski, nie pospieszył na pomoc jenerałowi Turno, który w tym dniu pamiętnym okrył się sławą, i z kilkakroć mniejszą siłą wstrzymał zwycięsko przerażonego nieprzyjaciela; dlaczego jenerał Jankowski nie pospieszył do punktu walki; dlaczego nie dobywszy pałasza, nie dawszy jednego strzału, po kilkakroć powtórzonemi rozkazami, zmusił jenerał Turno do odwrotu?…Dlaczego potem z całemi siłami cofnął się ku Warszawie?…Te pytania muszą być rozwiązane, jasno i dokładnie, w obliczu narodu, w obliczu całego świata. Od początku teraźniejszej krwawej wojny, pierwszy raz oręż polski nie zdobył tak łatwego i stanowczego zwycięstwa . Porobiono gwałtowne marsze, pochwycono nieprzyjaciela i puszczono bezkarnie. Izby sejmujące nie mogą patrzeć obojętnie na zdarzenie, które okryło żałobą Polskę całą; reprezentanci narodu niech będą sprawiedliwymi, niech rzecz wyjaśnią, niech niczyja sława nie cierpi, niech obsypują dobrodziejstw talenta i dowodną miłość ojczyzny, a niech dotkną należycie zdrajców , nieuków i niedbalców. Trzeba kar i surowych kar; trzeba przykładu, sprawiedliwości.”

W cytowanym powyżej tekście zachowano oryginalną pisownię.

c.d.n.

Kategorie
Przytoczno

185. rocznica „Bitwy pod Łysobykami” – aktualizacja.

Relacja z uroczystości obchodów 185. rocznicy „Bitwy pod Łysobykami”.

Dnia 3 lipca 2016r. o godzinie 16.00, w Lesie Przytockim odbyła się uroczysta msza święta – polowa za poległych w Bitwie pod Łysobykami oraz za ojczyznę. Mszę świętą sprawował ks. wikariusz Michał Rodak, we mszy uczestniczył również ks. proboszcz Mieczysław Mikulski.

Relacja…ale najpierw…

Mógłbym powiedzieć, że obrazy (poniżej) mówią więcej niż niejeden opis jednak mimo to postaram się zmierzyć z wyzwaniem w postaci opisania tej uroczystości. Rocznica przypadająca w tym roku – okrągła (?) 185. – jest również okazją do opisania „szerzej” tej uroczystości. Mówiąc krótko – od pomysłu do realizacji.

Idea upamiętniania powstańców listopadowych, a zwłaszcza żołnierzy walczących w bitwie pod Łysobykami istniała chyba od momentu, w którym my jako twórcy tej strony uświadomiliśmy sobie, że to nasza historia, historia miejsca w którym żyjemy, a zatem nasza spuścizna (może zbyt patetycznie), o której nie tylko mamy pamiętać ale co ważniejsze – zachować ją dla innych. Trudno mi wskazać datę kiedy ta świadomość historyczna zaistniała, więc tylko enigmatycznie mogę stwierdzić, że było to kilkanaście lat temu. Pierwszym sygnałem – momentem, który warto odnotować była zapewne msza święta – sprawowana przez ówczesnego ks. wikariusza Sławomira Arseniuka – a ofiarowana za ojczyznę. Msza święta odbyła się w kaplicy w Przytocznie, a po zakończeniu udaliśmy się pod obelisk upamiętniający żołnierzy poległych w bitwie pod Łysobykami. Kilka zdjęć poniżej ilustruje to właśnie wydarzenie. Była to pierwsza nasza inicjatywa zmierzająca do zrobienia czegoś  „większego” wokół tej bitwy.

Po kilku latach przerwy w roku 2011 (18 czerwca), w 180. rocznicę „Bitwy pod Łysobykami” zorganizowaliśmy uroczystą mszę świętą w Lesie Przytockim, w miejscu gdzie znajduje się wspomniany wcześniej obelisk. Relacja z tej uroczystości jest tutaj, stąd szerszy opis wydaje się  zbyteczny w tym miejscu.

I znowu przerwa.

Wracamy w roku 2015 – szczegółowy opis w artykule Relacja ze 184. Rocznica „Bitwy pod Łysobykami”. Jak widać regularność nie była naszą domeną (z różnych przyczyn). Sytuacja zmieniła się właśnie w tym roku…

Meritum, a więc do rzeczy.

W tym roku obchodziliśmy 185. rocznicę bitwy, z  przyczyn organizacyjnych termin uroczystości przypadł na dzień 3 lipca 2016r. W przygotowania do uroczystości włączyła się duża grupa osób (druhowie OSP Przytoczno Osiedle, MDP OSP Przytoczno Osiedle oraz inni, których wymienię poniżej). Nasi druhowie zajęli się przygotowaniem terenu wokół pomnika – wymagało to sporo pracy, bo jak wiecie pomnik położony jest w lesie. Ogólnie chcieliśmy aby w tym roku, nie tylko z racji okrągłej (?) rocznicy wydarzenie to wybrzmiało lepiej, pełniej ale może przede wszystkim z powodu tego, że tego typu wydarzeń nie można traktować schematycznie – zrobić raz, a później tylko powielać. Zarówno marzeniem jak i celem było (nadal jest) aby z roku na rok wydarzenie to nie tylko było ale i zaskakiwało (rzecz jasna pozytywnie).

Jak to zwykle bywa przy wydarzeniach, które odbywają się w plenerze bardzo ważna jest pogoda. W tym roku, w dniu poprzedzającym uroczystość (w sobotę) pogoda, mówiąc krótka – była. Niedziela – no cóż od rana padał deszcz, ciężkie chmury zasnuły niebo nad nami, nie wyglądało to dobrze. Dość przypomnieć, że w zeszłym roku pogoda przestała być dla nas łaskawa (duży opad deszczu) w momencie kiedy po zakończeniu uroczystości dojechaliśmy do Przytoczna aby zwrócić pożyczony sprzęt. Opatrzność była dla nas łaskawa. W tym roku również pogoda na czas uroczystości była idealna – nie padał deszcz i temperatura około 20 stopni. Mimo to, co jakiś czas spoglądaliśmy w niebo czy aby pogoda się utrzyma. Oczywiście, jak widać na zdjęciach byliśmy przygotowani na opady, na szczęście namioty nie były potrzebne (przynajmniej do osłony przed deszczem).

Każdego roku chcemy aby ta uroczystość wyglądała inaczej, tzn. lepiej. Może użycie słowa „atrakcje” nie do końca jest tu właściwe ale zaryzykuję stwierdzenie, iż: warto aby uroczystość ta, każdego kolejnego roku była bogatsza w atrakcje. Do tego będziemy dążyć. W tym roku w ramach obchodów 185. rocznicy wydaliśmy okolicznościową kartę (na zdjęciach poniżej) oraz przygotowaliśmy tablicę pamiątkową – ustawioną obok pomnika (również zdjęcie). Ponadto jak w roku poprzednim dla wszystkich uczestników przygotowaliśmy poczęstunek w postaci grochówki.

Pytania.

Dlaczego było tyle osób? Nie robiliśmy żadnych innych zaproszeń ponad te, które zostały wywieszone w każdej wsi, w naszej gminie. Każdy kto przeczytał był zaproszony a jeśli nie przeczytał i przyszedł również – tym bardziej jest nam miło. Indywidualna sprawa każdego z Was czy z tego zaproszenia skorzystał.

Czy było więcej osób, niż w zeszłym roku? Pewnie nie, nie liczyliśmy.

Czy pogoda jednak wpłynęła na frekwencję? Pośrednio tak, ale czy tylko pogoda…

Dlaczego to robimy? Masowe, popularne, medialne, opłacalne – żaden z tych przymiotników nie pasuje do naszego działania. Zatem dlaczego ktoś poświęca swój czas, swoje pieniądze dla promowania (lokalnej) historii? Nie mam na to odpowiedzi innej niż słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego „Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku, teraźniejszości ani prawa do przyszłości”…

Serdeczne podziękowania dla:
Zespół Szkół w Przytocznie – Pani Dyrektor Jolanta Fotyga
Zespół Szkół w Przytocznie – przygotowanie poczęstunku
OSP KSRG Jeziorzany
OSP Stoczek Kocki
GS „Sch” w Jeziorzanach
Organizatorzy: Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle.

Znajdziecie nas:
02_facebook1 01_twitter
Zapraszamy do zamieszczania komentarzy poniżej.

Kategorie
Przytoczno

Z wizytą u rodziny Kuszllów.

Jedna z naszych pierwszych „wypraw historycznych”. Kim są dzisiaj członkowie rodziny Kuszllów, jaka jest ich historia, dlaczego pamiętamy o nich? Na te pytania oraz wiele innych odpowiedzi znajdziecie w tym artykule.

Kiedy zapowiadałem ten artykuł, napisałem, że nie wiem jak zacząć. Cóż, minęło kilka dni i znalazłem rozwiązanie. Najlepiej zacznę od początku. Tytułem wstępu kilka kwestii, oto co następuje. Może ktoś nam zarzucić, cóż wielkiego dokonaliście, zwykłe spotkanie, może ktoś powiedzieć, „Kuszell-to było dawno, minęło bezpowrotnie”, po co nam to potrzebne…dla wszystkich stawiających te pytania, niech odpowiedzią będzie ten i następne artykuły. Dla tych, którzy jednak wiedzą, że sprawa jest  z kategorii „niesamowite, fenomenalne itp.” , dla Was właśnie to zrobiliśmy. Może, nie tylko, bo dla siebie również.

Początek. Skąd pomysł?

Dlaczego chcieliśmy zrobić artykuł o rodzinie Kuszllów? Dla kogoś stąd, dla kogoś kto zna historię regionu sprawa jest oczywista. Ostatni właściciel majątku Przytoczno, a także jego rodzina zasługują na to aby ich poznać, pamiętać i wiedzieć możliwie jak najwięcej. To w końcu nasza historia, wiele razy powtarzane hasło „kim będzie człowiek nie pamiętający swoich korzeni, nie znający swojej historii” szczególnie w tym kontekście zdaje się być bardzo na miejscu. Tak więc pomysł, aby poznać rodzinę Kuszllów, opisać ich dzieje, odwiedzić krewnych ostatniego właściciela powstał dawno, bo na samym początku kiedy strona przytoczno.pl dopiero powstawała. Aby podjąć się tego tematu, trzeba było w pierwszej kolejności zająć się tematami mniej ważnymi, choć z punktu widzenia spójności, również bardzo potrzebnymi. Kiedy w końcu nastąpił ten moment, że już czas, że trzeba się tym zająć powstało pytanie jak to zrobić? Pomyśleliśmy i stwierdziliśmy, że potrzebna jest osoba, która ma kontakt z rodziną Kuszllów, aby właśnie do tej osoby zwrócić się z zapytaniem czy możliwe byłoby umówienie się na rozmowę. Sprawa wydawała się prosta, osoba taka znalazła się (słowa podziękowania dla tej Pani i innych osób, które pomogły) ale powstało następne pytanie: czy zechcą spotkać się z nami [córki p.Kuszlla]? Dlaczego miałyby się nie spotkać? Powodów przeciw pewnie znalazłoby się kilka. Jednak już po pierwszej rozmowie, którą odbyłem z panią Katarzyną Kuszell wiedziałem, że spotkanie będzie czymś wyjątkowym i ważnym. Jakie było moje zdumienie i jednocześnie uczucie radości kiedy w rozmowie pani Katarzyna oznajmiła, że na spotkaniu będą również jej wszystkie siostry. Później w rozmowie z przyjacielem stwierdziliśmy, że to naprawdę wyjątkowe osoby, które tylko po jednym telefonie i po enigmatycznej opowieści kim jesteśmy i po co jest to spotkanie, potrafiły się zebrać razem i poświęcić swój czas. Zapewne i panie Kuszell, również były ciekawe nas, naszych intencji, naszego podejścia do tematu. Tak więc spotkanie umówione, czas jechać. Podzielę się na koniec pewnymi obawami, które towarzyszyły mi przed spotkaniem. Nie byłem zaskoczony, że się udało, a więc co? Obawiałem się, że nie zaprezentujemy się w sposób taki aby zdobyć zaufanie, aby nawiązać wspólny język. Na szczęście, i to nie tylko dzięki nam już powitanie wypadło najlepiej jak to tylko możliwe, a dalej już było tylko …użyję słowa „super”.

Spotkanie.

Nie jest łatwo zdobyć zaufanie drugiego człowieka. Już pierwsze kilka zdań zwiastowało, że czas, który będzie nam dane tutaj spędzić to czas przyjemnie i pożytecznie spędzony. Już w środku czekał na nas słodki poczęstunek i gorąca herbata. Pani Katarzyna Kuszell jako gospodarz przedstawiła nam swoje siostry, po czym zaczęliśmy opowiadać kim jesteśmy, po co nam to spotkanie. Jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że dzieje się to naprawdę, że to my zdobyliśmy się na taki wyczyn, aby doprowadzić do spotkania, aby odkryć co nie odkryte, aby poznać co nie poznane…Czuliśmy jakby historia Przytoczna, ta dawna historia była naszym udziałem, niesamowite uczucie, trudne do opisania…To co zobaczyłem za chwilę, wywołało u mnie z jednej strony poczucie ulgi, myśląc „nareszcie to mamy” z drugiej zaś uczucie wzruszenia. Chodzi o album ze zdjeciami. Nie zachowało się tego wiele, ledwie kilkanaście zdjęć, choć dla nas to i tak więcej niż się spodziewaliśmy. Ot chociażby zdjęcie dworu w Przytocznie, absolutnie unikatowe fotografie i mimo, że nie pokazują całej bryły budynku to i tak są to fotografie bezcenne. Dla każdego z nas będą nowością i jednocześnie ważnym dokumentem historycznym.

Mógłbym tu pisać i opowiadać jak to było, w zasadzie to robię, może nie do końca umiejętnie, jednak to nie zmienia i tak faktu, że atmosfera spotkania była tak wyjątkowa, że suchy przekaz w formie sprawozdania może nie zostać przez Was właściwie odebrany. To tak na marginesie.

kuszell_2

Teraz widzę i z pewnym zażenowaniem mogę stwierdzić, że zadałem kilka nieprzemyślanych do końca pytań. Samo spotkanie mimo, iż przebiegło w bardzo miłej atmosferze to przecież dotykaliśmy tematów odległych i przykrych dla rodziny Kuszllów. Dla nas każda anegdota, opowieść stanowiła cenne źródła, a dla naszych gospodarzy to przecież nie tylko czas beztroskiego dzieciństwa ale i trudnego okresu dorastania w czasie wojny. Nie można o tym niestety zapomnieć, wojna i jej tragiczne żniwo na zawsze zmieniły los rodziny Kuszllów.

Ojciec, Kazimierz Teodor.

Z racji swojego wieku nie miałem możliwości poznania pana Kazimierza Kuszlla. Do czasu spotkania, w trakacie którego zobaczyłem zdjęcie przedstawiające jego osobę, nie wiedziałem nawet jak wyglądał. Pewnie 99% osób to czytających nie widziało fotografii zamieszczonej obok. Często sobie wyobrażałem jaki to był człowiek, próbując skleić obraz ze skąpych opowieści osób, które miały okazję czy to poznać Go osobiście czy tak jak ja usłyszeć o nim od innych. Z opowieści córek  wiemy już, że był to człowiek zasadniczy, często surowy to jednak szlachetny u miejący rozróżniać co jest właściwe, a co nie. Wiele pytań dotyczących ojca przychodzi mi w tej chwili do głowy, które chciałem zadać, ale z braku czasu. po prostu mi się nie udało…

kuszell_kazimierz_teodor
na zdjęciu powyżej: Kazimierz Teodor Kuszell, właściciel majątku Przytoczno.lata 30-te, fotografia wykonana w ogrodzie, dwór w Przytocznie.

Chciałbym oddać, przekazać Wam jak najwięcej z tego niezwykłego spotkania. Jednak emocje jakie towarzyszyły naszej obecności w domu rodzinnym Kuszllów nie potrafię przenieść na ekran. Słuchałem opowieści o latach dzieciństwa, beztroskich zabawach wśród rodzeństwa, słuchałem o latach młodzieńczych, bardzo trudnych, naznaczonych przez los. Kiedy zadałem pytanie jak Panie wspominają Przytoczno? Pani Katarzyna odpowiedziała jednym prostym zdaniem, że tutaj spędziły dzieciństwo, to kraina ich młodości, do czasu pewnych wydarzeń kraina szczęścia i radości. Choć tutaj doznały również cierpienia, chcę wierzyć i prawie jestem przekonany  oglądając te nieliczne fotografie, że tak właśnie pamiętają to miejsce, nasze Przytoczno. Tragiczna śmierć ojca zamordowanego przez bandę rabunkową, okres wojny, potem wypędzenie i grabież majątku, to wydarzenia, które na zawsze odmieniły los rodziny.

Rok 1944. Samotna matka z dziećmi ma trzy dni, aby zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić na zawsze swój dom. Cały dobytek wraz z siedmioma osobami odjeżdża na trzech wozach konnych. Nigdy już nie wróca do tego domu, majątek przejęło państwo a rodzina pozostała bez środków do życia, ograbiona nie tylko z majątku ale i z godności. Na szczęście nieopodal w Charlejowie znajdują się ludzie, którzy pamiętają, że gospodarz majątku, zmarły tragicznie Kazimierz Kuszell był dobrym człowiekiem. Nie pozostawiają rodziny jego bez pomocy. Potem jest szkoła na Brzozowej, gdzie siostry uczęszczają, często pokonując drogę z Charlejowa pieszo. To tylko zdawkowe  opowieści, które udało mi się zapamiętać, okazja aby ułożyć to w ciekawe opowiadanie czy może nawet opowieść na pewno będzie.

Koniec? Nie, raczej początek…

Wiele odpowiedzi już znam, chociaż samych pytań powstało również wiele. Dlatego temat ten na pewno będzie powracał, aby możliwie jak najwięcej napisać na temat rodziny Kuszllów, ale także na temat Przytoczna w owym czasie.

Jak ocalić od zapomnienia tak wspaniałych ludzi, jak napisać aby oddać emocje towarzyszące spotkaniu, jak zapisać ich wspomnienia, jak być dobrze zrozumianym, jak wyrazić swoją wdzięczność za pełne życzliwości przyjęcie? Sporo trudnych pytań, na niektóre z nich odpowiedzią będzie właśnie nasza praca, te artykuły. Nie trzeba było wiele…

P>S>Czekamy na Wasze komentarze. Artykuł będzie uzupełniany, więc już teraz zachęcam do odwiedzania nas codziennie. Zobaczycie zdjęcia, które  zrobią na Was wrażenia, jesteśmy tego pewni. Dodatkowo zostaną one opatrzone komentarzem a i sam artykuł na pewno jeszcze uda się rozszerzyć.

Wpisany pierwotnie przez Administrator | 17 marca 2010.

Kategorie
Przytoczno

Relacja ze 184. rocznicy „Bitwy pod Łysobykami”.

Dnia 21 czerwca 2015r. obchodziliśmy 184. rocznicę „Bitwy pod Łysobykami”. Z tej okazji członkowie Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle przygotowali uroczystość w Lesie Przytockim, w miejscu gdzie znajduje się pomnik poświęcony temu wydarzeniu. Mszę świętą sprawował ks. Michał Rodak, wikariusz naszej parafii. W uroczystości uczestniczył również ks. Mieczysław Mikulski, proboszcz parafii oraz nasza organistka Pani Elżbieta.

Relacja.

Po przerwie (poprzednio w 2011) wróciliśmy do organizacji tej uroczystości. Wydaje się, że zbytecznym jest przywoływanie okoliczności dla których tak długa przerwa miała miejsce. Istotnym zdaje się bardziej to, czy począwszy od tego roku uda się utrzymać cykliczność tej imprezy (w sensie uroczystości). Czas pokaże.

Jak zwykle, mimo iż niektórym mogłoby się wydawać, że to nic wielkiego taka uroczystość wymaga przygotowania. Począwszy od przygotowania terenu wokół  pomnika, aż do zakończenia – zwrócenia sprzętu oraz posprzątania terenu. Uroczystość w zasadzie przygotowaliśmy sami tj. członkowie stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle. Prace podzieliliśmy na pewne odcinki i każdy kto podjął wyzwanie pracy na danym etapie wywiązał się z tego wzorowo – kilka zdjęć z przygotowań poniżej.

 

 

Pogoda dopisała, co widać chociażby na fotografiach poniżej. Namioty przygotowaliśmy na wypadek zmianę pogody. Wzorem roku 2011 udało się wypożyczyć mundury powstańców co niewątpliwie przykuwało uwagę zgromadzonych. Niby niewielki detal a podnosi nie tyle rangę co powagę uroczystości.

Msza święta odprawiona za żołnierzy poległych w bitwie pod Łysobykami i za naszą ojczyznę nie wymagała od nas wielkiej niestrudzonej walki o to, aby była. Po raz kolejny powtórzę, że takie działanie wymaga tylko jednego – uświadomienia sobie, że to nasza historia, że jest to ważne, potrzebne i wpływa na nasze dzisiejsze życie, na Twoją, na moją tożsamość, na to kim jestem, kim chcę być. Podobnie z tymi, którzy chcą uczestniczyć w tego typu wydarzeniach – nie tylko doceniają nasz trud poświęcony na przygotowania ale i podzielają wspomniane wcześniej słowa, że jest to ważne, że powinno się o tym pamiętać. W tym roku, po raz pierwszy udało nam się zorganizować mały poczęstunek w postaci grochówki (podziękowania dla Zespołu Szkół w Przytocznie, dla pracowników kuchni).

Nie chcę żeby nasza historia interesowała wszystkich – to niemożliwe, nie chcę aby wszyscy byli historykami – to się nie uda, nie oczekuję od każdego bycia patriotą – bo każdy patriotyzm rozumie inaczej ale czy wymaganie od każdego z nas mieszkańców pamięci o ludziach, którzy walczyli za nasze miejsce, nasz dom, naszą wolność nie powinno być naszym obowiązkiem?

Szczególne podziękowania dla:
Zespół Szkół w Przytocznie – Pani Dyrektor Jolanta Fotyga
Zespół Szkół w Przytocznie – przygotowanie poczęstunku
OSP KSRG Jeziorzany
GS „Sch” w Jeziorzanach

Organizatorzy: Stowarzyszenia OSP Przytoczno Osiedle.

Zapraszam do zamieszczania komentarzy poniżej.

Znajdziecie nas:
02_facebook1 01_twitter

Kategorie
Jeziorzany

Szkoła Podstawowa im. Stanisława Staszica w Jeziorzanach

Kiedy powstała szkoła w Jeziorzanach, w świetle znanych dokumentów, trudno jest ustalić. Być może istniała w 1764 r., kiedy to biskup Sołtyk pozwolił Żydom otworzyć swoją szkołę. Pierwsza wzmianka w dokumentach, dotycząca szkoły, pochodzi z 1820 r. Jest to wykaz mieszkańców Łysobyk, którzy płacili pensję nauczycielowi. Skoro za nauczanie dzieci płacili rodzice, prawdopodobnie uczniów nie było wielu. Mieszczanie łysobyccy nie byli zamożni. Drobne warsztaty rzemieślnicze, gospodarstwa chłopskie nie mogły przynieść dużych zysków. O lokalizacji tejże szkoły i innych szczegółach wspomniany dokument nie mówi.

O wiele więcej informacji dostarcza notatka z 1831 r. Wiadomo, że szkoła mieściła się w drewnianym, ciasnym budynku. Uczęszczało do niej 50 dzieci. Nie była to imponująca liczba, jak na 767 mieszkańców. Fakt ten potwierdza jeszcze raz ubóstwo łysobyczan. Tylko nielicznych stać było posłać dziecko do szkoły i opłacać nauczyciela.

Nauka odbywała się w okresie zimy i przypuszczalnie uczył jeden nauczyciel. Po upadku powstania styczniowego, w 1864 r., car nasilił akcję rusyfikacyjną. Tak jak wszystkie przejawy życia Polaków, szkoła szczególnie poddana była temu uciskowi. Z tego okresu wzmianki są śladowe. Wiadomo jedynie, że pod koniec XIX w., w 1890 r., pracował u nas, oddany carowi, nauczyciel Siuchta. W1915 r., w wyniku przegranej na froncie, wycofują się Rosjanie. Ich miejsce zajmują wojska niemieckie i austriackie. Dawny zabór rosyjski okupują Niemcy i Austro-Węgry. Granica stref okupacyjnych biegła wzdłuż Wieprza. Jeziorzany znalazły się w strefie niemieckiej, a Drewnik w austriackiej. W tych ciężkich czasach córka miejscowego sekretarza Kowalczykówna, z własnej inicjatywy, otwiera szkołę i prowadzi ją bezinteresownie przez 5 lat. Jej czyn zyskał poparcie władz okupacyjnych w Łukowie.

Dzieci uczyły się w wynajętych pomieszczeniach, gdyż budynek szkolny spłonął, tak jak większość domów, gdy wycofywali się Rosjanie. Po odzyskaniu niepodległości -zaczęła organizować się władza polska. Rozpoczęła też funkcjonowanie obowiązkowa szkoła siedmioklasowa. Dzieci nadal uczyły się w wynajętych salach, część izb lekcyjnych mieściła się w starym budynku Urzędu Gminy. Wobec trudności lokalowych władze przystąpiły do budowy nowej szkoły przy ul. Babiej. Jej budowę ukończono w 1926 r. Mieściły się w niej 4 izby lekcyjne, 2 sionki, kancelaria oraz dwa pokoiki na poddaszu dla nauczycieli. Do szkoły uczęszczały dzieci z Przytoczna, Blizocina i Woli Blizockiej. Do 1926 r. kierownikiem szkoły był J. Siwiński, następnie Czesław Zagajski a od 1926 r. aż do wybuchu wojny Albin Rosolski. Wśród nazwisk nauczycieli widnieją następujące: Antoni Zdunek, K. Sośnicka, Matejkówna, Urszula Miturówna, Mróz, Satowski, Jarczyński, Cybulski, Stanisław Deputat, Stanisława Rosolska, Leonard Kołodziej, Andrzejewski, ks. Jan Kazimierczak.

W1933 r. szkole nadano imię Stanisława Staszica w dowód wdzięczności za duże zasługi tego Polaka dla wsi i jej mieszkańców.

Bardzo szybko okazało się, że wybudowany budynek jest za ciasny, dlatego nauka odbywała się też w domu Jędrychów i Wójcików. Jednak to nie rozwiązywało trudnej sytuacji, postawiono, po rozważeniu innych propozycji, postawić nową szkołę. Tak ważnym przedsięwzięciem kierował, z ogromnym osobistym zaangażowaniem, Albin Rosolski. Drzewo pozyskano z lasu, który Łysobyki posiadały pod Walentynowem. Jego transportem na tzw. żelaźniakach, zajęli się gospodarze. Szkołę budował cieśla z Drewnika – Michał Radomski. Budowę ukończono w 1936 r. i stopniowo oddawano do użytku.Wykończeniem sali gimnastycznej zajęła się, już po wojnie, Stanisława Rosolska.

Okres okupacji, tak jak dla wszystkich polskich szkół, był bardzo ciężki. W obozach koncentracyjnych zginęło 2 nauczycieli, Stanisław Deputat, Albin Rosolski i ks. Jan Kazimierczak. Taki sam los spotkał wielu uczniów pochodzenia żydowskiego.   Szkoła   funkcjonowała   w ograniczonym zakresie. Uczyło tylko kilku nauczycieli:

Stanisława Rosolska, L. Ośmiałowski, J. Na-czas, Jesionowska, Zofia Garlewska. Od 1940 r., po aresztowaniu Albina Rosolskiego, kierownikiem szkoły został Andrzejewski. W czasie, kiedy w szkole stacjonowały wojska niemieckie, dzieci „uczyły się w remizie i u Stanisława Kijka na Budzyniu. Po wyzwoleniu zaczął się nowy okres w dziejach szkoły. Z ławek zniknęły „stery”, a pojawiły się polskie podręczniki. Przyszli też nowi nauczyciele. Przez 3 lata kierownikiem był Michaluk, potem kolejno szkołą kierowali: Stanisława Rosolska, Jerzy Kozak, Stanisława Wójcicka, Krystyna Stefura, Maria Wójcicka, Jolanta Fotyga, Emilia Białachowska, Wojciech Jakóbczyk i obecnie Jarosław Blicharz. Na przestrzeni 52 lat pracowało 90 nauczycieli. Tak jak przed wojną również i po jej zakończeniu szkoła boryka się z „ciasnotą”. W przeciągu tych lat wynajmowano pomieszczenia w domach prywatnych: u

  1. Gałązków, Matuszyńskich, Umel czy w remizie i pawilonie handlowym GS. Nawet zakupiony w latach 80-tych budynek przy ul. Rynek nie poprawił sytuacji.

Należy wspomnieć, że po wojnie stopniowo rezygnowano z budynku przy ul. Babiej ze względu na jego stan techniczny. ‚ Liczba uczniów ulegała ciągłym wahaniom. Do lat 70-tych oscylowała w granicach200-250. Istniałakonieczność tworzenia klas równoległych, a i tak w niektórych oddziałach było nawet 42 uczniów. W pewnym okresie nie zapisywano do szkoły dzieci z Węgielc. Pod koniec wyżej wspomnianych lat nastąpił znaczny spadek liczby młodzieży szkolnej, co wiązało się z migracją ludności do miast.

Obecnie liczba ta powoli rośnie. W nadchodzącym okresie szkołę czeka wiele zmian związanych z reformą oświaty, będzie to kolejny, bardzo ważny okres w dziejach tej instytucji.

Materiał pochodzi z tygodnika…

Opublikowano za zgodą autora.

Kategorie
Parafia

Krótka historia parafii…

Historia naszej parafii sięga do początków osadnictwa na tym terenie, a więc do schyłku wieku XV.
Poznaj fakty i legendy związane z powstaniem i rozwojem naszej parafii. Parafia pod wezwaniem Trójcy Świętej liczy sobie już ponad 500 lat. Historia długa, artykuł krótki, więc warto przeczytać. Parafia Rzymskokatolicka pod wezwaniem Trójcy Świętej w Jeziorzanach należy do Diecezji Siedleckiej, Dekanat Adamowski.
Parafia Trójcy Świętej w Jeziorzanach istnieje od XVI. Dokładna data założenia nie nie jest znana. Brak konkretnej daty prawdopodobnie związane jest z faktem, że w XVI i początkiem XVII wieku miejscowość Jeziorzany (dawniej Łysobyki) były związane z rodziną Zbąskich, którzy byli kalwinami. Nasz kościół podobnie jak w Kocku, Kurowie Zbąscy zamienili w zbory kalwińskie.Z budynku ówczesnego kościoła wyniesiono ołtarz i obraz namalowany przez nieznanego artystę. Kazano je wyrzucić. Legenda głosi, że obraz ów został znaleziony przez chłopa z Przytoczna i podarowany do kaplicy w Woli Gułowskiej.
„Oto wpis na stronie Klasztoru oo.Karmelitów z Woli Gułowskiej”…kliknij

Dla opieki nad coraz bardziej słynącym wizerunkiem Madonny z Dzieciątkiem Jezus, właściciele Woli wybudowali barokową świątynię, która obecnie możemy podziwiać. Miasto i kościół przez 80 lat pozostawały w rękach wspomnianego rodu. Zmiany zaszły dopiero, kiedy ówczesny właściciel Łysobyków zawarł umowę z ks.plebanem Janem Zieleniewiczem. Umowa ta oznaczała powrót ówczesnego dziedzica do katolicyzmu i przywrócenia w mieście kościoła katolickiego.

Kolejną ważną datą w historii naszej świątyni to 20 maj 1694roku. W tym dniu została ona konsekrowana pod wezwaniem Świętej Trójcy. Aktu tego dokonał Biskup Dionisceński Sufragan i oficjałat krakowski Stanisław Szembek. Kościół, w którym odbyła się wspomniana uroczystość był drewniany, dach kryty słomą.

W 1781 roku dokonano wizytacji parafii. Nadal istniał kościół drewniany, mocno już zrujnowany. Była też drewniana plebania, budynki gospodarcze i szpital. W złym stanie był nie tylko kościół, ale i jego otoczenie. Świątynię otaczał nędzny, drewniany parkan. Obok drewnianego kościoła istniał „kościół murowany w niewiadomym roku zaczęty, dotąd nieukończony”. Tym nieukończonym kościołem był dzisiejszy o nieco innym wyglądzie.

Parafia posiadała także grunty rolne, m.in. pod Krępą, koło Woli Blizockiej. Z czasem grunty parafialne powiększyły się i z początkiem 1866 roku ich powierzchnia wynosiła 99 mórg i 131 prętów. 17 maja 1866 roku znaczna część majątku probostwa na mocy ukazu carskiego została przejęta pod Zarząd Władzy Skarbowej Królestwa Polskiego. Proboszczowi pozostawiono jedynie 9 mórg i 135 prętów. Z budowli przy parafii pozostały kościół, drewniana plebania, obora ze stajnią, dwie stodoły, szpital, dzwonnica, chlewik i spichlerz. Wszystkie budynki znajdowały się w nie najlepszym stanie, gdyż ciężar utrzymania spoczywał głównie na mieszkańcach miasta, którzy nie byli majętni, wręcz ubodzy. W 1859 roku Łysobyki w dużym stopniu strawił pożar, a potem nawiedziła powódź. To wszystko sprawiło, że wsparcie finansowe dla parafii nie mogło być duże.

Mimo rozlicznych trudności proboszczowie starali się zmienić oblicze świątyni. W XIX stuleciu przeprowadzono jej remont. Dobudowano boczne kaplice, sygnaturkę, zmieniono ilość i kształt otworów okiennych. Wewnątrz kościół otrzymał szatę zbliżoną do stylu barokowego. Całość otoczono parkanem murowanym ufundowanym przez mieszkańców Krępy. Remont kościoła zbiegł się z przeniesieniem do Przytoczna cmentarza grzebalnego, który wcześniej był usytuowany w pobliżu kościoła.

Obok kościoła stała drewniana dzwonnica. Na rogu dzisiejszej ulicy Warszawskiej i Babiej stał drewniany szpital, który znajdował się w fatalnym stanie. Pod koniec XIX wieku wybudowano nową plebanię, która obok kościoła w 1896 roku była najbardziej reprezentacyjnym budynkiem w Łysobykach.

W historię naszego kościoła mocno wpisał się ks. Jan Kaźmierczak. To dzięki jego staraniom kościół otrzymał nową szatę. W oknach świątyni pojawiły się witraże, ułożono nowy sufit, zamontowano boczne ołtarze, w 1940 roku zainstalowano nowe organy. Po wojnie wymurowano nową plebanię, a w 1983 roku dzwonnicę.

Wpisany przez Administrator | 30 września 2009

Kategorie
Przytoczno

180. rocznica „Bitwy pod Łysobykami”

Minęło 180 lat od tej bitwy. Piętnaście lat mija od momentu kiedy uroczyście odsłonięto pomnik w lesie w Przytocznie. Przez te piętnaście lat udało się zorganizować dwie uroczyste Msze Święte. Obie z naszej inicjatywy. Jak to wyglądało cztery lata temu przeczytacie i obejrzycie poniżej. Dlaczego nie pamiętamy o swojej historii? O tym odpowiedź w tym artykule również.

Od pomysłu do realizacji.

Tak jak w roku 2007, tak i w tym, pomysłodawcą, zarówno uroczystej mszy świętej jak i krótkiej prezentacji ”po” był Marcin Tarkowski. Jako, że razem tworzymy zarówno treści jak i formę tejże witryny, razem zajęliśmy się tym pomysłem. Pomysł nie nowy, problemy te co zawsze, czasu za mało. Czymże jednak byłoby planowanie i przygotowywanie takiej rocznicy bez optymistycznego podejścia. Udało się szybko i co najważniejsze na czas, zgromadzić wszystko co potrzebne aby msza święta odbyła się w miejscu gdzie stoi pomnik. Nie potrzeba było wiele, kilka osób, które chciały nam pomóc, trochę czasu i wiary w powodzenie całego przedsięwzięcia.

Dlaczego?

Dlaczego i po co to wszystko? Patriotyzm lokalny, poszanowanie tradycji, historia, którą trzeba znać i szanować, ludzie dzięki którym nasza ojczyzna jest wolna, wiara w to, że jest to i potrzebne, i dobre, i ważne. Obawy były, że będzie mało osób, że ludzie mimo apelu, ogłoszeń po prostu nie znajdą, nie tyle czasu, ile motywacji aby tutaj się pojawić. Jednak są ludzie, którym nie obce są wartości wymienione w pierwszej linijce tego akapitu. Czy nazwać to sukcesem? W jakimś wymiarze na pewno tak, jednak ważniejsze jest to w jakiej intencji tam byliśmy.

Wnioski

Jak zrobić coś ważnego, bez pieniędzy, nie oglądając się na innych? Myślę, że ta rocznica pokazała Wam, że warto jest promować historię naszej małej ojczyzny, że warto jest pamiętać o tych, którzy walczyli dla nas wszystkich. Te skromne uroczystości zorganizowaliśmy według swojego pomysłu i własnymi siłami (oczywiście przy dużej pomocy innych – o tym niżej). Dzisiaj nie sposób ocenić jak bardzo to wpłynie na przyszłe obchody rocznicy tejże bitwy. Życzylibyśmy sobie aby inne rocznice były nie tylko licznie reprezentowane i uroczyste, najważniejsze musi pozostać to dla jakich wartości organizuje się takie uroczystości.

Podziękowania

Powyżej znajdziecie fotografie z uroczystej mszy świętej, która odbyła się dnia 12.06.2011r. w 180 rocznicę „Bitwy pod Łysobykami”. Jak widać pogoda była wymarzona, komary nie gryzły, było powiedziałbym „odpowiednio do uroczystości”. Jeszcze poniżej prezentujemy fragmenty prezentacji o bitwie jaka odbyła się w Zespole Szkół w Przytocznie tuż po zakończeniu uroczystości. Uczestników było dużo mniej niż przy pomniku, co widać na fotografii.

To wydarzenie nie miałoby miejsca, gdyby nie pomoc innych. Dlatego w tym właśnie miejscu chcielibyśmy podziękować Wszystkim, którzy pomogli nam zorganizować uroczystości, szczególnie osobom wymienionym poniżej:

– Dyrektor ZS w Przytocznie – pani Jolanta Fotyga

– ks.proboszcz Mieczysław Mikulski i ks.wikariusz Artur Suska

– Pani Elżbieta – organistka, oprawa muzyczna

– liturgia słowa i psalm – Anita Olszak, Dorota Suśniak, Aleksandra Sobocik, Zygmunt Matyjasek

– Anita Olszak, Łukasz Lemieszek, Marcin Kowalewski – organizacja

– Damian Kępa i Artur Sowa – żołnierze w mundurach z epoki

Dziękujemy za przybycie pocztów sztandarowych z:

– Szkoła Podstawowa w Jeziorzanach

– OSP w Jeziorzanach

Podziękowania dla Was Wszystkich, którzy doceniliście naszą inicjatywę i swoją obecnością uświetniliście obchody 180 – rocznicy Bitwy pod Łysobykami.

Tekst pochodzi z roku 2011 – ponownie umieszczony na naszej stronie.

Znajdziecie nas:
02_facebook1 01_twitter
Zapraszamy do zamieszczania komentarzy poniżej.

Kategorie
Przytoczno

Kuszell

Biogramy pochodzą z książki „Ziemianie polscy w XX w.”

KUSZELL WACŁAW KAZIMIERZ – herbu Drogosław (08.01.1870-04.02.1944), właściciel majątku Przytoczno (pow.łukowski), współwłaściciel majątku Samoklęski (pow.lubartowski). Syn Ignacego Jana (1831 – 1903) i Walentyny z Przanowskich (1834 – 1886). Urodzony w Woli Studziańskiej (pow.Janów Podlaski).
Posiadał wykształcenie średnie. Ożeniony w 1898 w Żalinie z Różą Orsetti, córką Teodora i Marii z Jełowickich , gospodarował w Przytocznie, a następnie przeniósł się do Samoklęsk, które wraz z żoną kupił na kilka lat przed I wojną światową. Jako plenipotent swojej teściowej Marii Orsetti, zarządzał jej dobrami.
Znany w środowisku ziemiańskim jako dobry gospodarz, doprowadził zaniedbany przez poprzednich właścicieli majątek Samoklęski do wzorowego stanu, poprawił strukturę lekkich gleb, rozbudował gorzelnię, założył kompleks stawów rybnych, rozwinął hodowlę koni remontowych. Był członkiem centralnych władz Zrzeszenia Spirytusowego w Warszawie. Z zamiłowania był lekarzem, niestety warunki nie pozwoliły mu na wyższe studia, posiadał jednak jako samouk dużą wiedzę i doświadczenie medyczne, które wykorzystywał praktycznie, z czego był znany w okolicy. Opłacał studia średnie i wyższe kilku chłopcom wiejskim, ułatwiając im następnie start życiowy. Robił to dyskretnie i bez rozgłosu.
Zmarł w Samoklęskach po wieloletniej ciężkiej chorobie, pochowany na cmentarzu parafialnym w Kamionce k. Lubartowa.
Dzieci: 1.Kazimierz Teodor (1889 – 1942) (czytaj niżej); 2.Stefan, kadet, zmarł w czasie działań wojennych w 1920; 3.Janina, absolwentka SGGW, żona Włodzimierza Jarnuszkiewicza, dyrektora cukrowni w Świeciu, zmarła w 1935r.

KUSZELL RÓŻA MARIA – herbu Bożeniec (26.06.1877-21.03.1958), właścielka majątku Kurów Olesin (pow.puławski) i współ. maj. leśnego Świerza Ostrowy (pow.chełmski) oraz współwł. majątku Samoklęski (pow.lubartowski). Córka Teodora Adama Orsetti h.Złotokłos i Marii Konstancji Pauliny z Jełowickich h.Bożeniec. Urodzona w Świerzach, pow. chełmski.
Wraz z mężem Wacławem Kuszellem do 1944 kierowała gospodarką w swych majątkach. W latach 30-tych prowadziła przez parę sezonów w Samoklęskach pensjonat dla zdobycia funduszy na utrzymanie zabytkowego pałacu (pałacyk myśliwski Izabelli Czartoryskiej) i parku na odpowiednim poziomie. Mieszkając kilkadziesiąt lat w Samoklęskach pracowała również społecznie. Korzystając z doświadczeń swojej siostry Marii Orsetti, znanej działaczki w ruchu spółdzielczym, współdziała w zakładaniu i prowadzeniu wiejskich ośrodków i sklepów spółdzielczych, zajmując się m.in. księgowością (sklepy w Samoklęskach, Justynowie, Syrach i Starścinie). Należała do władz spółdzielczych w powiecie Lubartów. Swoją długoletnią pracą nad rozwojem spółdzielczości wiejskiej przyczyniła się do wzrostu gospodarczego zacofanych wsi byłego zaboru rosyjskiego.
Na przełomie lat 1943/44 była więziona przez Niemców na zamku w Lublinie. Po śmierci męża przeniosła się do Warszawy, gdzie zaskoczyło ją powstanie. Wywieziona przez Niemców pod Łowicz, przyjęta została gościnnie przez gospodarzy we wsi. W wyniku reformy rolnej majątki zostały wywłaszczone w 1944 i rozparcelowane. Przez kilka lat po wojnie prowadziła pensjonat w Nałęczowie, gdzie mieszkała do końca życia w trudnych warunkach bytowych. Zmarła w Warszawie, pochowana na cmentarzu parafialnym w Kamionce koło Lubartowa.
O uznaniu dla jej pracy i jej pamięci, świadczy m.in. manifestacyjny udział okolicznej ludności w ceremonii pogrzebowej.

KUSZELL KAZIMIERZ TEODOR – herbu Drogosław (04.04.1898-18.12.1942), właściciel majątku Przytoczno, rolnik. Syn Wacława Kazimierza i Róży Marii z Orsettich (patrz:biogramy wyżej).
Ukończył SGGW w Warszawie uzyskując doktorat w zakresie ekonomii rolnej i szkołę Nauk Politycznych, uzyskując również doktorat. W 1921r. uczestniczył w III Powstaniu Śląskim, jako członek grupy dywersyjnej „Wawelberg”, brał udział w wielu akcjach dywersyjnych. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Ze stanu ruiny po wieloletniej dzierżawie doprowadził majątek do pełnego rozkwitu, stwarzając wzorowy ośrodek rolno-przemysłowy. Założył szkółkę drzewek owocowych i sad na 60ha, nowoczesną suszarnię chmielu, młyn parowy, cegielnię, unowocześnił i rozbudował gorzelnię, założył gospodarstwo rybne i hodowlę karakułów.
Kazimierz Kuszell przyczynił się do powstania wiejskiego ośrodka zdrowia, wspierając go organizacyjnie i finansowo. Ofiarował gminie teren pod szkołę, budulec z lasu i z cegielni. Wspomagał pogorzelców we wsi Charlejów, spalonej w czasie działań wojennych. Działał aktywnie w spółdzielczości mleczarskiej.
W czasie II wojny światowej był kwatermistrzem w AK na okręg Łuków. Wspierał finansowo wysiedleńców z Wielkopolski, przechowywał i utrzymywał ludzi zagrożonych ze względu na ich działalność. Zginął śmiercią tragiczną w Przytocznie, zamordowany przez bandę rabunkową, grasującą w okolicy w czasie okupacji niemieckiej. Pochowany na cmentarzu parafilanym w Przytocznie.
W wyniku jego działalności majątek, jako dobrze zagospodarowany, nie został rozparcelowany w 1944, ale przejęty w całości przez Państwowe Nieruchomości Rolne, jako gospodarstwo uprzemysłowione.
Jego żoną była Maria Karolina Konic (zm. 09.04.1986), córka Józefa, współwł. majątku Ratowo k.Mławy i Emilii z Woldenbergów (zm. w 1944). Absolwentka SGGW. Wspólnie z mężem prowadziła majątek Przytoczno. Udzielała się społecznie współpracując z Kołem Gospodyń Wiejskich , organizując służbę zdrowia na terenie gminy. Wspomagała jeńców wojennych w obozach jenieckich, wysyłając paczki żywnościowe. Wraz z mężem, a po jego śmierci sama, wspomagała i chroniła ludzi zagrożonych przez okupanta. Po wojnie znalazła się z dziećmi bez środków do życia, pracowała zarobkowo na utrzymanie rodziny.
Ich dzieci: 1.Andrzej Ignacy (08.07.1923-20.07.1944), uczestnik walk partyzanckich, odznaczony Krzyżem Walecznych; 2.Helena (ur.18.09.1924), plastyczka, wykształcenie średnie, inwalidka, rencistka; 3.Barbara Jełowicka (ur.26.01.1926), wykształcenie wyższe, architekt krajobrazu, uczestnik Powstania Warszawskiego, odznaczona Krzyżem Walecznych, emerytka; 4.Jadwiga (ur.20.10.1927), wykształcenie wyższe, filolog klasyczny, emerytka; 5.Janina (ur.06.03.1929), wykształcenie wyższe, pedagog; 6.Katarzyna (ur.20.05.1930), wykształcenie wyższe, inż.rolnik, emerytka, pracowała zawodowo jako specjalista w hodowli zwierząt futerkowych, trzody chlewnej i ryb, odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, emerytka; 7.Antoni (ur.04.06.1935), doc dr hab, fizyk teoretyk, pracownik UW (filia w Białymstoku).
Wpisany przez Administrator | 07 marca 2010